opuszczony szlaban

Ella dzwoni zdenerwowana. Wybrała się za natchnieniem serca do Częstochowy, na Jasną Górę i w drodze powrotnej została nagle zatrzymana. Jeden pociąg miał opóźnienie. Drugi nie poczekał na pasażerów. Została zmuszona do szukania noclegu w obcym mieście, do jedzenia sucharów i bardzo porannego wstania na inny pociąg.

– Jeśli zostałaś zatrzymana, to nie bez powodu. – mówię jej, gdy wylała już cały swój żal – Rozejrzyj się, może już dziś zauważysz dlaczego.

– Nie, no ja wiem… – przeskakuje szybko na inne tory myślenia.

– Może masz kogoś spotkać, może komuś pomóc, a może groziło ci niebezpieczeństwo… – podpowiadam.

– Może nawet nigdy nie dowiem się dlaczego – mówi już spokojniejsza.

– Tak, nie zawsze się dowiadujemy… – przyznaję,

„ale to z nie znaczy, że zatrzymanie nie miało sensu” – domyślam sobie w głowie, pomna na swoje własne zatrzymanie w biegu i przestawienie na bocznicę na kilka tygodni:)

Gdy zdarza się coś takiego, dziwnego i nieujętego w nasze misterne plany, warto wziąć kilka głębszych oddechów i rozejrzeć się wkoło…

390431-b

zanim napiszemy skargę na przewoźnika:) albo zażądamy odszkodowania od tego, który nie posypał piaskiem lodu:)

 

 

 

„… myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami” – mówi Wielki Drożnik zamykając nam czasem szlaban tuż przed nosem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

brudnopis?

 

 

Gdy miałam 22 lata napisałam:

„Tyle kleksów zrobiłam w życiorysie, a nie będzie czasu, by przepisać na czysto.”

rekopis-pioro

Co powinnam napisać dzisiaj, gdy kleksów dwa razy więcej, a czasu jeszcze mniej?

Co?

Tylko jedno: „Jezu, ufam Tobie”.

Już nie sobie.

Spokorniałam.

Ufam, że moje kleksy są wliczone w koszty wyprawy zwanej życiem.

Ufam w miłosierdzie, które leczy ich  broczące rany.

Ufam, że nie ja jestem głównym autorem tekstu.

 

I jakby w odpowiedzi same przyszły te słowa:

Jestem rękopisem zapisanym przez Pana Boga przed moim urodzeniem,
a drogą dotarcia do tych zapisanych danych jest modlitwa.

                                                                          ( ojciec Andrzej Hołowaty OP)

 

Dlatego coraz więcej czasu trwam na rozmowie z Nim.

On i ja.

Nasze wieczory autorskie:)

 

 

 

pieczęć pustyni

Dwa tygodnie temu wyjęto mi gwoździe z nadgarstka.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam je spod opatrunku, natychmiast myśl przeniosła mnie na Golgotę.

– Spróbuj Rut żyć w połowie ukrzyżowana. – usłyszałam szept w głowie.

Sześć tygodni z przebitą dłonią, sześć tygodni z uporczywym ciążeniem czegoś, co wcześniej było kończyną, sześć tygodni zżymania się na swoje „nie mogę”, „nie dam rady”, „nie jestem w stanie”, „to boli”. Sześć tygodni doświadczania jakim okruchem jestem i fizycznie i duchowo. Jak niedomagam wszędzie i we wszystkim.

Nazwałam te sześć tygodni moimi rekolekcjami. Bóg sam je dla mnie przygotował i mnie nimi poprowadził. Jak drogą.

Zostałam wyprowadzona na pustynię. Dziś powoli z niej wychodzę, widać już zarysy palm na horyzoncie i dziś właśnie – przez Przypadek ( jak ja kocham to Jego drugie imię:), podczas porządków – znalazłam jakiś stary brulion z notatkami z rekolekcji sprzed ponad 20 lat.

Moje ostre pochyłe litery są jak egipskie hieroglify, ale wciąż znam szyfr, w jakim trzeba je czytać.

Pustynia jest niezbędna w życiu duchowym. Nie ma nawrócenia bez tego doświadczenia. Do Ziemi Obiecanej można wejść tylko przez pustynię. Sama pustynia nie jest celem, więc nie można na niej osiąść, zbudować domu. Pustynia jest drogą i jak droga wymaga stałego wysiłku i doką prowadzi.

Pobyt na pustyni jest najtrudniejszym doświadczeniem życia, przypomina nam o naszej pustce, byciu nieurodzajnym, czasem wywołuje krzyk wołania o śmierć.

Ale Pan chce nas przez to sam przeprowadzić ( Księga Powtórzonego Prawa 1,19), bo pustynia nie jest tylko miejscem strasznym, ale przede wszystkim miejscem największego doświadczenia Boga. I jest ona miejscem decyzji ( Pwt 30,15), czasem wyboru. Tu się wszystko rozstrzyga. Tak czy Nie? – Bóg daje dwie drogi do wyboru. Życie czy Śmierć? Pełnia życia czy totalna śmierć?

Kto szuka Boga, prędzej czy później zostanie wyprowadzony na pustynię. Duch sam wyprowadza nas na pustynię. To jest miejsce przygotowania. Nawet dla Jezusa pustynia była czymś takim. Czasem wypróbowania relacji do Ojca, miłości i zaufania Mu. Szatan próbuje wykorzystać nasz pobyt na pustyni jak próbował to wykorzystać w życiu Jezusa. Próbuje podważ zaufanie w miłość Ojca. Dlatego mówi: „Jeśli jesteś Synem Bożym…” Dlaczego Bóg pozwala ci cierpieć, dlaczego jesteś głodny, może Bóg nie chce twego szczęścia, może Bóg jest zły???

Pustynia jest czasem poznania siebie i Boga; czasem, gdy patrzymy na te najgłębsze podszepty w naszym sercu;  zaogniają się stare niewyleczone nigdy rany; wyłazi jak kurz z kątów cała nasza nędza; wiele rzeczy, które nas dotąd cieszyły stają się uciążliwe; widzimy wszystkie nasze bożki, jakie ulepiliśmy sobie w życiu i oddawaliśmy im cześć;  dostrzegamy nagle jak wiele pustki było w naszych najważniejszych relacjach z bliskimi.

Na pustyni Bóg bada nasze serce. „Zbadaj mnie Boże i poznaj moje serce”  (Psalm 139). Tyle razy modliłam się powtarzając tylko to jedno zdanie. Krzyk narzędzia wypalanego w żarze pustyni.

Wszystko po to, by to serce uleczyć, stworzyć od nowa.

chebbi

Dziś powoli wychodzę z mojej pustyni. Jestem inna niż ta Rut sprzed kilku tygodni. Lepsza? Nie wiem. Chyba nie chodzi tu o lepszości czy gorszości. Może po prostu pełniejsza.

 Z bardziej bliska poznałam siebie, a to zawsze przenosi o miliony lat świetlnych do przodu. I bardziej zanurzyłam się w Nim, bo mam teraz jeszcze mniejsze złudzenie, że sama sobie poradzę.

I został jeszcze ślad na nadgarstku.  Pieczęć pustyni.

A ona? Pustynia? To nie by mój pierwszy raz i na pewno  spotkam ją jeszcze na ścieżkach mojego życia.

 

 

woda

– Idź jeszcze przynieś mi wody – mówię mojemu uczniowi, a język przywiera mi do podniebienia.

Wypiłam już tyle wody i wciąż pragnę. Zdziwiony uczeń idzie z butelką po wodę.

Przynosi, piję łapczywie i znów proszę:

 – Przynieś jeszcze.

I tak nieustannie. Scena powtarza się wielokrotnie.

„Chyba umieram.” – myślę z niepokojem.

„Jeśli nie wezmę odrobiny soli, umrę, bo wypłuczę sód z organizmu” – z niepokojem, ale nadzwyczaj trzeźwo myślę dalej.

Uczeń donosi wodę. Ja piję. Nie mogę się powstrzymać. Pragnienie wzmaga się coraz bardziej. Chłopiec za wolno chodzi. Woda za późno dociera do moich ust. Słabnę coraz bardziej.

 

Wtedy się budzę i przypominam sobie, że jestem u teściów, śpię z głową przy grzejniku i… naprawdę chce mi się pić. Sięgam po kubek. Piję. Tym razem skutecznie.

Przewaga kilku łyków prawdziwej wody nad litrami wody iluzorycznej.

 stock-photo-44547808-glass-of-water-on-nature-background

Czasem nam się tylko wydaje, że zaspokajamy pragnienie. Błogosławieństwem jest przebudzić się, nim umrzemy naprawdę.

 

 

 

Księga Rut

Na moje urodziny dostałam także i taki cytat. Niesamowity i pasujący do mnie jak dobrze skrojona sukienka.

Dlaczego jestem Rut?

Bo moja historia jest właśnie taka. Bóg schodzi coraz bliżej maleńkiej i nic nie znaczącej istoty, jaką jestem.

To najpiękniejszy scenariusz życia, jaki można pomyśleć.

W końcu oboje zetkniemy się na zawsze.

 

,,
 
 
,,
 
 
 

 

Czytaliście kiedyś Księgę Rut?

Jest niezwykła i o wiele bardziej warta czytania niż ten blog:)

 

 

 

ps. Od poniedziałku Ewa rozpoczyna chemię. Nadal Was proszę…

 

 

 

 

proszę

Chcę Was ogromnie prosić o modlitwę. Proszę Was tutaj, bo nie do wszystkich mogę dotrzeć za pomocą maili.

Ewa jest bardzo bliską mi osobą. Nasze życia w tylu punktach i od tylu lat są tak zadziwiająco zbieżne, że jesteśmy niemal jak dwa skrzydła tej samej rzeczywistości.

Ma 44 lata, troje dzieci, kochającego męża, nowo-wybudowany dom, pracę, która daje jej wiele radości, przyjaciół, dużo planów, poczucia humoru, wrażliwości i … ma raka piersi z przerzutami do węzłów chłonnych.

Dowiedziała się o tym niedawno. Zadzwoniła do mnie wczoraj.

Trudno opisać co ona czuje i co czuje każdy, kto się dowiaduje o jej chorobie. Wysyłam sms-y, maile, dzwonię, modlę się, modlę się, modlę …

Proszę także Was. Jeśli macie wiarę nawet mniejszą niż ziarnko gorczycy, przyłączcie się.

Jesteśmy Jego  Mistycznym Ciałem i zupełnie tak jak w każdym innym ciele – jeśli jedna komórka choruje, inne wspomagają ją i odżywiają. W Ciele Mistycznym żywimy się łaską, wspieramy się miłością, budujemy nadzieją.

Proszę, módlcie się. Otwórzmy zawory łaski.

 

 

 

 

 Ps.

W piątek zbiera się konsylium, które zdecyduje o sposobie leczenia. To będzie bardzo trudny dzień dla Ewy. Podejmujemy całodniowy post ścisły w jej intencji. Jeśli zechcecie dołożyć do tego jakieś nawet drobne wyrzeczenie czy ofiarować cierpienie z Waszej strony, będziemy wdzięczni.

 

 

 

 

stopy w wodzie

Oczywiście 8, a nie 18 🙂

To są właśnie psikusy umysłu humanisty. Czeskie błędy w dziedzinie matematyki do moja specjalność.

Umiem na poczekaniu napisać wiersz, wyrecytować Inwokację „Pana Tadeusza”, ale zapamiętanie mojego numeru PESEL  graniczy z cudem.  Gdybyście widzieli minę ratownika w karetce, któremu bez żenady wyznałam, że tego numeru nie znam. I musiałam wykonać telefon do przyjaciela, czyli mężulka, bo inaczej…

– Będzie Pani przyjęta do szpitala jako NN. – ostrzegł lojalnie ratownik.

Liczby w ogóle są poza zakresem moich zainteresowań. W zasadzie mogłyby dla mnie nie istnieć wcale. Więc 8 i 18 to naprawdę niewielka różnica:)

Jak lubię powtarzać – czymże to jest w obliczu wieczności 🙂

 *      *      *       *       *

Dziś niedziela Chrztu Pańskiego.

Gdy w czasie różańca napotykam tę scenę, siadam niezobowiązująco na brzegu Jordanu. Czasem nawet zanurzam stopy w nieco błotnistych jego wodach, ale nic więcej. Obserwuję z bezpiecznej odległości jak On wchodzi w nurt, staje przy Janie, chwilę rozmawiają, a potem Jan bierze Go za ramiona i stanowczo wpycha w głąb ciała rzeki. Gdy się wynurza, srebrzysty ekran pokrywa jego włosy, brodę, twarz, rzęsy, lniany materiał tuniki przylega do ramion i piersi. A ja sobie siedzę i patrzę. Wtedy zwykle Jego wzrok spoczywa na mnie i wiem co do mnie myśli.

– Podejdź tutaj. Stań przy mnie. Od chrztu jesteś zanurzona we Mnie. Nie siedź na brzegu. Brzeg nie jest miejscem dla ciebie.

Zawstydzona podchodzę, On bierze mnie w ramiona i … lustro wody zamyka się nad nami.

Za każdym razem przy pierwszej tajemnicy światła.

Rozumiecie ten obraz?

220px-PikiWiki_Israel_29585_Jordan_River

Lubimy przebywać na obrzeżach Boga. Wydaje nam się to bezpieczne, niezobowiązujące miejsce, z którego w razie czego łatwo dokonać odwrotu. Gdyby czegoś chciał, można szybko wstać, otrzepać się z piasku, odwrócić i wmieszać w tłum na brzegu Jordanu. A gdyby pytali kiedyś, powiedzieć jak Piotr: Człowieku, nie wiem o czym mówisz. Nie znam go.

Na obrzeżach Boga można wybrać z oferty tylko to, co wygodne. Uznać słuszność „nie zabijaj”, ale z wyjątkiem aborcji; można mu przytaknąć, gdy mówi o świętowaniu niedzieli, ale z wyjątkiem zakupów w galeriach handlowych; można teoretycznie uznać, że jest Bogiem, ale samemu kreować sobie rzeczywistość i prawa, można przyjmować Komunię, ale odrzucić spowiedź, cenzorować każde Jego słowo w ciasnych granicach swego intelektu, jakby atakowali Kościół, przyłączyć się do chórku, albo – w przypływie odwagi – milczeć…

Na obrzeżach Boga jest letnio i przyjemnie, niezobowiązująco jak życie na „kocią łapę”. „Tak” i „Nie” połączone najtrwalszym klejem tchórzostwa.

Cokolwiek o mnie myślą niektórzy z Was, jestem kimś kto zna obrzeża Boga. Lata całe żyłam na tej ziemi niczyjej. Do dziś kusi mnie perspektywa patrzenia z brzegu Jordanu, umoczenia się w Nim tylko piętami.

Jestem kimś kogo wyrwał znad urwiska. Dlatego mam prawo pisać – ziemia niczyja nie istnieje, obrzeża Boga leżą ułamek sekundy od przepaści. Są niebezpieczne jak chodzenie po górskiej grani we mgle.

Albo jestem z Nim na serio i na 100%, albo z Nim nie jestem wcale. Wtedy jestem już po drugiej stronie.

– Panie, Panie, ale przecież jedliśmy i piliśmy z Tobą, byliśmy blisko – zaprotestujemy przy końcu.

– Nie znam was – odpowie.

 

Podejdź tu i zanurz się ze mną, albo odejdź znad Jordanu i nie udawaj, że jesteś blisko.

Ostro?

On tak do mnie mówi.

Bo to nie jest gra o szklane kulki.

 

 

 

 

 

 

początek rejsu

 

Muszę podziękować Amie. Dzięki Twoim słowom odwróciłam głowę i popatrzyłam wstecz z pokładu mojego małego stateczku zwanego życiem. On wciąż przecina fale i z dziobem skierowanym ku horyzontowi realizuje swój raz zamierzony kurs „w przyszłość”. Ale przecież czasem warto odwrócić głowę, odgarnąć włosy, które wiatr szamoce i popatrzeć na to, co było.

Nie wiem czy na tym pokładzie jest jeszcze ktokolwiek z tych, którzy zaczynali ze mną tę blogową podróż. Przez te wszystkie lata wiele było portów, zmian i przesiadek. Ktoś dotknął pokładu tylko na chwilę, ktoś pospacerował po nim i zrozumiał,że woli inne łajby, byli pewnie tacy, którzy przepłynęli ze mną wiele węzłów morskich i zwiedzili wiele portów, poznałam też wielu kapitanów innych statków – ile razy pozdrawialiśmy się nawzajem z naszych mostków kapitańskich.

Pisanie bloga to niesamowita przygoda, możliwość poznawania niezwykłych światów, przede wszystkich tych, które potocznie nazywamy „ludźmi”. Wszystkich noszę w pamięci i sercu. Nie potrafię Was wszystkich wymienić, Wasze imiona i nicki układają się w długie fale. Błękitne z posypką światła na grzbietach.

Jestem Rut. Wiedzcie, że gdyby nie Wy, byłabym dziś zupełnie kimś innym.

A tak to się zaczęło.

Mój pierwszy wpis w „Dzienniku morskich podróży”. 18 lat temu. Aż mi oczy zamakają:)

 

23 lutego 2009

Chowam czasami kawałek czekolady, cukierek albo jakieś „dziesiąt ” złotych po różnych zakamarkach. To jedna z moich tajemnych sztuczek. Ponoć tak robią wiewiórki – chowają swoje skarby w tysiącach różnych miejsc, a potem zapominają.

Nie jestem wiewiórką i patrzę nawet na te roztargnione rudzielce z pewną wyższością. W ich szaleństwie jest czyste szaleństwo. W moim jest metoda. Metoda na radość, na ciągłe dziwienie się życiem.

Kiedy po miesiącach wyjmuję z szafy płaszcz z poprzedniego sezonu i sięgam do kieszeni czuję się prawie jak Krzysztof Kolumb u wybrzeży Indii ( i nieważne , że tak naprawdę to była Ameryka:) Ale szperaczy w naszym domu jest wielu. Podobnie jak wiewiórek w lesie:)

Dziś mój mężulek z zaaferowaną miną odkrywcy przyniósł do kuchni szeleszczący papierek z czekoladą w środku.

– Pa – pam !!! – wykrzyknął jak magik wyciągający białe uszy z cylindra.

Tym razem z mojego zaskoczenia nici, bo czekoladę schowałam w pudełku tego samego ranka. Mimo moich dziedzicznych skłonności do Alzheimera nie zdążyłam jeszcze o niej zapomnieć:)

Ale i tak było warto. Poranna kawa z czekoladą smakuje cudownie. A radość mojego Misia jeszcze lepiej.

*        *        *

Dziś jestem inna i wciąż ta sama. Miesiąc temu ukryłam tabliczkę czekolady w szufladzie z różnymi szpargałami. Ciekawe kto i kiedy ją znajdzie:)