wgłąb

 

Czas choroby. Wirus.

Czuję każde ścięgno, staw, stawik, kość. Nawet te najdrobniejsze w palcach rąk i stóp.

Wszystko, co zwykle ukryte głęboko pod skórą i zapomniane na co dzień, odzywa się i przypomina o swoim istnieniu.

– Nie wiedziałam, że mam aż tyle kości i stawów – zwierzam się najstarszej córce, która w planach ma zawód medyczny. Leżymy przytulone na miękkim dywanie w salonie.

– Oj mamuś, mamuś – pokrzepia mnie dziecię.

Podobnie jest z duszą – myślę dalej na temat.

Póki nie boli, zapominamy o jej istnieniu. Dopiero trudne dni odkrywają całą złożoność jej istoty.

Każde jej ścięgno, nerw, drgnienie, jej miotanie się w nas …

Może po to są choroby i ból. By odkryć to, co przysypane popiołem codzienności. By wejść do środka siebie. Nie żyć na obrzeżach własnej skóry.

Podobny obraz

Może.

A może sens jest jeszcze głębszy. Głębszy niż ktokolwiek z nas potrafi dotrzeć.

Moje kości podpowiadają mi, że nie jestem tylko skórą.

Moja dusza podpowiada, że nie jestem tylko mięsem.

 

 

 

opadanie

 

Z małej antresoli mam widok na las. I gdy się budzę rano i patrzę za okno, widzę drzewa.

Jak pięknie!

Wiatr delikatnie głaszcze ich szczyty, a liście – wirując jak w walcu – opadają złotym deszczem powoli w dół. Bez wysiłku, bez sprzeciwu, bez buntu obnażają się wielkie pokorne olbrzymy.

Podobny obraz

Zaakceptować jak one dotyk czasu.

Bez strachu pozwolić opaść swej urodzie, zdrowiu, siłom. Bez buntu zgodzić się na utratę swoich mniemań. Bez rozpaczy pożegnać się z odchodzącymi. Bez oglądania się za siebie iść w głąb jesieni. Bez drżenia schodzić powoli w dół ze szczytu.

Łagodnie opaść jak liść na dno czyjejś Dłoni.

 

I czy to  przypadek, że pod wieczór dnia którego to piszę, znalazłam w książce  te słowa:

„Począwszy od połowy życia tylko ten człowiek pozostaje żywy, kto chce umierać razem z życiem.”   (   C.G. Jung)

 

…a kto by chciał zachować swoje życie, straci je…

 

Wszystko zanurzone jak w żywicy w złocistej jesieni.