pędząc na motorze rozwoju:)

Laurcia – jak to już kiedyś nadmieniłam – jest dzieckiem niezwykle gadatliwym, tyle tylko, że preferuje języki obce miast rodzimego.
Ojczyznę – polszczyznę opanowuje bardzo powoli i wybiórczo.

Doskonale radzi sobie na przykład ze sprawdzaniem listy obecności.
Otwiera rano oczy, siada z główką podobną do dmuchawca w fazie „tuż przed odlotem nasion” i z prędkością kałasznikowa wylicza: Abam, Alja, Anja, mama, tata, niunia.
Nie wszyscy wymieni zgłaszają się niezwłocznie, raczej większość „zwłocznie”, bo na ożywionych tą ranną porą ( około godziny 6:00) nie wyglądają.

Niunia vel Lala to oczywiście obcojęzyczna bohaterka tego opowiadania.

My, jako rodzice doświadczeni/ obdarzeni liczną gromadką, zupełnie nie przejmujemy się znikomymi postępami lingwistycznymi najmłodszej pociechy.
Wszystko ma swój czas – powtarzamy ze spokojem godnym Koheleta.

Zresztą, nie jest tak źle. Niunia wszystko rozumie i wydaje odgłosy dźwiękonaśladowcze.
Na ten przykład odgłos konika: ATN- ATN 🙂 Nie doszliśmy tylko jeszcze czy jest to odgłos paszczowy czy kopytny.
Kiedy jest głodna woła: am-am i wtedy wystarczy jej wymienić lub zaprezentować wszystkie artykuły z lodówki i szafek, a ona łaskawym skinieniem główką okaże na to ma ochotę.

Pewnego dnia zaszła jednak pewna trudność.
System namierzania jedzenia nie sprawdził się, bowiem na obiad był barszcz biały, w którego odmętach pływały kiełbaski, chlebek i kawałki gotowanego jajka. Wszystkie składniki opadły na dno, a paluszka dziecina nie chciała maczać. Tymczasem mama podtyka pod nos jedną łyżkę i drugą. W końcu Laucia nie zdzierżyła i powiedziała:

– Jajo!
– Jajo? – zdziwiła się mama
– Jajo. – potwierdziła pociecha wspinając sie na kolejny stopień rozwoju.

Nagląca potrzeba jest matką nie tylko wynalazków, ale i postępów w dziedzinie mowy:)

Naglący apetyt na jajo:)

ko-ko-ko-ko euro spoko…


Ponoć w każdym mężczyźnie jest trochę kobiety. Mało tego – jak głosi biologia – każdy na początku życia płodowego wygląda jak dziewczynka. Choć mój syn jest przekonany, że prawda nie może być aż tak okrutna.
Ale też w każdej kobiecie drzemią uśpione męskie pierwiastki. Drzemią, pochrapują, drapią się z chrzęstem po zaroście i spluwają ukradkiem przez ramię.

Jakoś tak w drugiej połowie życia obce pierwiastki zaczynają się budzić, do głosu dochodzić. Mężczyźni delikatnieją, labilnieją emocjonalnie i już wiedzą jak to jest kiedy bez powodu chce się płakać. A kobiety stają się harde, twarde, nastawione na sukces i… zaczynają fascynować się meczami piłki nożnej.
Chyba jestem już w tej drugiej połowie, bo – niespodzianie dla samej siebie – rozgrywki Euro 2012 rozpalają mnie do białości:)
Tak więc kibicuję, usiłuję nawet odróżnić faul od nie-faulu, pojąć nie-pojmowalne czyli absurd „spalonego”…
Ale pierwiastek żeński nieustannie się jednak odpala i wygłasza swoje heretyckie komentarze.

I tak…
kibicuję kątem oka, bo ssaka właśnie usypiam.
I nagle tymże kątem dostrzegam jak zawodnik hiszpański zgrabnym ruchem ręki nosek sobie obciera. A że kieszonki nie ma i mama mu do niej chusteczki nie włożyła, to co wysmarkał, równie zgrabnym ruchem strącił na murawę.
– Fuj. – wyrwało mi się typowo kobieco.
– No co? Katar ma. – odezwał się obrończo domorosły mężczyzna i zapalony Euro-entuzjasta Dusio
– A właśnie. – nagle mi coś wpada w kąt prawej półkuli – A jak któremuś chce się siku, to co robi?
– Kuca i udaje, że wiąże sznurowadła. – rzeczowo na to mężulek, stuprocentowy mężczyzna.
– Nie żartuj!!!
– Nie żartuję. To ich sposób.
– I potem tak w mokrych spodenkach biega? – moje zdziwienie nie zna granic.
– I tak jest cały mokry. – wtrąca kojąco Dusio.

Czy syn i mąż aby na pewno sobie ze mnie żartów nie stroją?

To wręcz niepojęte. Na takim nowiutkim, pachnącym jeszcze farbą stadionie dzieją się rzeczy nieogarnione rozumem ludzkim. A przynajmniej rozumem o podstawowym garniturze XX.



Wciąż przekonuję się jak wiele rzeczy nie śniło się filozofom:) ani kobietom:)
No i… niech może te męskie pierwiastki we mnie jeszcze sobie pośpią snem sprawiedliwego.

A dziś kibicujemy!!!!!!!!!!!!!

zastosowania drążka

Siedzimy przy kuchennym stole hurtowo i zgodnie.
Tylko Nusia nie siedzi, bo właśnie jest zajęta podstawianiem sobie taboretu pod drążek do podciągania.
Drążek ten został zamontowany w futrynie drzwi za czasów zamierzchłych, gdy bracia Rutkowi  marzyli by zostać zapaśnikami i marzenia przekuwali w czyn we wszelki dostępny sposób. Głównie jednak bijąc się na podłodze i rwąc kolejne sztuki odzieży:)
Młodszemu pokoleniu drążek też wiernie służy. Zwłaszcza jako baza do powieszenia huśtawki, o którą potem trwają boje. Mniej spektakularne niż te wujkowe, ale zawsze.
Czasem jednak ktoś sobie przypomni o właściwym przeznaczeniu rozporowego drążka i tak jak Nusia podstawia taboret, by na nim poćwiczyć podciąganie.

Nusia więc taboret podstawiła, wchodzi nań, ręce wyciąga i nic.

A rodzina też nic. Siedzi sobie hurtowo, gawędzi, pojada . Aż tu…

– Tatooo – dolatuje mrożąca krew w żyłach inwokacja – Pomóż mi się powiesić!!!

🙂 🙂 🙂
 
powiało grozą.

wybór

Dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś, robisz i będziesz robił.
Za to kim dla mnie jesteś i co dla mnie znaczysz.

Moja własna modlitwa, która jak mantra przesypywała się kiedyś ziarnko po ziarnku w klepsydrze dni.
Przypomniałam ją sobie ostatnio.
To od nas zależy – pomyślałam – czym wypełnimy nasze serce. Wdzięcznością czy pretensją i zgorzknieniem. To moja decyzja czy chcę widzieć dobro, które się dzieje wbrew złu, które też dzieje się niewątpliwie. Czy wolę mój wzrok wyostrzyć na złu i osnuwać je myślami dokoła aż zduszę w sobie wrażliwość na dobro, które niewątpliwie dotyka mnie co dzień.
Można tak lub tak.

Kładę przed tobą dobro i zło – powiedział – wybieraj.

Nie zawsze jest jasno. Czasem trzeba po prostu wierzyć, że za chmurami słońce tkwi niewzruszenie.

 Są we mnie pokłady smutku, gniewu, złości. Jak w każdym. Czasem. Sztolnie głębokie wypełnione ciemnością, podziemne chodniki na wskroś zbroczone mrokiem. Czasem tam schodzę, wiedziona dziwną ciekawością. Stopień po stopniu. Coraz głębiej.
Ale nigdy, przenigdy o tym nie piszę. Nie osnuwam słów na kanwie z cienia.
Jeśli piszesz, nie wyprowadzaj słów ze swojej ciemności” – napisał ktoś kiedyś.
Powstrzymaj słowa, które płyną rwącym Czarnym Potokiem, nie szukaj ukojenia opatulając się pledem gorzkich myśli. Nie znajdziesz go. Osuniesz się jeszcze niżej jak po stromej grani. Może zbyt nisko, by powrócić kiedykolwiek.

Dziękuj raczej za każdy splot złotego światła, za najcieńszą jasną nić wplecioną w szaro-bury poranek.
Ciesz się nim. Rozdzielaj na czworo. Długo pamiętaj.

Że kwiat ostu ładny…że ząb dziecku wychodzi, że…ktoś się uśmiechnął, że…gdy deszcz bębni w szyby, siedzisz w ciepłym domu i pijesz herbatę, że wyzdrowiałeś, choć niekoniecznie tak się to musiało skończyć, że…

Tyle jest powodów, by czuć wdzięczność.


sobota


Tygodnie skaczą szybko jak świerszcze w trawie.

A soboty?
Soboty są długie, pracowite, bogate, różnobarwne.


Dobry, długi dzień za mną.
Sprzątanie, pranie, zakupy, gotowanie, przygotowania. W międzyczasie burze, przejaśnienia, ulewy, przechodzące fronty. Dosłownie i w przenośni.
Potem Ali przyjęcie urodzinowe na działce. Koledzy, koleżanki, balony kolorowe, piski, śmiechy, zabawy na trawie upstrzonej kroplami deszczu. Tańce, chipsy, cola, tort śmietankowo-truskawkowy. Euro rozgrywane pomiędzy dwoma bramkami z czterech pieńków. Laurcia biegająca jak wróbelek pomiędzy długimi nogami sportowców. Bawimy się razem z dzieciarnią, chowamy ściskając w kryjówkach jak sardynki w puszce, gramy w berka-doktora, pękamy ze śmiechu przy tańcu z workiem.

Gdy prowadzę auto w drodze powrotnej, słońce świeci mi w plecy. Wydłuża cień samochodu, kładzie go pod koła. Sunę z szelestem po mokrej szosie. Pomiędzy drzewami, prosto w stygnący błękit. Bełta się zmrok i dniem. Zamyślam się niebezpiecznie, nieuważnie. Dobrze, że droga pusta.

Dzieciństwo nie odeszło. Dziecko wciąż drzemie we mnie. Od czasu do czasu wybucha tubalnym śmiechem. Chrupie paluszki jak Laucia na tylnym siedzeniu auta.

zagubione bycie

Jeden z konkursów szkolnych z okazji Dnia Dziecka.
Jury zadaje po jednym pytaniu każdemu z uczestników.
– Kim chciałbym być w przyszłości? – szybuje pytanie ku dziesięciolatkowi.
Sekunda zastanowienia i:
– Chciałbym odziedziczyć firmę po rodzicach. – odpowiada.
Śmiech na sali.


Już od wczesnego dzieciństwa mylimy „być” z „mieć” i defekt ten często zostaje nam na zawsze.
Coraz bardziej mnie niepokoi to co słyszę w radiu i TV. Porady, sugestie na przyszłość, zalecenia dla młodych ludzi, których treść można by streścić tak:

 „ Nie jest istotne jakie masz talenty, co jest twoją pasją, nie ważne jest to kim chciałbyś być, pomyśl raczej jaki wybrać zawód i przyszłą ścieżkę kariery tak, by mieć.”

Nie ma zapotrzebowania na humanistów, wszyscy idźcie na politechniki! Nie potrzebujemy psychologów ani pedagogów, piękno- i lekkoduchów, raczej matematyków, fizyków jądrowych, programistów. Tylko w ten sposób wy będziecie mieć pracę, sukces, pieniądze, a my wyższe PKB.
 A Wasze pasje i zamiłowania?
Cóż, może starczy wam czasu na hobby.

 Jak mantrę wielu rodziców powtarza to swoim dzieciom. Od małego usiłują wrzucić je w rwący prąd złotodajnej rzeki. Bo nie liczy się nic więcej. Nic więcej niż mieć. Drogowskaz naczelny.
Dlatego wielu  wypala się przed czterdziestką. Mają wiele, ale nigdy nie byli, kim być powinni.

Kim chciałbyś być w przyszłości? – zapytano chłopca.
Kim chciałeś być w przeszłości? – odbija się echem w głowie.
Czasami trzeba to sobie przypomnieć.
Może kiedyś znajdziemy odwagę, by zdmuchnąć kurz ze starych map i powędrować drogą, która zawsze nas wołała.

Tą jedyną, na której naprawdę będziemy.

dar bycia dla…

Karmienie to kolejna tajemnica kobiety! To rodzaj eucharystii – karmienie drugiego sobą. Bóg karmi całym swoim Ciałem, a kobieta czymś z siebie, czymś, co powstaje w niej przez jedność z ojcem.

(o. Joachim Badeni OP, Kobieta boska tajemnica.)



A ja myślałam, że jestem jakaś dziwna, bo tak się rozsmakowałam w tych chwilach, gdy małe dziecko tuli się do mojej piersi i ufnie/ figlarnie patrzy mi w oczy. Że to jakiś nienormalny masochizm, bo wiele kobiet wokół mówi, że to jest uciążliwe i niewygodne, że dziecko wtedy częściej chce jeść niż po butelce, że budzi w nocy, że biust się zniekształca itd. itp.

Argumentów jest mnóstwo.
Wiele słusznych nawet. Logicznych. Rozumiem. Czasem obudzona po raz n-ty w nocy rozumiem az nazbyt dobrze.

Ale wciąż karmię, upieram się przy tym niezrozumiałym uporem, przeciągam jak uda się najdłużej, bo gdzieś podświadomie tego pragnę i  mimo wszelkich niedogodności widzę, jakie to ważne.
Więc Laurcia ciągle jest ssakiem, a ja matką karmiącą, która słup spojrzenia swego zamyka na małym przewieszonym przez ramię ciałku. Po kilkanaście razy dziennie. Nie licząc nocy.

Karmienie drugiego sobą, rozdawanie siebie za darmo.
Mimo wszystko.
Na przekór wszystkiemu.
Kosztem siebie.
Wbrew logice. Zdrowemu rozsądkowi.
 Bez zapłaty. Nie dla „dziękuję”.

Tylko dlatego, że chcesz być z kimś, dla kogoś, blisko.
Są chwile, gdy prawie Go rozumiem.


na walizkach

– Czy to jest różowe pudełko? – pada dziwnie nie pasujące do scenariusza pytanie. Bo oto przygotowania do ślubu idą pełną parą, a tu nagle jakieś różowe pudełko.

– Czy to jest pudełko?!!! – ktoś uporczywie chce wiedzieć.

Ten ktoś pochyla się nad moją głowa i nosi już ślady zniecierpliwienia na dnie brązowych oczu.
Ach, to był sen!!! – dociera do mnie.
Ten o ślubie.
Bo pudełko to już najrealniejsza realność i jest tylko ciągiem dalszym odmawianej od dni kilku  Nusiowej litanii.
Bo trzy dni temu –jak co dzień – zadzwoniła Ala znad morza i wygadała się, że kupiła dla siostry różowy prezent.
– Typowo morski – dodała.
Reszty wyjawić niestety nie chciała. Więc się zaczęło:
– Mamo, zadzwoń jeszcze raz i zapytaj czy to różowe klapki?
Spinka?
Muszelka?
Rybka?
Delfiny?
Wiaderko?
Torebka?
Sukienka?

– Czy to jest różowe pudełko? – głosik ponawia swą interpelację.
– Nie. – odpowiadam zbierając okruszki świadomości – Pudełko nie jest typowo morskie.
– Eeee – zawodzi zawiedziony głosik.
Na szczęście zawód nie trwa długo, bo trzeba natychmiast  „wykarmarzyć się” z pościeli i szykować spiesznie, bo zawodzący głosik wraz z resztą właścicielki też dziś rusza w daleki świat. Nie tak daleki jak siostra, a jednak świat poza ramionami rodziców.
Nusia wyjeżdża na całodniową wycieczkę szkolną!!!
Pakuje do swego liliowego plecaka drożdżówki, dwie butelki picia, ciasteczka, chusteczki i wszelkie niezbędne traperskie wyposażenie. Potem idzie do kuchni posilić się przed wyprawą.
Nagle w korytarzu słychać najpierw posuwiste szuuuuuur!!!, a potem wyłania się Laucia.
Stęka mocno i po swojemu mamrocze pod noskiem utyskując na ciężar, a za nią ciągniony liliowy plecak szuuuura po wykładzinie.
– Luciu, kochanie, ty nigdzie nie jedziesz. – tłumaczę.
A Laucia na to:
– E-klchrm purf!!!
…czyli ( w wolnym przekładzie) : To niesprawiedliwe!!!

A – jakby tego było mało – za dwa dni Dusio wyjeżdża. W stronę odwrotnie proporcjonalną do morza. Więc jest szansa, że kupi siostrom…
                                                             
                                                         … typowo nie-morskie różowe pudełko:)


orzeczenie lekarskie

Wracamy z działki.

W miarowy odgłos pracującego silnika samochodowego wplata się dysonansik w postaci napadowego kaszlu Dusia.

– Niech on nie idzie lepiej na basen. –  Rut zgłasza projekt ustawy – przecież on niedługo płuca wypluje – roztacza wizję nieco przesadzoną, mająca jednak skłonić Wysoką Izbę do refleksji.
– Nie wypluje. – rzeczowo na to Nusia – przecież są za duże.

Tu dusić się zaczęła reszta rodzinki. Tym razem ze śmiechu.

Kariera pulmonologa stoi  przedeń otworem:)

zdarzenia w deszcz oprawione


Wszyscy poszli spać.

Cisza – gość rzadki, wsunęła się przez uchylone w noc okno. Usiadłam na fotelu ze zwykłą o tej porze myślą, że nie chcę jeszcze iść spać, że chcę wykorzystać tę ciszę i samotność, delektować się nimi okruszek po okruszku.
„Jesteś z nimi, słyszysz ich delikatne oddechy. – szepnęła myśl – To nie jest prawdziwa cisza i prawdziwa samotność. Gdyby tak było Rut, twoje serce nie biło by tak spokojnie.”
– Masz rację – zgodziłam się i podniosłam z podłogi Buraska Dużego, wtuliłam nos w jego miękkie futro i wtedy napłynęły wspomnienia z dnia prawie zamkniętego północą.

Pierwszy raz dziś pieliłam w ten sposób. Z filiżanką kawy w lewej dłoni. Georginie moje pierwsze listki puściły, a filiżanka była malutka, biała, w błękitne kwiaty.
Żeby było ciekawiej i na pewno pierwszy raz i ostatni – deszcz siąpił z nieba na moją głowę, listki georginii i do ciemnej kawy.

Pierwszy raz dziś mąż wiózł na taczce pięć brzózek maleńkich.
– Tak lubię brzozy, że mógłbym nimi wszystko obsadzić – mówił kopiąc kolejne dołki.
A żeby był to na pewno raz jedyny, drobny deszcz srebrnym szelestem wplatał się w jego słowa.

Pierwszy raz dziś w tym saloniku siadłam za starym okrągłym stołem i spojrzałam przez okno świeżo umyte, żywicą magicznie pachnące. Za nim widok jak arras królewski z traw i kwiatów utkany.
A żebym nigdy nie zapomniała, krople deszczu hieroglify rysowały na szybach.

Pierwszy raz dziś Ala wyskoczyła przez okno i pęk irysów wycięła dla Matki Boskiej.
A żeby gest ten stał się modlitwą jedną jedyną z bladożółtych płatków spływały deszczu krople.

Nigdy już tak się nie stanie.
Raz jeden dane było to przeżyć.

Niepowtarzalny smak rzeczy pierwszych i ostatnich.

Esencja życia.