Oczywiście 8, a nie 18 🙂
To są właśnie psikusy umysłu humanisty. Czeskie błędy w dziedzinie matematyki do moja specjalność.
Umiem na poczekaniu napisać wiersz, wyrecytować Inwokację „Pana Tadeusza”, ale zapamiętanie mojego numeru PESEL graniczy z cudem. Gdybyście widzieli minę ratownika w karetce, któremu bez żenady wyznałam, że tego numeru nie znam. I musiałam wykonać telefon do przyjaciela, czyli mężulka, bo inaczej…
– Będzie Pani przyjęta do szpitala jako NN. – ostrzegł lojalnie ratownik.
Liczby w ogóle są poza zakresem moich zainteresowań. W zasadzie mogłyby dla mnie nie istnieć wcale. Więc 8 i 18 to naprawdę niewielka różnica:)
Jak lubię powtarzać – czymże to jest w obliczu wieczności 🙂
* * * * *
Dziś niedziela Chrztu Pańskiego.
Gdy w czasie różańca napotykam tę scenę, siadam niezobowiązująco na brzegu Jordanu. Czasem nawet zanurzam stopy w nieco błotnistych jego wodach, ale nic więcej. Obserwuję z bezpiecznej odległości jak On wchodzi w nurt, staje przy Janie, chwilę rozmawiają, a potem Jan bierze Go za ramiona i stanowczo wpycha w głąb ciała rzeki. Gdy się wynurza, srebrzysty ekran pokrywa jego włosy, brodę, twarz, rzęsy, lniany materiał tuniki przylega do ramion i piersi. A ja sobie siedzę i patrzę. Wtedy zwykle Jego wzrok spoczywa na mnie i wiem co do mnie myśli.
– Podejdź tutaj. Stań przy mnie. Od chrztu jesteś zanurzona we Mnie. Nie siedź na brzegu. Brzeg nie jest miejscem dla ciebie.
Zawstydzona podchodzę, On bierze mnie w ramiona i … lustro wody zamyka się nad nami.
Za każdym razem przy pierwszej tajemnicy światła.
Rozumiecie ten obraz?

Lubimy przebywać na obrzeżach Boga. Wydaje nam się to bezpieczne, niezobowiązujące miejsce, z którego w razie czego łatwo dokonać odwrotu. Gdyby czegoś chciał, można szybko wstać, otrzepać się z piasku, odwrócić i wmieszać w tłum na brzegu Jordanu. A gdyby pytali kiedyś, powiedzieć jak Piotr: Człowieku, nie wiem o czym mówisz. Nie znam go.
Na obrzeżach Boga można wybrać z oferty tylko to, co wygodne. Uznać słuszność „nie zabijaj”, ale z wyjątkiem aborcji; można mu przytaknąć, gdy mówi o świętowaniu niedzieli, ale z wyjątkiem zakupów w galeriach handlowych; można teoretycznie uznać, że jest Bogiem, ale samemu kreować sobie rzeczywistość i prawa, można przyjmować Komunię, ale odrzucić spowiedź, cenzorować każde Jego słowo w ciasnych granicach swego intelektu, jakby atakowali Kościół, przyłączyć się do chórku, albo – w przypływie odwagi – milczeć…
Na obrzeżach Boga jest letnio i przyjemnie, niezobowiązująco jak życie na „kocią łapę”. „Tak” i „Nie” połączone najtrwalszym klejem tchórzostwa.
Cokolwiek o mnie myślą niektórzy z Was, jestem kimś kto zna obrzeża Boga. Lata całe żyłam na tej ziemi niczyjej. Do dziś kusi mnie perspektywa patrzenia z brzegu Jordanu, umoczenia się w Nim tylko piętami.
Jestem kimś kogo wyrwał znad urwiska. Dlatego mam prawo pisać – ziemia niczyja nie istnieje, obrzeża Boga leżą ułamek sekundy od przepaści. Są niebezpieczne jak chodzenie po górskiej grani we mgle.
Albo jestem z Nim na serio i na 100%, albo z Nim nie jestem wcale. Wtedy jestem już po drugiej stronie.
– Panie, Panie, ale przecież jedliśmy i piliśmy z Tobą, byliśmy blisko – zaprotestujemy przy końcu.
– Nie znam was – odpowie.
Podejdź tu i zanurz się ze mną, albo odejdź znad Jordanu i nie udawaj, że jesteś blisko.
Ostro?
On tak do mnie mówi.
Bo to nie jest gra o szklane kulki.