spoza

 

Ciepły majowy wieczór. Rozwieszam mokre ręczniki na balkonie. Nagle zamieram w bezruchu obezwładniona widokiem oświetlonego wnętrza pokoju. Na rozłożonym łóżku siedzi zaczytana Nusia, jej włosy spływają dwoma czarnymi rzekami po obu stronach szczupłej, zamyślonej twarzy. Obok , na brzuchu leży Laurka i z rytmicznych ruchów można wywnioskować, że zapamiętale maluje. Jeszcze dalej przysypiający mąż.

Wszystko w złotym kręgu światła lampki, na tle pościeli w ptaki, kwiaty i zielone jabłuszka.

Opieram się plecami o chłodną barierkę i o gęstniejący zmierzchem błękit nieba za mną. Patrzę, ogarniam ich myślą, a oni – nieświadomi tego, żyją za taflą okna.

Tak muszą patrzeć na nas nasi zmarli, gdy odchodzą. Ostatnie pełne miłości spojrzenie. Już spoza.

Jutro piękny dzień.

Ktoś popatrzy na nas idących w jasnych wiosennych sukienkach, z promieniami słońca wplecionymi we włosy, spojrzy na nasze domy, ulice, nasze usta układające się do słów pieśni, nasze dzieci trzymające furkoczące wstążki, niemowlęta gaworzące w wózkach, brzózki ustawione przy ołtarzach, nasze kolana zbroczone ziarnkami piasku, nasze zmarszczki coraz głębsze… Popatrzy z miłością.

A my znowu nie zauważymy ani Jego ani Jego wzroku, ani Jego miłości.

 

chwila

 

Kiedyś lubiłam czytać opowiastki Anthonego de Mello. Mam kilka jego książek. Czasem do nich wracam.

Są pełne mądrych, krótkich przypowieści i historyjek, które stawiają nas wobec wielu ważnych pytań, które nie zawsze lubimy sobie zadawać dobrowolnie.

Jedna z nich ma tytuł: Pałac z zajazdem.

Opowiada o wizycie, jaką złożył władcy nieoczekiwany gość.

– Czego chcesz? – zapytał król.

– Miejsca do spania w tym zajeździe – odparł przybysz.

– To nie zajazd. To mój pałac.

– Mogę spytać, kto był właścicielem tego domu przed tobą?

– Mój ojciec. Już nie żyje.

– A kto był właścicielem przed nim?

-Mój dziadek. On także nie żyje.

– I to miejsce, gdzie ludzie zatrzymują się na chwilę, a potem ruszają dalej – czyżbyś powiedział, że to nie zajazd?

 

Jako puentę zacytuję słowa papieża Franciszka, które ostatnio usłyszałam:

„Jeszcze nigdy nie widziałem, by za konduktem pogrzebowym jechał samochód PRZEPROWADZKI.”

 

🙂

 

 

 

 

 

 

99

Pamiętacie, gdzie chodzę się modlić?

Do domu Matki, do Fatimy.

Wczoraj w nocy poszłam tam i zobaczyłam płonący plac. Tysiące ludzi stojących w ciemności i deszczu przed swoją Matką.

Dziś mija 99 lat od kiedy objawiła się pierwszy raz trójce dzieci. 99 lat wypełnionych Jej stałą obecnością, wieloma objawieniami we wszystkich zakątkach świata, Jej słowami, prośbami, modlitwą, miłością.

 

                                           *                      *                     *

 

W życiu ludzkim są dwa krańcowe, dramatyczne wydarzenia. Dwa przejścia.

Narodziny i śmierć.

Patrząc na współczesny świat wydaje się, że umieramy.

Ale dziś pomyślałam, że może to nie prowadzi do śmierci. Może jesteśmy w trakcie rodzenia się na nowo.

Rodzącemu się dziecku też pewnie wydaje się, że nie przeżyje, dusi się, jest wciągane przez siłę, z którą nie ma siły walczyć, wyrwane z ciepła i bezpieczeństwa…

Obecność Matki mocniej kojarzy się z rodzeniem się a nie śmiercią. Może więc to, czego dziś doświadczamy – ciemności i ucisku – jest początkiem narodzin.

Przechodzimy przez kanał rodny.

To boli, ale nie zabija.

 

 

 

 

błąd systemu

Ojciec Hołowaty:)

 

Moja siostra jest pielęgniarką. Kiedyś, na praktykach, była w szpitalu psychiatrycznym. Powierzono jej opiekę nad dziewczyną chorą na anoreksję.

Były to jedno z najtrudniejszych doświadczeń w jej życiu. Widziała wygłodzoną , ledwie trzymającą się na nogach istotę, do której nie docierało, że idąc za podpowiedzią swego braku łaknienia, idzie w kierunku śmierci. Dziewczyna wyglądająca jak szkielet ludzki widziała w lustrze siebie otyłą.

Błąd systemu.

Amelia dla jej dobra musiała siedzieć przy niej podczas posiłku,a czasem trwało to ponad godzinę nim pacjentka włożyła cokolwiek do ust. Niestety wystarczyło, że opiekunka odwróciła na chwilę wzrok, a pożywienie z ust lądowało do kieszeni, albo w rękawie. Wszystko dlatego, że dziewczyna nie odczuwała głodu.

Błąd systemu.

W końcu nie było wyjścia i została przypięta pasami do łóżka, a potem karmiona na siłę.

Kiedy jednak ją odpinano, szła natychmiast do łazienki, by spowodować wymioty, a jeśli nie mogła, ćwiczyła intensywnie, by zrzucić kalorie. Te same, które z takim trudem jej dostarczono, by przeżyła kolejny dzień.

Błąd systemu.


W życiu duchowym jest podobnie. Jeśli nie odczuwamy głodu, pragnienia, nie oznacza to, że jesteśmy syci i zdrowi.

Tylko tu nikt nas nie nakarmi na siłę.  Bóg nas nie przypnie pasami. Mamy wolną wolę. Coś najpiękniejszego i najbardziej niebezpiecznego w byciu człowiekiem.

 

 

 

 

pytania ze środka ogrodu

 

Jest taki etap wiosny kiedy chodzę po mojej działce i oglądam pączki drzew i krzewów. Dotykam gałązek, sprawdzam rany.

– Ten chyba przemarzł. – mówi mój mąż pochylony nad młodym krzakiem agrestu.

Dotykam po kolei ciemne oczka na gałęziach, przesuwam je w palcach jak paciorki różańca. W skupieniu. Zupełnie jak lekarz w ciszy bada puls chorego.

– Nie, wydaje mi się, że są chłodne. Chyba żyje. – stawiam diagnozę, choć z pewnym wahaniem, bo inne agresty już kipią zielenią.

Najpóźniej ożywają paulownie. To już wiem, więc nie niepokoi mnie pozorna martwota ich nagich gałęzi. Trzeba poczekać, choć gdy czekanie się przedłuża, podchodzę do drzew coraz częściej, gładzę korę, wsłuchuję się w tętno.

Tamaryszek też wygląda jak martwy. Gęsto ułożone drobne pączki długo nie zdradzają wewnętrznego stanu krzewu. Ale pewnego dnia z szarych zaczynają robić się różowawe. Trzeba dobrze się przyjrzeć, by dostrzec ten drobny niuans w zmianie barwy.

Martwi mnie też młoda brzoza. Kwitła na niektórych gałęziach, na innych pojawiły się zielone żagle liści, ale reszta wygląda jak żałośnie rozczochrane suche włosy.

Bo zawiązki liści nie zawsze świadczą o życiu. Czasem to jest ostatni wysiłek przed agonią. Też już to widziałam nie raz. Czasem umierająca roślina wypuszcza jeszcze ostatni rachityczny kwiat, bo wie, że jedyną szansą na przeżycie jest przekazanie go w owoc.

 

Chodzę więc po mojej działce, domorosły ogrodnik , i pytam o życie i śmierć.

Ostatecznie, gdy nie ma pewności, a i cierpliwość się kończy, robię ostatni test. Trzeba złamać jedną gałąź, koniec drugiej, trzecią, kolejną… Wyczuć siłę oporu, wsłuchać się w ton trzaśnięcia, w końcu zajrzeć w głąb. Znaleźć tam lub nie znaleźć małą zieloną plamkę żywej tkanki.

Po tym teście wiem już, że jedna z hortensji umarła. Poczekam jeszcze, bo nadzieja umiera ostatnia, a jeśli korzeń był silny zdarza się cud wskrzeszenia.

 

Są takie chwile w życiu kiedy dotykam myślą ludzi obok i samej siebie.

Patrzę, wsłuchuję się, martwię, pytam: żyjemy jeszcze czy już umarliśmy? Szukam śladu żywej tkanki na dnie spojrzenia, myśli, słowa, gestu, serca.

 

Łamię siebie w spowiedzi. Jedną, drugą, trzecią gałąź…

Nie znam boleśniejszej i bardziej skutecznej metody, by upewnić się czy nie jestem trupem.

 

 

 

 

decyzja

 

Akt poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi

Obieram Cię dziś, Maryjo, w obliczu całego dworu niebieskiego, na moją Matkę i Panią. Z całym oddaniem i miłością powierzam i poświęcam Tobie moje ciało i moją duszę, wszystkie moje dobra wewnętrzne i zewnętrzne, a także zasługi moich dobrych uczynków przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Tobie zostawiam całkowite i pełne prawo dysponowania mną jak niewolnikiem oraz wszystkim, co do mnie należy, bez zastrzeżeń, według Twojego upodobania, na większą chwałę Bożą teraz i na wieki. Amen.

św. Ludwik de Montfort

 

 

Gdy moja ojczyzna została włożona w Serce Maryi, to Serce Matki  stało się moją ojczyzną.