Dzień wiejski
Skrawek lnianego płótna czasu rozpięty między słońcem wynurzającym się zza ściany lasu, a kryjącym się za lasem po przeciwnej stronie.
Skrawek surowy, nadający się do bielenia lub barwienia, łatwo poddający się obróbce.

Gdy wracamy z lasu, słońce odbija się od srebrnych brzegów dużych kubków. Ich wnętrza wypełnione jagodami i ich liśćmi.
Ręce i paznokcie fioletowe. Za nami depcze burza. Swym groźnym mruczeniem wypłoszyła nas z lasu.
Choć zupełnie na spłoszone nie wyglądamy. Idziemy raźno omijając wczorajsze kałuże i snujemy plany na jutrzejsze drożdżowe bułeczki.
Bramka do sadu zamyka się z oporem właściwym rzeczom starym, które bardziej gustują w statyczności niż ruchu.

Może zresztą nie dotyczy to tylko rzeczy.
W drugiej połowie życia my też stajemy się coraz bardziej nieporuszeni, krzepniemy, wolimy pełen zamyślenia bezruch niż chaotyczną bezmyślną gonitwę.
Bramka w końcu się poddaje, zwinne palce Ali zaplatają drut – tak prosto na wsi zamyka się podwórka.
W domu jagody lądują do miski z wodą, Nusia odbiera od nich liście i patyczki, zabłąkane robaczki.
- Mogę trochę ze śmietaną zjeść? – pyta Lalcia.
- Dostaniesz tylko garstkę – mówię – bo jutro tata planuje naleśniki z jagodami.

Wiejski dzień. Zabarwiony jagodowym sokiem. Jak kawałek lnianej ściereczki.































