plasterki

 

Po trudnym długim tygodniu, pełnym zabiegania i załatwiania różnych spraw, ten długi jesienny wieczór, tylko mój, który przyniósł odpoczynek.

I to nic, że nagle się ochłodziło, i deszcz, a złote liście brzóz jak motyle szybują niesione zimnym wiatrem. To nic, że deszcz bębni o dach i szumi w rynnach. To nic, że chmury zasnuły niebo, a w domu nieco chłodno.

Z płyty snuje się zamszowy głos Mariah Carrey, pachnie rosół i pieczone pod kruszonką jabłka dochodzą w piekarniku. Opieram plecy o miękką poduszkę, otulam się kołdrą i czytam książkę lub oglądam jak inni malują obrazy. Za oknem już szarzeje, ale moja lampka dotrzymuje mi towarzystwa, kładąc na moim ramieniu jasną, ciepłą plamę – okład ze światła.

Tak, w życiu musimy się nauczyć jak ratować samych siebie, jak sobie pomóc, jak zrobić okład ze światła, zapachu, koloru, książki, koca, dźwięku, ciszy. Plasterek na swoje serce, by na nowo odżyło.

Każdy z nas ma swoje sprawdzone sposoby.

Czasami wystarczy jeden, czasem potrzeba kilku na raz zmieszanych w paru kroplach wytchnienia.

Być dobrym dla siebie – to wydaje się takie proste, lecz wcale proste nie jest.

 

 

surrealizm;)

 

Ciąg dalszy historii o sztuce i innych pomniejszych dziedzinach wiedzy:)

Hania powędrowała znowu do księgarni.

Tym razem kolejny zbiór zadań, polecony jej przez ciocię matematyczkę, z którą Hania ma korki. Oraz książki do niemieckiego.

Podjeżdżam po nią, wsiada do auta dziwnie szczęśliwa, pod pachą książka.

– Nie było zbioru z matmy – wyjaśnia mi natychmiast powody swej radości – A, zobacz co kupiłam – pokazuje.

Przed nosem mam kolorową okładkę z napisem „Encyklopedia surrealizmu” 🙂

– A niemiecki? – pytam trzeźwo.

– Szkoda mi było pieniędzy na niemiecki – równie trzeźwo odpowiada córka.

😁

 

 

po odejściu od sztalugi

 

Żniwa pokończone, pola poorane, znowu wieś ucichła, powoli zasypia.

Późne popołudnia są wyjątkowo ciche, nabrzmiałe rozgrzanymi zapachami ostatnich już kwiatów, ziół, skoszonej trawy, więdnących liści.

Położyć się pośrodku tego, na hamaku w pasy przewieszonym nonszalancko przez środek balkonu. Zapatrzeć się w niebo błękitne i zielone jeszcze plecy lasu. Powoli sączyć słodkie wino z porzeczki.

Dłonie mieć ze śladami farby na palcach, w oczach wciąz tańczące kolory, w sercu ciszę.

Gdyby mnie ktoś zapytał:

– Po co jest malowanie?,

pierwszą odpowiedzią, jaką bym dała byłoby:

– Dla tej ciszy w głowie i sercu.

Świat z jego dziwnymi krzykliwymi problemami odpływa, jakby rozpuszczał się bełtany w wodzie jak farba z pędzla. Parę maznięć i tworzysz swój własny, kolorowy pejzaż. Taki jak chcesz, z odpowiednią dozą czerni i całą paletą innych barw. Z każdą sekundą zagłębiasz się w nim, zostawiajac za plecami czas i przestrzeń …

To trochę jak modlitwa.

Odejście, które pociąga całego człowieka, z ciałem i duszą.

Dlatego będę uparcie powtarzać: nie można być prawdziwym malarzem, nie wierząc w Boga.

Im więcej malujesz, tym jesteś głębiej, coraz głębiej…

 

 

szczyt szczytów

 

Jakie rzeczy można wyczytać w Internecie filozofom się nie śniło:)

– Posłuchaj co dziś przeczytałam – zagaduję Lalcię stojącą w otwartych drzwiach tarasu – „Olejowanie pępka wzmacnia pewność siebie” – cytuję.

Córka robi dziwną minę.

– To najgłupsza rzecz, jaką słyszałam – stwierdza po chwili.

– Dzisiaj – dodaje dla ścisłości i po koniecznej chwili refleksji. Z naciskiem dodaje.

🙂

Tak, to „dzisiaj” było tu istotną uwagą.

Wszak nie możemy stwierdzić z całą pewnością, że nie miało to już miejsca wczoraj, a za „jutro” to już w ogóle ręczyć nie można;)

Głupota ma wszak tendencje mocno ekspansywne.

 

 

skrawki ( nie tylko materiału:)

 

Przy oglądaniu albumu z malarstwem Wiliama Whartona ( tak, tak, był z zawodu malarzem, a książki pisał tylko żeby jakoś zarobić na życie:),

Lalcia pochyla się nisko nad reprodukcją jednego z dzieł i głośno czyta:

– Olej na płocie.

Podnosimy oczy zdumieni, bo – choć Wharton rzeczywiście lubił malować martwą naturę, a z lubością jedzenie – olej na płocie zabrzmiał nieco surrealistycznie.

– Olej na płótnie! – zaśmiał się brat, zaglądając młodszej siostrze przez ramię.

Salwa śmiechu ku czci Laury:)

*

– Nie! – stwierdzam stanowczo, podnosząc się teatralnie z fotela – Ta muzyka nie pasuje do naszego nowego obrusa. Po czym wrzucam płytę z muzyką klasyczną i wracam spokojnie na fotel.

Obrus jest bowiem piękny, w kwiaty, z dobrego kawałka tkaniny i własnoręcznie, z dużym wkładem serca przeze mnie szyty, a muzyka w radio…

No cóż🤔 Taka sobie;)

*

Wizyta w księgarni w sprawie zbioru zadań z matematyki.

Przy okazji namierzamy z dziewczynkami półkę z przecenionymi książkami. Hania wyłuskuje z niej dwa albumy z malarstwem i widać po minie, że tego zakupu nie da sobie wyperswadować.

Jakiż niesmak jednak odczywamy przy kasie, gdy okazuje się, że dwa albumy z obrazami są tańsze od jednego zbioru zadań:(

Świat zdecydowanie zmierza w niewłaściwym kierunku:)

 

 

 

 

a po burzy spokój

 

Piszę z najmłodszą córką Ewy.

Rozmawiamy sobie, pisząc o deszczu i burzy.

Pokazuję jej burzę, która właśnie przeszła nad naszym domem i okolicą.

– Zawsze czekam na burzę z utęsknieniem – piszę.

– Czuję wtedy taki spokój – odpisuje ona

Tak.

Właśnie tak.

Pozwolić burzy wykrzyczeć mój gniew, ból, rozpacz, smutek, tęsknotę. Wszystko to, co na dnie serca domaga się wykrzyczenia.

Uwolnić to.

Patrzeć jak to wszystko przeobrażone w nawałnicę, szarpie gałęziami drzew, targa światem, wstrząsa konwulsjami wichru, płacze deszczem, pęka z hukiem.

I na koniec doznać ukojenia.

Mieć burzę za przyjaciółkę, która przejmie cały ból i go roztrzaska o skały jak gliniany dzbanek, a na koniec powie łagodnie:

– Widzisz, już go nie ma.

 

Ozon wartkim strumieniem wtacza się do płuc.

Pierwszy haust powietrza.

I wynurzam się do nowego życia.

Czuję wtedy taki spokój.

 

 

cudeńko

 

Warto otaczać się przedmiotami śmiesznymi i nieoczywistymi, parodiować nieco swoje życie i patrzeć na dni z lekkim przymrużeniem oka.

Niedoceniany to zabieg, a jakże skuteczny, by nabierać dystansu do siebie i krok po kroku pokornieć przyznając:

– Śmieszny jestem jak te małe pantofelki w kropki,

– Zupełnie nieużyteczny jak angielski kapelusz w wiejskim domu na Podlasiu,

– Jestem jak ta latarenka z kolorowymi szkiełkami w środku zwykłą zabawką ze straganu,

– Przypadkowy i niekonieczny jak pomalowany kamień leżący na schodach,

– Niedorzeczny jak suszone kwiaty pod szklanym kapturkiem.

Taki jestem. I takiego Ktoś mnie zechciał i wciąż chce.

Patrzy z radością na małe śmieszne cudo, jakim jestem.

Przecież każdego rozczulają małe śmieszne cuda.

I na koniec przypomniała mi się Mała Tereska, która wyobrażała sobie, że jest małą piłeczką w ręku Jezusa, Jego zabaweczką 🙂