zielony koralik

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}



Czasem miewam sny tak przedziwne, że po przebudzeniu nie mam pewności czy rzeczywistość, z której wracam nie jest równie realna jak ta, w której
się budzę.

 

Jakiś inny równoległy świat, o kształcie lejka, którym można
schodzić coraz głębiej, głębiej i intensywniej. Świat, który ma wiele den,
poziomów, sensów.

 

Ostatnio śnił mi się sen o zielonym koraliku.

A może raczej o ziarnku groszku.

Kto był w jego posiadaniu,
mógł nakarmić wszystkich głodnych, jakich spotkał. Był tylko jeden warunek –
być dobrym człowiekiem.

Ziarnko było przekazywane przez starca o siwych długich
włosach i takiej samej brodzie. Szlachetność i powaga rysowały się na jego
obliczu. Trzymał na dłoni zielony mały koralik – zaspokojenie każdego głodu i
mówił spokojnym głosem:

– Musisz być dobrym człowiekiem. Wtedy nakarmisz wszystkich.

Potem go podawał.

 

Z czasem przekazywanie koralika obrosło w symboliczne gesty.
Otrzymać go można było w oprawie specjalnego rytu, z zachowaniem obrzędów i w
ściśle określony sposób. Wokół koralika powstało swoiste Bractwo Koralikowe.

Koralik był jeden, a jednocześnie jakby mnogi, bo powierzony
w ręce wielu ludzi.

Ja też miałam go otrzymać. I pewnie tak by się stało, gdybym…

              … nie otworzyła oczu w świecie, gdzie słońce wisi na firmamencie nieba, a
rzeczywistość jest z pozoru płaska jak deska do krojenia chleba.

 

-A gdybym się nie obudziła? – pomyślałam ścieląc łóżka,
przebierając Laucię i szykując śniadanie.

– Gdybym się nie obudziła… – dodałam już koło skwarnego
południa – pewnie byłoby tak…

 

Pewnego dnia koralik zagubiono.

Przez jakiś czas go nawet szukano, ale nie jakoś panicznie
czy z tęsknotą jak się szuka skarbu. Ot, tak z poczucia obowiązku. W zasadzie
bowiem już nie o koralik chodziło. Wszyscy przywiązali się do rytu, obrzędów,
symbolicznych gestów, poruszających, pełnych znaczeń formuł . Bractwo wolało
dyskutować na temat stroju godnego wtajemniczonych  i składek członkowskich. Sam zielony koralik
był już tylko drobnym dodatkiem, broszką do kożucha.

Zresztą, mało kto wierzył w jego właściwości. Ci, którzy go
dostali, zaraz po uroczystości kładli go gdzieś na półce i zapominali.
Niektórzy czasem nosili w kieszeni jak amulet.

A głód istniał jak istniał i dobrze się miewał wśród ludzi
mieniących się spadkobiercami koralika i jego strażnikami.

Kiedy więc zniknął, nikt prawie się faktem tym nie przejął i
nadal organizowano pełne pompy obrzędy przekazywania koralika. Bez koralika.

 

– Więc gdybym spała dalej, pewnie tak by się potoczyła
historia … – wróciłam do rozmyślania późnym popołudniem.

W świecie o strukturze lejka, w którym sensy opierają się na
innych sensach, a znaczenia pączkują ze znaczeń głębszych.

Lecz jakże tamten świat przypomina czasem nasz własny – z
pozoru płaski jak deska do krojenia chleba.

Z pozoru.

********

W tym świecie zgubiliśmy już niejeden zielony koralik.


Buba

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}


Laurka biega po balkonie, wygląda przez metalową barierkę na
podwórko. Żeby było wygodniej wyjrzeć, klęka na oba kolanka.

Ale, gdy już przyjmuje taką pozycję, nie może się oprzeć
wrażeniu, że coś jej to przypomina.

Składa więc z plaskiem łapki i mówi tubalnym głosem:

– Amem Buba!!!

 

Co w tłumaczeniu na tubylczy brzmiałoby: Amen Boże:)

 

Co tłumacząc dalej oznacza: Niech się tak stanie Boże.

************

 

Cokolwiek będzie, niech się tak stanie jak Ty chcesz.

 

Babcia Niebieska odchodzi coraz szybciej.

Kwiaty w wazonie gubią kolorowe płatki.

Obłoki galopują po niebie.

Włosy siwieją na głowie w zastraszającym tempie.

Laurka już prawie bunt dwulatka osiąga.

Nusi dziś przebiliśmy uszy, pierwsze kolczyki nosi z
czerwonymi oczkami.

 

Co będzie za miesiąc, rok, pięć lat – nie wiem. O jutrze
nawet mam mgliste tylko wyobrażenie.

Czasem mnie przerażają, czasem radują scenariusze, jakie
plotą się w głowie podczas pół-bezsennych nocy. Ale Ty jesteś lepszym
scenarzystą, więc…

 

Amem Buba:)

 

Niech nie będzie inaczej niż Ty zamierzyłeś.


pamięć miejsc

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Ala należy do drużyny harcerskiej.

Byliśmy na pikniku rodzinnym harcerzy. A gdy zastępy
rozeszły się w las na bieg patrolowy, gdzie trzeba było ognisko rozpalić,
herbatę z czegoś znalezionego w głuszy ugotować, nosze sklecić i rannego nieść,
strzelać z wiatrówki do celu…A gdy one poszły, ja z Laurcią- zbyt małym skautem
– zostałyśmy przy harcówce.

 

Laurcia postanowiła podążyć za tata i rodzeństwem w kierunku
lasu, a ja za nią.

I tak , pomiędzy polami, pod dachem ze śpiewu skowronków, natknęłyśmy
się na przerośnięte zielenią stare ludzkie siedlisko.

Płot starał się trzymać fason i choć sztachety dawno pogubił,
niziutka bramka była zamknięta.

– Dokładnie tak, jak ją zostawił ostatni właściciel, gdy
odchodził .– pomyślałam.

Gdzie, kiedy i jak odszedł?

 

Patrzę w głąb podwórka. Na środku jakieś wysokie drzewo,
dalej budynek-  obora lub stajnia. Domu
brak. Ale gdy się uważniej przyjrzeć, wszystko pasuje jak w układance. Gdzie
dom był – puste miejsce okolone krzakami bzu, na bez wspina się cierpliwie
winorośl. A tutaj – wśród traw- znać jeszcze, gdzie pod oknem pysznił się
wiejski ogródek. Kwitną nieśmiertelne goździki brodate, liście konwalii
majowych sterczą dumnie pośród chwastów, tu i tam rozrzucone serduszka zielone
fiołków.

Wystarczy, że się zatrzymam, popatrzę, zasłucham i nagle
miejsce ożywa.

 

Ktoś  kiedyś ręką
swoją troskliwą zasadził drzewa, posiał kwiaty, w fartuchu może od sąsiadki
sadzonki przyniósł. Ktoś o to dbał, pielił, podśpiewywał przy pracy. Ktoś przez
okno wyglądał i radował serce kwiatami. Ktoś ciał gałązki bzowe i pachnące w
gliniane garnki ustawiał.  Ktoś płot
postawił, napracował się, wierzchem dłoni pot z czoła starł. Ktoś winogron
posadził starodawny, słodko-cierpki jak życie. Ktoś tą furtka na drogę
wychodził, szedł w las jagód na „parowańce” uzbierać. Dzieci w kałużach
brodziły. Pachniał pieczony chleb.

 

Ktoś był i kogoś nie ma.

 

Ziemia , drzewa, kwiaty, deski w płocie wykrzykują jego imię,
ale nikt nie rozumie głosu rzeczy martwych.

 

I pląsa mi po głowie tekst z Psalmu, że… dni człowieka są jak
trawa, kwitnie jak
kwiat na polu, lecz wystarczy tchnienie wiatru i go nie ma,
a miejsce, gdzie był już go nie pamięta.

 

Lecz miejsca mają dar długiej pamięci.

Wystarczy, że trafi się przypadkowy przechodzień, dość uważny by słuchać.
Miejsce będzie opowiadać o człowieku, który je pokochał. Będzie świadkiem
wierniejszym niż ludzie.

 

Co kiedyś moje miejsca będą śpiewać o mnie?


stwór odmitologizowany

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Idzie jeż, idzie jeż

Może ciebie pokłuć też

Pyta szczygieł : panie
jeżu, co to pan ma na kołnierzu?

Mam ja igły, ostre
igły żeby kłuć niegrzeczne szczygły…

 

Tak zaczyna się jedna z ulubionych książeczek Laurki.
Czytamy ją czasem po wielokroć dziennie.

Aż tu pewnego dnia słowo stało się ciałem .

Mężulek dzwoni z działki i głosem nasączonym śmiechem mówi:

– Powiedz dzieciom, że wiozę dla nich niespodziankę. Niech
zgadują.

– Zajączek? – od razu mi się wyrwało, bo ostatnio
znaleźliśmy na działce małego zajączka.

– Nic nie powiem. Czekajcie.

 

No i się doczekaliśmy.

Najprawdziwszy jeż na świecie!!!

Jeż fukający ze zdenerwowania, mlaskający przy jedzeniu
kawałków szynki, którą mu zaserwowaliśmy, jeż stroszący igły, z czarnymi
długimi pazurkami i małym włochatym ogonkiem. Jeż z najprawdziwszymi igłami.
Jeż, którego widywało się tylko w książkach z bajkami.

Dzieci tłoczyły się przy różowej miedniczce, Laucia
piszczała z zachwytu i bez krzty strachu pacała go raz po raz po grzbiecie. A
jeż ani z pisków, ani z poklepywania nic sobie nie robił. Zresztą, jak
relacjonował mężulek – nic sobie nie robił z ryczącej kosiarki i spokojnie pod
jej kołami zajadał żabę.

 

Jedynie dźwięk kląskania ustami wyraźnie go irytował.

 

Przy okazji odżyły stare wspomnienia.

Mama opowiedziała po raz tysięczny jak jako mała dziewczynka
przyniosła jeża w fartuszku do domu.

– Niosę plezent! – wołała.

Jeż mieszkał z nimi czas jakiś pojony mlekiem, a potem nagle
zapadł się pod ziemię i gdy już go odżałowali, odnalazł go dziadek. Włożył po
prostu nogę w cholewę wysokiego buta i…aż zaklął siarczyście z radości, że jeż
się odnalazł:)

 

Moje najstarsze wspomnienie też dotyczy rodzinki jeży. Widzę
je jak przed mgłę; całe stadko małych jeży wokół matki tuż przy wierzejach
stodoły. A ja mała, może dwuletnia. To wspomnienie jest tak ulotne i zwiewne,
że nie wiem do końca czy tak się zdarzyło naprawdę czy tylko mi się śniło.

Teraz patrzę na przywiezionego jeża i gdzieś głęboko odzywa
się we mnie ten sam szalony dziecięcy zachwyt nad stworzeniem dziwnym i
pięknym, misternym, wycyzelowanym po najdrobniejsza igiełkę.

– Wspaniały jest! – nie mogę powstrzymać słów zachwytu.

 

Następnego dnia najprawdziwszy jeż na świecie wraca do
swojego domu w sadzie. Ale pozostanie po nim zachwyt i najstarsze dziecięce
wspomnienia. I pewność, że jeż to nie mityczny stwór z baśni.

truskawki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}



Jem truskawki.

Chyba ostatnie w tym roku. Mało ich było. Nie do sytości, bo
krzaczki posadzone na jesieni małe jeszcze, a do tego chłody i deszcze. A jeśli
już pojawiło się kilka dziennie, podawałam je Laurce. A jak nie ona,
to przecież jeszcze troje dzieci mamy głodnych słodkich doznań.

Teraz mam całą łubiankę.

Mężulek przywiózł z dalekiej podróży od swoich rodziców.

Jem truskawki ostatnie. Połykam prawie. Nagle uświadamiam
sobie ostateczność zasobów i skończoność łubianki, która nie jest bez dna.

Teraz każdy owoc smakuję, badam ustami jego chropowatość.
Słodko-kwaśny smak, aromat, lepki sok na palcach, tysiące odcieni czerwieni i
amarantu.

 

Przypominają mi się opowieści Antonego de Mello.
Zaczytywałam się kiedyś nimi. To od niego nauczyłam się chwytać chwile,
zauważać detale życia, bywać choć czasem świadomą Tu i Teraz.

Niektóre jego słowa przerosły moje myślenie jak korzenie
przerastają ziemię. Nie umiałabym ich zacytować z pamięci, ale ich echo nieustannie
wplata się w moje dni.

 

Oto opowieść o truskawkach.

 

Pewien człowiek
napotkał na polu tygrysa. Tygrys rzucił się za nim w pogoń, a człowiek uciekał.
Natrafił na swej drodze na przepaść, potknął się i zaczął spadać. Wyciągnął
wtedy rękę i złapał za mały krzew truskawkowy, który rósł na zboczu przepaści.

 

Wisiał tam kilka
minut, zawieszony pomiędzy głodnym tygrysem u góry, a głęboką rozpadliną w
dole. Wkrótce miała go spotkać śmierć.

 

Nagle dojrzał soczystą
truskawkę, rosnącą na krzewie. Trzymając się krzewu jedną ręką, drugą zerwał
truskawkę i włożył ją do ust.

Nigdy w jego życiu
truskawka nie była dla niego tak słodka w smaku!

 

(Oświeconym świadomość
śmierci nadaje słodyczy życiu.)

 

 

 

Ta opowieść pasuje jak ulał nie tylko dlatego, że jem
ostatnie truskawki. Także dlatego, że Babcia Niebieska coraz słabsza. Odnosimy
wrażenie, że od kilkunastu dni gaśnie. Powoli i dokładnie jak gasną świeczki.
Kropla po kropli.

Dziś z wielkim trudem przetaszczyłyśmy ją z mamą z łóżka na
krzesło. Nim mama posłała na nowo, podtrzymywałam jej ciało bezwładnością i
bezbronnością podobne niemowlęciu.

– Zobacz jak masz teraz zielono – zaśmiałam się pokazując na
zieloną kapę – Będziesz jak królik na łące.

Zaśmiała się cichutko, a potem:

– Nie pocieszycie mnie już – powiedziała.

– Pocieszymy. Zobaczysz, że pocieszymy. – przekonywałam ją.

Zawsze lubiłyśmy sobie tak rubasznie pogawędzić. Zawsze
umiałam ją rozśmieszyć. A śmiać się umie Babcia Niebieska równie mocno jak
płakać.

 

Być może to jej ostatni śmiech

być może to jej ostatnie słowa

ostatnie spojrzenie

ostatnia wymiana zdań

ostatnie żarty.

Być może ostatni raz jej dotykam – myślę.

 

Wyciągnęła dłoń i mdlejącym gestem pogłaskała włosy Laurki.

Wstrząsnął mną dreszcz przypomnienia.

Dokładnie tak wiele lat temu mój tata pożegnał małego Dusia.

 

 

 

Jedzenie ostatnich truskawek.

Smakowanie ich.

Są szorstkie, soczyste, słodko-kwaśne…

 

Życie tutaj nie jest koszykiem bez dna. Trzeba to wiedzieć.


tekst Casanovy

Siedzimy na patio.

Piję kawę z maciupkiej filiżaneczki. Laucia stoi obok ogrodowej ławy i pije napój Trzy limonki swoją ulubioną metodą. Bełta w szklaneczce łyżeczką, a potem ją oblizuje. Szklaneczka brzęczy rozpaczliwie jak dzwonek owieczki zagubionej na hali.
Ala rysuje klasy na betonie, a Nusia doprowadza do perfekcji swój nowy talent mistrza kolarskiego.
Nagle zatrzymuje się przed tarasikiem i pyta:
– Mamo? A czy tata do tej dziewczyny, która chodziła do ósmej klasy mówił tak:
„ Blondyneczko…Chodź gwiazdeczko” ??? – ostatnią frazę wygłasza  tonem wytrawnego salonowego podrywacza.

(Na marginesie powinnam wyjaśnić, że dzień wcześniej dzieciaki wzięły mężulka na spytki o jego dawne młodzieńcze miłości. I dowiedziały się po pierwsze o dziewczynce z zerówki, które „była taka sobie, ale za to miała piękne kredki” oraz o Wioletce, która była starsza o rok, chodziła do ósmej klasy i miała blond włosy. Temat blondynek znalazł szybko i naturalnie kontynuację w kawałach o blondynkach, którymi ostatnio fascynuje się Dusio. I na tym spytki się skończyły, choć ja wiem skądinąd, że na tym miłosne perypetie mego lubego się nie zakończyły
Powinnam to napisać na marginesie, ale jako, że margines cienki, piszę tutaj:)

Wracajmy więc do pytanka Nusi.
– Mówił tak do niej? – dopytuje.
Roześmiałam się.
– Jak znam tatusia to na pewno tak właśnie mówił – zaczęłam nieco powątpiewającym tonem. Bo – choć mężulek jest kochany, czuły i cudowny, najlepszy egzemplarz swego gatunku– to przemowa w tym stylu przez usta by mu nie przeszła:)

-Ale idź sama go zapytaj – podpuszczam.

Nusia więc porzuca czerwony rower. Przy czym słowo „porzuca” jest tu jak najbardziej adekwatne. Zawsze porzuca dokładnie tam, gdzie się zatrzyma:)
Rower kręci bezradnie kółkiem w powietrzu, a zaaferowana Nusia kieruje swe kroczki ku warsztatowi tatusia, gdzie ten montuje łóżeczko.
Człapanie sandałków oddala się. Następuje krótka, ale jakże bogata w znaczenia cisza, by za chwilę…
             

Ha-ha-ha-ha!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

…eksplozja śmiechu rozdarła powietrze.


Blondyneczko…Chodź gwiazdeczko:)


 

do-celowo


Obiad rodzinny.
Letni.
Pod jabłonią na podwórzu.

Przyjechała Lena z rodziną.
Gawędzimy sobie o tym i o owym. O wakacyjnych planach, by na skraj kraju pojechać i Amelię – świeżo upieczoną mamę odwiedzić.
Potem o wędrówkach i podróżach nieco mniejszych. W końcu malutkich i prawie bez znaczenia. Choć – jak dłużej pomyśleć – każdy krok; ba, każde kiwnięcie palcem w bucie coś znaczy.

Lena przy okazji tematów trapersko-awanturniczych przyznaje się bez bicia, że choć rowery z mężem mają w garażu, od sześciu lat nigdzie nie jeździła.
– Bo ja nie umiem tak jeździć bez sensu. Muszę mieć jakiś cel. Inaczej nie chce mi się jechać. – wyznaje, ukradkiem patrząc na męża, o którym wszyscy wokół stołu natychmiast nabierają podejrzeń, że jest to typ  co to- i owszem- w sposób bezsensowny szwendać się na rowerze by chciał. Gdyby mógł i czas znalazł oczywiście.
– Ze mną jest dokładnie tak samo – mówię – Miś czasem proponuje spacer, a ja pytam zawsze: dokąd? Nie bawi mnie samo chodzenie dla chodzenia. Muszę mieć jasny cel. Wiedzieć do czego mamy dojść.
Miś i mąż Leny wzruszają ramionami nad pieczonym kurczakiem i nad wrodzonym dziwactwem swoich żon.
Dla nich liczy się sama droga, fakt przemierzania jej. Nie jest ważne gdzie wiedzie. Nie muszą wyznaczać kresu wędrówki. Ten imperatyw kategoryczny nie zaprząta ich myśli ani spędza snu z powiek.

A ja?
Muszę mieć punkt docelowy. Muszę go znać. Muszę go nakreślić na mapie swych myśli. Wtedy każdy krok jest ważny, jest po coś, ku czemuś.

Dziś zrozumiałam, że cechę tę wyssałam z mlekiem matki. Ani złe to, ani dobre.
 Ulubiona metoda na życie.

Więc…dokąd idę?

Tam.

Nieustannie gubiąc drogę,
rytm,
czasem oddech i głowę

i…
          równie nieustannie myśląc o Tam.

Wędrówką jedną życie jest człowieka…

zielono mi 5

Siedzę na parapecie szkolnego okna. Nie ma nikogo poza mną. Tylko ja i moje milczenie. Już dawno nie czułam takiego pokoju. W oczy zagląda mi zielona jarzębina.
No i cóż, że zielona skoro lato w rozkwicie?

Najwcześniejsze owoce zrzuca jabłonka, najwcześniejsze wiśnie mienią się jak korale wiejskiej dziewczyny. Wszystko trzeba wrzucić do garnka i za kilka minut dziki kwaskowy zapach rozniesie się po domu.
Cóż, że jarzębina zielona skoro wszystko płonie?

Okna wypucować trzeba, stół drewniany wyszorować, potem kwiatów różnych natargać z ogrodu, w wazonie szklanym postawić. Liliowce arystokratyczne, sielskie ostróżki bladofioletowe, nagietki w pomarańczowych spódnicach, wonne goździki brodate, wiekuistka niepozorna…Obok dzbanek pełen różowego letniego kompotu. Słońce ślizga się po mokrych krawędziach szkła.
Cóż, że jarzębina niedojrzała skoro wszystko w pełni?

Krzewy jaśminu przekwitłe wciąż pachną. Bławatki oblewają pola szafirową strugą . Trzepią na wietrze cienkie spódnice maków. Macierzanka oblepia wszystko zieloną powłoczką. Za nami noc świętojańska. Przed nami noce coraz dłuższe.
Cóż, że jarzębina wciąż zielona…

Cóż, że nie wszystko rozumiem. Może nie muszę.
Zielona jak jarzębina w środku lata.

cud przypomnienia


To jest moja piwonia.

Karpę dostałam od mamy.
Posadziłam w swoim ogrodzie.

Kiedy na wiosnę spod ziemi wydostały się czerwonawe dziobki jej pędów moje serce zadrżało z radości. Serce drży tak tylko wtedy, gdy na coś bardzo czeka. Moje czekało.

Wraz z każdym nowym listkiem nadzieja – wbrew przymrozkom, suszom i jałowej ziemi – przeobrażała się w nieśmiałą pewność.
Pewnego dnia u szczytu łodyg pojawiły się małe zielone kule. Wtedy serce zadrżało po raz drugi. To, czego się spodziewało, stawało się widoczne oczom.
Zakwitła podczas mojej nieobecności. Jak wszystkie wielkie cuda zachowała swoją tajemnicę dla siebie.

Nie wiem dlaczego przypomina mi Hostię.


Może przez tę rozlaną kroplę czerwieni w samym sercu kwiatu.

 Może przez niepokalaną biel płatków.

Może… przez drżenie serca.



atn-atn-atn

Byłam pewna, że tak będzie.
Wszystko było jasne od początku, bo te „chochoły” w oczach nie bez przyczyny tam siedzą.
Teraz już nie ma żadnych wątpliwości…
Laurcia idzie w ślady Nusi i …

                            …  będzie kolejnym trefnisiem rodzinnym.

Dusio wymyślił dla niej zabawę w ujeżdżanie strusia. Bierze ją na plecy, ona chwyta się za jego szyję i biegają po pokoju z piskiem radości aż złote loki fruwają , a chochoły błyszczą jak diamenty.
Oprócz tego jest jeszcze jazda na koniku. Ta już bardziej w parterze, bo brat staje na czworakach, a inny Ktoś musi wsadzić Laucię na grzbiet rumaka.
Tabryk-tabryk-tabryk – pędzi mustang przez wykładzinową połoninę ze śmiejącym się jeźdźcem na grzbiecie.

Ale czasami, z braku rodzeństwa, które pilnie uczęszcza do szkoły, Laurka zostaje sam- na sam ze sobą i zabawkami.

I oto maluszek bawi się lalami na łóżku Nusi. Jedna to tłuściutki bobasek o angielskim imieniu Lucy. Druga to stara wysłużona Różyczka – dzidziuś w różowym ubranku. Laurcia układa je do snu, czasem kołysze, w oczka zagląda…
Nagle przypomina sobie coś!  
 W mgnieniu oka pulchną  Lucy kładzie grzbietem do góry, a potem dosiada i …

– Atn-atn – ant !!!
(Stąd wniosek, że tajemnicze „atn-atn-atn” to odgłos kopytny konia:)

– Lauciu, ta lala nie da rady cię wozić, jest za mała – tłumaczę dusząc się ze śmiechu.
Laurka patrzy, kiwa główką ze zrozumieniem, po czym schodzi z rozpłaszczonej nieco Lucy i sięga po jeszcze mniejszą Różyczkę. Kładzie ją grzbietem do góry i…
– Atn-atn-atn – Mała Amazonka kontynuuje przejażdżkę konną:)

A ja pękam w szwach ze śmiechu.

Czekają nas arcy-wesołe czasy.