Jesień.
Na poły słotna, mglista o porankach, na poły skrząca się na mokrych liściach rozszczepionym światłem słońca.
Jego złota kula, gdy już wyjdzie zza kurtyny chmur, nie razi i nie pali, lecz łagodnie głaszcze policzki, nos, usta.
Stukot spadających w sadzie jabłek odmierza czas lepiej niż zegar. I opadające jak motyle brzozowe liście przyklejają się wszędzie. Mam je za wycieraczką auta, na podeszwie buta, w torebce, na podłodze u wejścia do domu.
– Chyba nadszedł czas na świece – stwierdziłam wczoraj wieczorem, gdy razem z dziewczynkami piłyśmy herbatkę przy kuchennym stole. I pobiegłam po czerwoną świecę, odstawioną w kąt na całe słoneczne lato.

Czas światła świec, długich wieczorów, zapachu jabłek, szarlotek, rogalików z nimi, kompotu z goździkami, herbatki rooibos, czas zamszowego głosu Sinatry i Armstronga… Nie dajemy im spokoju ani na minutę.
* * *
– Obliczyłam w nocy, że moje 3- latki z przedszkola, to ostatni rocznik, który uczę – chwalę się rodzince cały dzień – Muszę ich tylko doprowadzić do 8 klasy i …przechodzę na emerturę!
Mój mąż śmieje się.
– Teraz będę patrzeć czy szybko rosną, muszę je podlać jakimś nawozem żeby szybciej dojrzały – żartuję ku uciesze wszystkich.
Jesień.

Mam prawie 50 lat, co mi zostało?
Pięknie dożyć swoje życie jak się kończy misterną koronkę równie misterną mereżką. Albo jeszcze piękniejszą – myślę, patrząc urzeczona na śliczną firankę, którą podarowała mi ostatnio Łyżeczka. Firanka sama w sobie piękna i delikatna jak z muślinu, ale wykończona po brzegach tak subtelną koronką, że trudno oderwać wzrok.
Tak też można dokończyć swoje życie – pięknie nad podziw, porywająco.

Dokończyć dzieło. Kojąca myśl.
Spokojny spacer w dół zbocza góry, na którą z takim mozołem wspinałam się połowę życia. Zejść niespiesznie, ciesząc się popołudniowym delikatnym słońcem.
Każdy krok przeżyć świadomie, cieszyć się każdym gestem, zauważyć każdy najmniejszy dar.
Opaść na koniec w Jego dłonie jak dojrzałe jabłko.












