Muszę podziękować Amie. Dzięki Twoim słowom odwróciłam głowę i popatrzyłam wstecz z pokładu mojego małego stateczku zwanego życiem. On wciąż przecina fale i z dziobem skierowanym ku horyzontowi realizuje swój raz zamierzony kurs „w przyszłość”. Ale przecież czasem warto odwrócić głowę, odgarnąć włosy, które wiatr szamoce i popatrzeć na to, co było.
Nie wiem czy na tym pokładzie jest jeszcze ktokolwiek z tych, którzy zaczynali ze mną tę blogową podróż. Przez te wszystkie lata wiele było portów, zmian i przesiadek. Ktoś dotknął pokładu tylko na chwilę, ktoś pospacerował po nim i zrozumiał,że woli inne łajby, byli pewnie tacy, którzy przepłynęli ze mną wiele węzłów morskich i zwiedzili wiele portów, poznałam też wielu kapitanów innych statków – ile razy pozdrawialiśmy się nawzajem z naszych mostków kapitańskich.
Pisanie bloga to niesamowita przygoda, możliwość poznawania niezwykłych światów, przede wszystkich tych, które potocznie nazywamy „ludźmi”. Wszystkich noszę w pamięci i sercu. Nie potrafię Was wszystkich wymienić, Wasze imiona i nicki układają się w długie fale. Błękitne z posypką światła na grzbietach.
Jestem Rut. Wiedzcie, że gdyby nie Wy, byłabym dziś zupełnie kimś innym.
A tak to się zaczęło.
Mój pierwszy wpis w „Dzienniku morskich podróży”. 18 lat temu. Aż mi oczy zamakają:)
23 lutego 2009
Chowam czasami kawałek czekolady, cukierek albo jakieś „dziesiąt ” złotych po różnych zakamarkach. To jedna z moich tajemnych sztuczek. Ponoć tak robią wiewiórki – chowają swoje skarby w tysiącach różnych miejsc, a potem zapominają.
Nie jestem wiewiórką i patrzę nawet na te roztargnione rudzielce z pewną wyższością. W ich szaleństwie jest czyste szaleństwo. W moim jest metoda. Metoda na radość, na ciągłe dziwienie się życiem.
Kiedy po miesiącach wyjmuję z szafy płaszcz z poprzedniego sezonu i sięgam do kieszeni czuję się prawie jak Krzysztof Kolumb u wybrzeży Indii ( i nieważne , że tak naprawdę to była Ameryka:) Ale szperaczy w naszym domu jest wielu. Podobnie jak wiewiórek w lesie:)
Dziś mój mężulek z zaaferowaną miną odkrywcy przyniósł do kuchni szeleszczący papierek z czekoladą w środku.
– Pa – pam !!! – wykrzyknął jak magik wyciągający białe uszy z cylindra.
Tym razem z mojego zaskoczenia nici, bo czekoladę schowałam w pudełku tego samego ranka. Mimo moich dziedzicznych skłonności do Alzheimera nie zdążyłam jeszcze o niej zapomnieć:)
Ale i tak było warto. Poranna kawa z czekoladą smakuje cudownie. A radość mojego Misia jeszcze lepiej.
* * *
Dziś jestem inna i wciąż ta sama. Miesiąc temu ukryłam tabliczkę czekolady w szufladzie z różnymi szpargałami. Ciekawe kto i kiedy ją znajdzie:)
