Napisanie świadectwa to częściowa spłata długu, jaki mamy u Boga. Zawsze wychodzę z założenia, że łaski, które nam daje ( zarówno te łatwe jak i te trudne, bo są i takie) są nie tylko dla nas. Są dla wielu innych ludzi. I jeśli zatrzymujemy wiedzę o nich tylko dla siebie, to jesteśmy złodziejami łaski Bożej, bo bezprawnie przywłaszczyliśmy sobie to, co miało być pokarmem i umocnieniem dla wielu.
Dlatego trzeba o tym opowiadać, ubierać w słowa, czasem nieporadne, po prostu ludzkie. A ludzki język nie znajduje odpowiednich słów, by opisać to, co boże.
I jeszcze z jednego powodu trzeba o tym mówić. Bo kiedy mówisz, piszesz o tym – rośnie w tobie samym zrozumienie wielkości daru, a wraz z nim coraz większa wdzięczność rozsadza serce. To buduje także twoją wiarę, twoje zaufanie, twoją miłość. Jak mówi psalm: z mocy w moc wzrastać będą.
Dlatego nie wolno nam ukrywać światła pod korcem. Światło ma świecić wielu. I nie jest naszą własnością.
Ktoś dając taki dar, zaufał nam, że go przekażemy dalej. A każdy z nas coś dostał. Nikt nie odchodzi od Boga z pustymi rękami.
Więc jeśli cokolwiek otrzymałeś, nawet małe szkielko blasku, pół kłosa, dawaj swoje świadectwo innym osobom, czytaj je im, opowiadaj. Nie wiesz kto tego potrzebuje i czyje serce zapali się po usłyszeniu tych słów.
Przypominam sobie moje świadectwo. Napisałam je chyba z 7 lat temu, bo poprosiło mnie jedno zgromadzenie zakonne, które stara się o kanonizację ich matki założycielki. A matka troszkę się zamieszała w nasze życie, gdy mój mąż ciężko zachorował.
Teraz, gdy patrzę na naszego kolegę – Wojtka, którego zmiażdżyła koparka, znowu widzę jak potoki dobra, modlitwy i łask wylewają się na niego i jego rodzinę. I Wojtek praktycznie z dnia na dzień zdrowieje, w szalonym tempie, wbrew przewidywaniom lekarzy. Dziesięć dni po wypadku zaczął sam oddychać, potem zaczęły pracować nerki…
I odżywa we mnie tamten czas, gdy nasza rodzina była tak otulona modlitwą, dobrocią ludzką i łaskami płynącymi z nieba.
To już zawsze będzie we mnie żyć i pracować jak zaczyn. Gdy napotykam w życiu jakąkolwiek przeszkodę, jakieś cierpienie, swoje lub kogoś innego, przypominam sobie tamte dramatyczne chwile i jak nas Bóg przeniósł ponad nimi jak orzeł przenosi pisklęta nad żywiołem, nad wzburzonymi falami, nad językami ognia.
Ktoś z was z okazji moich 50-tych urodzin podarował mi niezwykłą ikonę. Chyba już tutaj o niej pisałam. Przedstawia młodzieńców i anioła w piecu ognistym. Cała ikona wprost płonie od ognia, a w jej środku z podniesionymi rękoma spacerują młodzieńcy. Ktoś z was napisał mi wtedy: gdy o was myślę, zawsze przypomina mi się ta scena biblijna:)
Dziś ktoś inny jest w piecu, a płomienie liżą mu szaty i ciało…
Modlę się za Wojtka i jego rodzinę, a w głębi serca słyszę głos, który szepcze:
„Sprawiedliwy czy w szczęściu czy w nieszczęściu będzie znakiem dla wielu.”
Łask nie wolno chować pod korcem. Mają lśnić i rozpraszać ciemności.
