kwiatowy pajączek

Mały zielony pajączek krąży po szczycie białego abażuru lampki. Lampka świeci przymglonym żółtym światłem wśród szarzejącego sierpniowego wieczoru.


Pajączek przywędrował – zapewne niechcący, zapewne zwabiony tym światłem – z bukietu polnych kwiatów przewieszającego się z dzbanka stojącego obok. Może mieszkał na mięcie kwitnącej lawendowymi poduszeczkami, może przyniosłam go na białych baldachach krwawniku lub na liściu paproci. Mieszkał sobie na bukiecie i plótł swoje dziwne niteczki, huśtał się nad koronkowym obrusem póki nie zwiodło go to dziwne bladożółte światło, nieco podobne do słońca.

Patrzymy na niego i śmiejemy się, bo oto okrąża biały abażur już chyba setny raz dążąc drogą, która prowadzi do nikąd.
W końcu lampka gaśnie. Kładziemy się spać. Gdy rano otwieram oczy, pierwszą rzeczą jaką spostrzegam jest… pajączek okrążający abażur.
– Oj, biedaku – mówię i biorę różową łapkę na muchy, podkładam mu pod zielone nóżki.
‌Lecz pajączek uznaje widać ratunek za przeszkodę na drodze i unika jej jak może. Broni się, uskakuje, a nawet walczy.
W końcu daje się przekonać i wchodzi na różową kładkę, a ja delikatnie przenoszę go na bukiet z krwawnika, mięty i paproci. Tam, gdzie jego pajączkowe miejsce, gdzie życie jest prawdziwym życiem, a drogi prawdziwymi drogami.


* * *

Bywa, że i my latami krążymy w kółko i nawet już zaczynamy podejrzewać, że to jest bez sensu, ale brakuje nam odwagi, by zmienić trasę.
Bywa, że Bóg rzuca nam pod nogi kładki, a my je odrzucamy jak przeszkody na drodze.
Bywa, że nigdy nie trafiamy tam, gdzie jest prawdziwe życie i droga dokądś.
Bywa, że umieramy z wycieńczenia na milion dwieście dwudziestym pierwszym okrążeniu.
Nie pozwólcie, by tak się stało w Waszych życiach.


To dziwne bladożółte światło jest tylko podobne do słońca.

 

 

 

bukiet życia

  • Rumiany w ogrodzie wymieniły się na rudbekie – to znaczy, że lato, choć jeszcze świetliste i uporczywie upalne, powoli ustępuje jesieni.

Stąd zimne wieczory i poranki spędzane w miękkim czerwonym szlafroku.
Siedzę i piję kawę, patrząc na świat za wielkimi szklanymi drzwiami. Świat zupełnie już obudzony i rześki, w odróżnieniu od naszego poddasza, gdzie wciąż w objęciach Morfeusza żegluje po oceanach snu nasza dzieciarnia i kolejni goście.
Tak. Bo jak kwiaty wokół domu zmieniają się wraz z upływem lata, tak pod naszym zielonym dachem wciąż wymieniają się goście.
Sami nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. Co nie znaczy bynajmniej, że się nudziliśmy.
Nie sposób nudzić się w domu wypełnionym po brzegi ludźmi, ich śmiechem, rozmowami, tupotem nóg po schodach, piskami dzieci w basenie, mruczeniem czterech kotek. W domu przepełnionym po brzegi muzyką ( z reguły klasyczną:), kwiatami, zapachami potraw, ciast, owoców, miętowego soku, który schodzi u nas hektolitrami.

W końcu w domu wypełnionym pasjami – naszymi własnymi i tymi przywiezionymi w plecakach i walizkach przez przyjaciół.
Robienie mebli, malowanie obrazów, szycie, szydełkowanie, wyszywanie na kanwie, fotograficzne sesje, pisanie wierszy, układanie bukietów, produkcja herbatek ( ulubiona z ajronii – stąd nasze nieco ironiczne podejście do życia:) – wszystko to przemienia nasze dni w kolorowe jarmarki.


Dobrze jest miłować życie, swoje własne. Nie żałować, że się nie ma innego, nikomu nie zazdrościć, nie tracić czasu na dywagacje ” co by było, gdyby…”, nie snuć marzeń na próżno. Po prostu żyć, zanurzając się w tym, co dane hojną Ręką i zupełnie darmo.


Siedzimy z Bellą na naszym patio. Obie przy sztalugach, ciepłe popołudnie owija się wokół naszych ramion jak szal z jedwabiu. Malujemy ten sam bukiet kwiatów – rudbekie, moje ulubione liliowo fioletowe świerzbinice polne, wiekuistki.


Każda z nas patrzy na to samo, a widzi inaczej. Wychodzą dwa zupełnie inne obrazy: ciemniejszy, zgaszony Belli i ten mój jak feeria barw.
– Jesteś wewnątrz bardzo kolorową osobą – mówi przyjaciółka, patrząc na moje dzieło.
Tak. Jestem.
Nie wszystkim wyjawiam ten sekret.


Ale wy wiecie o tym już od dawna:)

Wszyscy jesteśmy piękni, każdy w swojej własnej niepowtarzalnej palecie barw.