płócienko czasu

Dzień wiejski
Skrawek lnianego płótna czasu rozpięty między słońcem wynurzającym się zza ściany lasu, a kryjącym się za lasem po przeciwnej stronie.
Skrawek surowy, nadający się do bielenia lub barwienia, łatwo poddający się obróbce.


Gdy wracamy z lasu, słońce odbija się od srebrnych brzegów dużych kubków. Ich wnętrza wypełnione jagodami i ich liśćmi.
Ręce i paznokcie fioletowe. Za nami depcze burza. Swym groźnym mruczeniem wypłoszyła nas z lasu.
Choć zupełnie na spłoszone nie wyglądamy. Idziemy raźno omijając wczorajsze kałuże i snujemy plany na jutrzejsze drożdżowe bułeczki.
‌Bramka do sadu zamyka się z oporem właściwym rzeczom starym, które bardziej gustują w statyczności niż ruchu.


‌ Może zresztą nie dotyczy to tylko rzeczy.
‌W drugiej połowie życia my też stajemy się coraz bardziej nieporuszeni, krzepniemy, wolimy pełen zamyślenia bezruch niż chaotyczną bezmyślną gonitwę.
‌Bramka w końcu się poddaje, zwinne palce Ali zaplatają drut – tak prosto na wsi zamyka się podwórka.
‌W domu jagody lądują do miski z wodą, Nusia odbiera od nich liście i patyczki, zabłąkane robaczki.
‌- Mogę trochę ze śmietaną zjeść? – pyta Lalcia.
‌- Dostaniesz tylko garstkę – mówię – bo jutro tata planuje naleśniki z jagodami.


‌ Wiejski dzień. Zabarwiony jagodowym sokiem. Jak kawałek lnianej ściereczki.

barwność

Moje ulubione kolory to lawendowy i lazurowy.
Ale moje ulubione połączenie barw to biały i zielony.
Zupełnie niedawno to zauważyłam jak otaczam się tą konstelacją , podświadomie ją wybieram i w jej towarzystwie odpoczywam.

I jestem przez biel i zieleń otaczana.

Pewnie dlatego tak lubię brzozy.

Może niektórzy z Was pamiętają jaki tytuł miał mój pierwszy blog.
Ten sprzed 10 lat.

„W cieniu brzozy”.

I to nie był przypadek:)

odcienie zieleni

I cudnie mieć syna, który podchodzi w ciągu dnia znienacka i cmoknie w policzek, chuchając do ucha cicho: „Kocham cię”.
I – choć wiem, że prawdopodobnie nigdy nie przeczyta Borejkowej sagi – mam zupełną pewność, że jest bardziej podobny do mnie niż mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka.

Cudnie jest spierać się z nim ( godzinami!!!) o nazwy dla rombów i konieczność ( ja) lub zbędność ( on) określenia wszystkich odcieni zieleni.
Te rozmowy – na pograniczu ekwilibrystyki mózgu i obrzeży filozofii.
Emocjonalne ( o dziwo – on:) i stoickie ( o dziwo – ja).
Niemal od zarania jego życia umieliśmy tak rozmawiać: na poły ironicznie i jednocześnie zupełnie na serio.
Czyli tak jak zasługuje na to nasze życie.

On zżyma się niby, że myślę sercem, a ja niby się gniewam, że on czuje głową.
A jesteśmy tacy sami.
Wrażliwcy, którzy próbują udawać, że są nieporuszeni.
W świecie, który miota ludźmi jak kukłami ze słomy. I robi z nich wydmuszki. A zamiast gruntu pod nogami daje równię pochyłą.

* * *

A my sobie z synem jakby nigdy nic rozmawiamy o odcieniach koloru zielonego.
Z przymrużeniem oka.
Marnotrawimy na to czas i energię, oplatamy słowami i pasją.
Na naszym patio oplecionym gęsto zielonym winobluszczem.

O odcieniu… wciąż bezimiennym.

na Roosevelta 5

– Idzie się długim korytarzem, po lewej masz wieszak cały w ubraniach, zupełnie tak jak u nas. Za wieszakiem na ścianie są półki aż do sufitu i pełno książek. Po prawej pierwsze drzwi są do łazienki, a zaraz drugie, obok stolika z telefonem, do kuchni… – oprowadzam słuchaczy tonem przewodnika
– Nie, nie – wchodzi mi w słowo Pierworodna moja – Źle mówisz. Łazienka jest gdzie indziej, ona sąsiaduje z pokojem zielonym.
– Ale pokój zielony jest na lewo, a łazienka musi mieć wspólną ścianę z kuchnią, bo jak ktoś się kąpał, to wszyscy przy stole słyszeli.
– Wy nic nie pamiętacie – dodaje swoje trzy grosze Hania – Pokój zielony jest z tej samej strony co kuchnia, bo z kuchni można było podglądać kto wchodzi przez balkon.

Lalcia leży obok nas na wielkim łożu i usiłuje sobie zwizualizować nasze mętne opowieści.
– Nie, nie wytrzymam – wykrzykuje w końcu i wyskakuje spod kołdry – Ja muszę to narysować.
Bierze kartkę z drukarki i rysuje plan mieszkania.

– Ja narysuję – idzie w ślad za nią Hania – bo ty nie czytałaś, to nie wiesz.
I wyjmuje drugą kartkę. Obie kładą się na podłodze w dwóch różnych kątach sypialni i rysują zamaszyście.
Dwa różne plany:)

Mężulek stoi zdezorientowany nad tym babskim targowiskiem. W końcu mówi:
– Jak się zawezmę i TO przeczytam, to wam narysuję, jak to być powinno.
O tak!!! Mężulek jest mistrzem rysowania planów, rzutów, schematów i wykresów wszelakich. Mózg ścisłowca i analityka.

Ale przecież żadna z nas – wyposażona w mózg humanistyczny – nie wierzy w te pogróżki. Bo który mężczyzna byłyby w stanie przeczytać 22 tomy Jeżycjady? 🙂
Plus przydatki:)
Na Jowisza, żaden!!!

No, chyba że Czesław Miłosz. Ale to wyjątek potwierdzający regułę:)

* * *

I kiedy moje gdaczące kurki rozchodzą się w końcu do łóżek, nie syte gadania o Borejkach i spierania się, gdzie była łazienka, myślę tuż przed snem:
– Jak to cudnie być matką trzech córek. Mieć z nimi wspólne książki i pasje. Widzieć, że ani jedne ani drugie nie kurzą się na półce wspomnień.

wieczorne śledzenie w beczce

Wieczorna godzina zwierzeń w przepastnym łóżku rodziców, pod słońcem lampy w abażurze z koronki.
Wszyscy układają się jak śledzie w beczce. Niektórzy – z braku miejsca – w pozycji półwiszącej. Jedni w pidżamach, z ciepłymi termoforkami ( ja i Lalcia), inni – świeżo powróceni na rodziny łono, z wieczornego spaceru, z mgiełką deszczu we włosach( Ala).

Dziś wywód zaczyna Lalcia.
– Lubię kiedy mama opowiada bajki albo jakieś historie – wyznaje rozmarzonym tonem – bo wtedy zaczyna mi się tak kręcić w głowie – tu dziewczę robi znaczący młynek palcem przy czole – a potem już wszystko widzę o czym opowiada.
🙂
Rodzeństwo w jednym momencie prycha śmiechem.
No, nic dziwnego – brzmi to trochę jak wyznanie narkomana:)
Potem na stół rodzinnych pogawędek wjeżdzają inne tematy przyprawiające o zawrót głowy: o jakimś tajemniczym Kubie, któremu średnia córka nie odpowiada; o studiach Ali, które będą on line aż do lutego; o planach syna, który lada dzień dostanie prawo jazdy i nie zawaha się z niego skorzystać; o tym skąd wziąć tyle krzeseł na Komunię Lali,
o nowej Chince, która oprócz odkurzania będzie też mopować podłogi, o naszej hodowli kotów, która znowu powiększyła się o cztery sztuki…

Gdy zawrót głowy robi się już łudząco podobny do wrażenia pędzącej karuzeli, ogłaszamy z mężulkiem odwrót wojsk. Maruderzy oczywiście zawsze nieco marudzą. Koronnym argumentem w dyskusji pt.” iść spać czy nie iść spać” jest łaskotanie. Tata w tej dziedzinie jest szermierzem doskonałym i w dwie minuty potrafi pokonać przeważające siły wroga.
I ostatecznie, po pisku łaskotanych, słychać tupot małych i dużych stóp wbiegających na poddasze.
Wojsko odmaszerowało.

Teraz już wystarczy odczekać parę chwil nim przestanie kręcić się w głowie:)
I…
… dzień można uznać za zakończony.