odcienie zieleni

I cudnie mieć syna, który podchodzi w ciągu dnia znienacka i cmoknie w policzek, chuchając do ucha cicho: „Kocham cię”.
I – choć wiem, że prawdopodobnie nigdy nie przeczyta Borejkowej sagi – mam zupełną pewność, że jest bardziej podobny do mnie niż mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka.

Cudnie jest spierać się z nim ( godzinami!!!) o nazwy dla rombów i konieczność ( ja) lub zbędność ( on) określenia wszystkich odcieni zieleni.
Te rozmowy – na pograniczu ekwilibrystyki mózgu i obrzeży filozofii.
Emocjonalne ( o dziwo – on:) i stoickie ( o dziwo – ja).
Niemal od zarania jego życia umieliśmy tak rozmawiać: na poły ironicznie i jednocześnie zupełnie na serio.
Czyli tak jak zasługuje na to nasze życie.

On zżyma się niby, że myślę sercem, a ja niby się gniewam, że on czuje głową.
A jesteśmy tacy sami.
Wrażliwcy, którzy próbują udawać, że są nieporuszeni.
W świecie, który miota ludźmi jak kukłami ze słomy. I robi z nich wydmuszki. A zamiast gruntu pod nogami daje równię pochyłą.

* * *

A my sobie z synem jakby nigdy nic rozmawiamy o odcieniach koloru zielonego.
Z przymrużeniem oka.
Marnotrawimy na to czas i energię, oplatamy słowami i pasją.
Na naszym patio oplecionym gęsto zielonym winobluszczem.

O odcieniu… wciąż bezimiennym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *