Czas choroby. Wirus.
Czuję każde ścięgno, staw, stawik, kość. Nawet te najdrobniejsze w palcach rąk i stóp.
Wszystko, co zwykle ukryte głęboko pod skórą i zapomniane na co dzień, odzywa się i przypomina o swoim istnieniu.
– Nie wiedziałam, że mam aż tyle kości i stawów – zwierzam się najstarszej córce, która w planach ma zawód medyczny. Leżymy przytulone na miękkim dywanie w salonie.
– Oj mamuś, mamuś – pokrzepia mnie dziecię.
Podobnie jest z duszą – myślę dalej na temat.
Póki nie boli, zapominamy o jej istnieniu. Dopiero trudne dni odkrywają całą złożoność jej istoty.
Każde jej ścięgno, nerw, drgnienie, jej miotanie się w nas …
Może po to są choroby i ból. By odkryć to, co przysypane popiołem codzienności. By wejść do środka siebie. Nie żyć na obrzeżach własnej skóry.

Może.
A może sens jest jeszcze głębszy. Głębszy niż ktokolwiek z nas potrafi dotrzeć.
Moje kości podpowiadają mi, że nie jestem tylko skórą.
Moja dusza podpowiada, że nie jestem tylko mięsem.

