Ciepły majowy wieczór. Rozwieszam mokre ręczniki na balkonie. Nagle zamieram w bezruchu obezwładniona widokiem oświetlonego wnętrza pokoju. Na rozłożonym łóżku siedzi zaczytana Nusia, jej włosy spływają dwoma czarnymi rzekami po obu stronach szczupłej, zamyślonej twarzy. Obok , na brzuchu leży Laurka i z rytmicznych ruchów można wywnioskować, że zapamiętale maluje. Jeszcze dalej przysypiający mąż.
Wszystko w złotym kręgu światła lampki, na tle pościeli w ptaki, kwiaty i zielone jabłuszka.
Opieram się plecami o chłodną barierkę i o gęstniejący zmierzchem błękit nieba za mną. Patrzę, ogarniam ich myślą, a oni – nieświadomi tego, żyją za taflą okna.
Tak muszą patrzeć na nas nasi zmarli, gdy odchodzą. Ostatnie pełne miłości spojrzenie. Już spoza.
Jutro piękny dzień.
Ktoś popatrzy na nas idących w jasnych wiosennych sukienkach, z promieniami słońca wplecionymi we włosy, spojrzy na nasze domy, ulice, nasze usta układające się do słów pieśni, nasze dzieci trzymające furkoczące wstążki, niemowlęta gaworzące w wózkach, brzózki ustawione przy ołtarzach, nasze kolana zbroczone ziarnkami piasku, nasze zmarszczki coraz głębsze… Popatrzy z miłością.
A my znowu nie zauważymy ani Jego ani Jego wzroku, ani Jego miłości.








