plaster

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Nusia poniosła dziś do szkoły
niezwykły eksponat. Znaleźliśmy go na jednej z wypraw poszukiwawczych na naszej
działce. Stare szopy, daszki , stodoła i piwnice po moich dziadkach wciąż kryją
nieprzeliczone skarby.

Tym razem Nusię zachwycił
kawałek  pszczelego plastra. Leżał sobie
na dnie starej prowizorycznej szafy, w której za życia dziadek przechowywał swe
akcesoria pszczelarskie.

– To zrobiły pszczoły – wyjaśniłam
córce.

– Pszczoły – powtórzyła
zszokowana wpatrując się w równiutkie szeregi małych sześciokątów. – Z czego?

– Z wosku.

– A skąd miały wosk?

– Same go wytwarzają.

Małe brązowe oczy aż zalśniły, a
rączki delikatnie przesuwały się po plastrze.

Cud.

Nie do uwierzenia.

– Umiałabyś takie coś zrobić? –
zapytałam.

– Nie – odparła.

– A widzisz, takie małe pszczoły,
a robią takie rzeczy.

 

Nusia więc zafascynowana
odkryciem, postanowiła podzielić się nim z innymi.

Cuda są wszak dla wszystkich.

Zaniosła dziś ten cud do szkoły.

– I co? – pytam po jej powrocie –
Co dzieci powiedziały?

– Tylko trzy osoby mi uwierzyły,
że to zrobiły pszczoły – oznajmiła – Inni myśleli, że to z plastiku.

Kratka z plastiku made in China:)

Każdy cud można spłaszczyć jeśli
nie ma się dość szeroko otwartych oczu, uszu, umysłu.

 

Ktoś powiedział kiedyś: Dla
wierzącego wszystko jest cudem, dla niewierzącego – nic nim nie jest.

Ten ktoś to był chyba Einstein.

On na pewno nie miał ciasnego
umysłu.

 

A gdy mówię o cudach…

Przylaszczki przywiezione od
Amelki rok temu, pierwszy raz zakwitły na naszej działce. Cud natury w naszym
regionie.


 

 

A ja za przylaszczkami, za
plastrem miodu, za siateczką nerwów na liściu drzewa, za mrówczą pracą i
kwiatem jabłoni bladoróżowym widzę …Jego.

Wciąż jestem zdziwiona jak dziecko.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

uchwycone szczęście

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Mama Kurka nauczyła mnie parzyć
herbatkę z goździkami. Wsypuję do czajniczka trzy główki goździków i wkładam
torebkę czarnej herbaty. Czajniczek jest żółty w kremowe różyczki, z rodzaju
tych czajniczków, które podgrzewane od spodu małą świeczką długo utrzymują
ciepło w swym pękatym brzuszysku.

Piję herbatkę i myślę o tym, jakie
mamy szczęście, jedno z miliona różnych drobnych i niedocenianych szczęść,
które umykają nam dotąd, dopóki ktoś nam nie uzmysłowi, że je mamy.

Bo mama Kurka nauczyła mnie
jeszcze jednego…

Tego, że to olbrzymia radość móc
od świtu do zmierzchu buszować wraz z dziećmi po dworze. Wśród pylących na
potęgę drzew, szaleńczych aromatów kwietnych niesionych na falach wiatru nie
wiadomo nawet skąd i gdzie. Kłaść się na trawie, grzebać w ziemi pachnącej
wilgocią, zapuszczać się w dzikie zakątki i nie kichać, nie łzawić, nie
kaszleć, nie dusić się, nie puchnąć.

– Wyobraź sobie, że byłbyś
alergikiem – rozsnuwam przed mężulkiem nową perspektywę.

Siedzimy właśnie na niskim
betonowym schodku, słuchamy zalotów ptasich, a nad nami wdzięczą się kwitnące
gałązki wierzby, śmigają małe samoloty młodych pszczół robotnic.

– Albo gdyby jedno z naszych
dzieci miało alergię – dodaję usłyszawszy dzikie piski z podwórka.

– Nie umiem sobie tego wyobrazić –
wzdycha ciężko Miś.

Nikt z nas nie umie. Bycie wśród
przyrody to całe nasze życie. A gdyby nagle ta przyroda stała się naszym
wrogiem, czymś co nas uczula. Być uczulonym na to, co kochasz tak bardzo.

 

Kurki do nas nie przyjadą póki co.
Póki wszystko zbyt intensywnie kwitnie i pyli.

A my tarzamy się w tym całym
bogactwie i tylko czasami uprzytomniamy sobie jakie to szczęście.

Bo ze szczęściem jest tak, jak w
tym starym porzekadle – rozumiesz czym jest tylko wtedy, gdy o nim marzysz lub,
gdy je stracisz.

Gdy je posiadasz, jest
transparentne, niedostrzegalne.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

niegrzeczni

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Ostatnio dużo było o
nienajelegantszym zachowaniu Laurki, ale to nieco niesprawiedliwe, bo maluszek ma
przynajmniej alibi* , a innym też zdarzają się mniejsze lub większe wyskoki.

 

Oto więc Nusia wraca ze szkoły.

 

– Dziś na angielskim zdążyliśmy tylko zaprezentować zabawki
i wysłuchać jęków Michała – relacjonuje.

– Jak to jęków? – pytam nieco zdezorientowana, gdyż z
doświadczenia wiem, że – jeśli już czegoś słucha się na angielskim – to jest to
zwykle płyta CD z piosenkami.

– Tak. Bo kolega pokazał taką samą zabawkę wcześniej i on
jęczał, że już teraz nie ma co pokazać.

 

🙂 🙂 🙂

 

A język?

Za moich czasów w szkole
pokazywało się język w takiej sytuacji:)

 

Niedawno zaś przed drzwiami Nusiowego pokoju pojawiło się następujące obwieszczenie:

 

 

I zastanawiam się czy mogę
wchodzić, bo też mi się zdarza być niegrzeczną:)  I alibi nie mam.


* bunt dwulatka


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

przesilenie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

Wraz z pojawieniem się wiosny,
życie intensywnieje, nabiera aromatu, tempa, barw.

Nagle zaczyna się dziać tyle na
raz, że trudno to ogarnąć myślą, cóż dopiero opowiedzieć czy opisać. W
kołowrotek spraw codziennych wplatają się jak winobluszcze sprawy zupełnie
niespodziane i od szarej zimowej codzienności zupełnie odmienne.

Dwa dni słońca i oto sidełka
dziecięcych rowerów odkurzone, rolki na nowo oswajane, olbrzymie okno na
letnisku wstawione i po brzegi wypełnione promieniami słońca.

Dwa dni ciepła i oto pierwsze
krokusy rozkwitły na skalniku, domek na drzewie wymieciony, a do budki dla
ptaków wprowadziła się ruda wiewiórka.

Dwa dni i ogródki wysprzątane,
głóg dwuszyjkowy posadzony, a na prawej dłoni trzy odciski od grabienia
trawników, a święty Franciszek po kąpieli wrócił się na swoje letnisko.


Okna pomyte, firanki poprane,  mężulkowe sadzonki pomidorów rozprostowują
pierwsze pomarszczone liście, na wszystkich drzewach ptasie zaloty, motyle
igrają na falach chłodnego jeszcze wiatru. Kurtki i buty zimowe pochowane, trwają
poszukiwania spódniczek i krótkich spodenek, doniczki na taras wystawione, a
plecak znów odbywa codzienne pielgrzymki na i z działki.


W pracy też coraz intensywniej.
Scenariusz ośmiostronicowy napisany, role rozdane, dzieciaki do konkursu
przygotowane, swoim własnym pomagam pisać wiersze – też na konkurs. Ala wybiera
się na biwak harcerski.

 

Od razu trzeba wejść na wyższe
obroty. Choć silnik – jeszcze zimny – trochę się dławi.

Raz po raz siadam, odkładam pracę
i odpoczywam. Brakuje tchu, drżą mięśnie, szumi w uszach. Gdzieś w środku
siedzi sobie jeszcze zimowe rozleniwienie, siedzi i zakłada stopy na ciepłe
kafle pieca. Jest jak rozespany kot, którego trudno zgonić z fotela. Powoli się
przeciąga i rozgląda wokół.

A potem pójdzie na długą włóczęgę.
Przez całą rozległą połać wiosny, lata i złotej jesieni.

Już wkrótce.

Tak jak lubi.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

dwie odsłony słodyczy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Laurka – jak każdy rasowy dwulatek
jest dwubiegunowa.

Jak jest słodka to przesłodka, a
jak nie jest to… trudno to ująć słowami dostępnymi w słownikach:)

Ale jak już nawet jest przesłodka
to i tak z pewną nutką pikanterii.

 

I tak, gdy wracam ze szkoły
pewnego dnia , dowiaduję się, że córcia z tatusiem była na zakupach i kupiła
sobie wafelki.

– A mnie nie kupiłaś? – pytam
żałośnie.

– Nie.

– To ty mnie chyba wcale nie
kochasz. – skarżę się niemal łkając.

– Kocham. Kocham. Kupie ci. Taki
tlujący. – bez cienia emocji odpiera zarzut pociecha.

 

Trujący?

Czyżby to była ta słynna
„toksyczna miłość”? 🙂

 

Scenka druga pt. Pogróżki mafijne.

 

– Śtopy tobie obglizie – ni z tego
ni z owego zaczyna dwulatek

– Liby ciebie obglizią, obglizią ś
ciebie śwetelek – dodaje coraz drastyczniejsze szczegóły.

– Ziaba ciebie źje. Boiś ziaby? –
wobec braku mojej reakcji woli się upewnić.

– Boję. – odpowiadam.

– Nie boooj!!! – pociesza z
kresowym zacięciem Pawlaka – Ziaba jeśt miła.

 

Takie to miłe pogawędki czasami
sobie ucinamy:)

 

Tymczasem wiosna wybuchła
wszędzie.

Jest zupełnie jak Laurka: albo przesłodka, albo zupełnie nie.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

wesoło i z przyspieszeniem

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Kiwit-kiwit, kiwit- kiwit za oknem
jeden ze śpiewaków w sadzie wtapia się ze swoją arią w inne głosy.

Świergot, szelest, ruch od samego
świtu.

Gdy przez chmury przebije się choć
jeden promień słońca taniec i pieśń intensywnieje.

Wiosna.

Nareszcie.

Jeszcze kilka dni a wszystko
wybuchnie.

Liście wytrysną z brązowych
gałązek, kwiaty rozłożą się z szelestem jak milion spadochronów, w gniazdach
zapłaczą głodne pisklęta, Rutkowa rodzina co dzień będzie pojawiać się na
działce i nadrabiać zaległości. Gospodyni przegarniać ciemne grudy ziemi i siać
nasiona, gospodarz w pocie czoła stworzy letnisko, a na dzieciaki czekają
rowery, piłka, piaskownica, domek na drzewie, huśtawka, hamak, zjeżdżalnia i
milion arcyważnych spraw, o których dorośli nie mają zielonego pojęcia.

Kiwit-kiwit.

Wszystko na dobrej drodze.

Maluszek dwulatek też powoli
zmierza ku stabilizacji.

Awanturuje się coraz rzadziej i
coraz mniej siarczyście.

Chociaż zdarza się, a i owszem.
Czasem od samego świtu.

 

– Chcesz same płatki czy z
mlekiem?  – składa dyplomatyczną ofertę
najstarsza siostra, pomna, że pytanie w wersji: „Czy chcesz płatki?” w ogóle
nie wchodzi w grę. Pytania mają być takie jak w testach. Z wariantami A, B, C
do wyboru:)

– Chcesz same płatki czy z
mlekiem? – powtarza pytanie Ala.

– S mamom!!!! – krzyczy rozeźlona
dwulatka, której zapasy dobrego humoru kończą się już w porze
okołośniadaniowej.

 

Ja widać dyplomacja i zdolności
negocjacyjne, które sprawdziłyby się w przypadku terrorystów, nie zawsze mają
zastosowanie w przypadku dwulatków.

Bo też cóż to za pytanie?

Wszystko wszak ma być S MAMOM!!!

 

Ludzie potrafią być naprawdę
irytujący. Ale i złośliwość rzeczy martwych załazi za skórę małemu człowiekowi.

Laura zakłada na głowę czapkę
Nusi. Grubą, ciepłą i odłożoną już z nadzieją, że zima nie wróci. Czapka jest z
dwoma pomponami, które w wersji standard powinny zwisać w okolicy policzków. Maluszek
jednak zakłada ją na bakier, skutkiem czego jeden z pomponów dynda przed
oczami.

– Mamo, mamo!!! – krzyczy  robiąc zeza – Cioś tu do mnie ziagląda!!!

Pompony tez potrafią być podłe:)

 

I ostatni wyczyn. Z wczoraj.

Laurka od niemowlęcia szaleje za
książkami różnego kalibru. Z książką pod głową zasypia, z książką pod pachą
wędruje po całym mieszkaniu, książeczki koloruje, czyta sama wymyślając na
poczekaniu zabawne historyjki. Ma też tych książeczek sporo. Głównie takich z
grubego kartonu. Nadarzyła się jednak okazja i mamusia zrobiła nowy zakup –
książeczkę z wierszami Brzechwy w wydaniu nieco doroślejszym, bo z cienkimi
kartkami. Decyzja nie była zbyt przemyślana, bo mamusia zapomniała o jednym
drobnym acz ważnym szczególe – o najnowszej pasji swej pociechy.

Córeczka bardzo się z książeczki
ucieszyła, wierszyków posłuchała, obrazki obejrzała, po czym nagle znikła. Nikt
się tym faktem nie zainteresował, bo starsze rodzeństwo oglądało bajki, a
mamusia zrzucała zdjęcia do komputera.

Nagle błogą ciszę przerwał tubalny
głos oburzonego tatusia, który wrócił do domu:

– Co ona zrobiła?!!! Nikt jej nie
pilnuje?!!!

Wszyscy byli zaciekawieni, więc
pobiegli szybko w stronę kuchni, gdzie tatuś przeszedł już do wygłaszania
reprymendy.

I co ujrzały cztery pary brązowych
oczu?

Laurkę z nożyczkami siedzącą na
zgliszczach książeczki Brzechwy!!!

– Obcinam siobie. – nieporuszona
skalą zniszczeń wyjaśniła zaistniałą sytuację.

 

Na szczęście książeczkę udało się
kawałeczek po kawałeczku ułożyć jak puzzle i posklejać taśmą. Póki co jednak
rodzinka postanowiła poprzestać na książeczkach tekturowych, a resztę pochować
na najwyższych półkach.

 

Kiwit- kiwit – ptaszek za oknem
wciąż śpiewa.

Wiosna.

 Robi się wesoło i wszyscy wchodzimy na wyższe
obroty:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

u podnóża góry

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Malutka dziewczynka lubi brykać
wieczorami po kanapie. Skakać z poręczy, chować się pod kołdry, taczać się w
prawo i lewo, robić pokoiki z pościeli i gniazdka z poduszek.

Tym razem z kołder udrapowała na
środku łoża górkę. Na górce położyła zwiniętą pieluszkę w dinozaury. Zapewne w
celu podwyższenia górki nad poziom morza. I rozpoczęła przygodę himalaisty.
Wbiegała i zbiegała, wchodziła i skakała, obdreptała górkę wszerz i wzdłuż aż
się zmęczyła i górką znudziła.

Na to tylko czekała mamusia
malutkiej dziewczynki. Mamusia, która zawsze po kąpieli trzęsie się z zimna jak
osika na wietrze. Rada, że zabawa wspinaczkowa się skończyła, wydobyła swoją
kołdrę z masywu górskiego i opatuliła się nią po uszy.

Malutka dziewczynka obejrzała się
i oceniwszy skalę zniszczeń wycedziła prokuratorskim tonem:

 

– Źniściłaś mojom gólke.

 

Aż mamusia zadygotała. I nie
wiadomo do końca czy z zimna, czy ze strachu.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

rytuały

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


„Zdrowy styl życia potrzebuje
zdrowych rytuałów. Jeśli nie zważamy na nie, wkradną się samowolnie niezdrowe
rytuały, jak na przykład gonitwa przez cały dzień, zjadanie śniadania w
pośpiechu, spóźnianie się.

Zdrowe rytuały wprowadzają w życie
porządek, wzbudzają radość z samodzielnego kierowania swoim życiem. […]

Rytuały nie zabierają dużo czasu,
a są oparciem. Podczas rytuału czas jakby staje w miejscu.

Rytuały dają mi poczucie, że czas
należy do mnie.”

 

[ A. Grun]

 

Z dawnych wakacji dzieciństwa
pamiętam rytuały moich dziadków. To one, a nie zegarek nadawały bieg dniom.

Raniutko, gdy tylko otworzyłam
oczy widziałam jak któreś z nich łamie pachnące żywicą patyczki sosnowe i
rozpala w piecu. Nim piec się nagrzał klękali oboje z różańcami w rękach i
szybko, z szelestem porównywalnym do szybkiego górskiego potoku, odmawiali
modlitwę. Każde z nich miało swoje miejsce. Babcia – bardziej z przodu, dziadek
z tyłu, oparty jednym łokciem o kuchenny stół.

Potem babcia nastawiała mleko i
gotowała kluski na mleku. Wlewali je do jednej glinianej miski i razem jedli.
Jedno lubiło na słono, więc soliło z jednego brzegu miski, a drugie na słodko,
więc sypało cukier na drugim brzegu. Zawsze się z tego śmiałyśmy.

Po latach, gdy przypominam sobie
ten ich wspólny rytuał, dostrzegam jak wiele mówiło to o ich wzajemnej relacji,
w której mimo wielu przeciwieństw, umieli cieszyć się z tego, że są razem.

Rytuały moich dziadków turkotały
równiutko jak kółko kołowrotka. Nić czasu nie pętliła się, nie rwała. To oni
trzymali czas w swoich zgrubiałych dłoniach i to oni decydowali o tym jaka
będzie nić.

W ciągu dnia pełnego prac w
zagrodzie i na polu rytuały wypoczywały w cieniu lasu. Choć każda praca była
wykonywana zgodnie z odwiecznym porządkiem, jak Bóg przykazał, jak przodkowie
nauczyli. Powtarzalność gestów, skłonów, ten sam sposób zgrabiania siana,
związywania snopów, przewracania ich na drugą stronę, by wyschły, ustawiania
stogów…

Nawet zwierzęta miały swoje zwyczaje. Kury czekały o świcie na otwarcie
drzwiczek kurnika, konie same wkładały głowę w chomąto, krowy z dzwoniącymi
łańcuchami same szły ustaloną od lat trasą prosto na łąkę, pies w południe
skakał u  babcinej spódnicy domagając się
swego obiadu. Tylko kot czasem wracał wieczorami, albo po kilku dniach, albo
wcale. Przepadał na zawsze, a jego miejsce zajmował kot kolejny. Mruczał
ułożony na pierzynie wielkiej jak ośnieżona góra, tuż obok bułeczek z jagodami
rosnących na drewnianej stolnicy. Nawet bułeczki rosły zawsze tak samo… Idealnie
pękate. Do dziś wspominając je mówimy z Misiem:

Nikt nie piekł takich bułeczek jak
ona.

I nikt nie upiecze, choć uzbrojeni
w kartkę i długopis próbowaliśmy spisać kiedyś recepturę.

– Ale co tam za przepis –
roześmiała się – Biorę trochę tego, trochę tego, cukru na oko, rozczyniam i
gotowe.

To był jej rytuał. Nikt nigdy nie
będzie umiał go powtórzyć. Zabrała go ze sobą.

 


Dziś strasznie się plączemy.

Naszym dniom brakuje czasu, by obrosnąć skórką dobrych sycących rytuałów.
Najwyżej poranna kawa, choć często w takim pośpiechu. Najwyżej wieczorny
prysznic, choć z takim kłębowiskiem myśli w głębi skroni.

 

Pewnie, że inny świat. Szybszy,
więcej wyzwań, stres, karuzela zdarzeń.

 Ale – gdybyśmy …pozwolili mchom rytuałów
obrosnąć zbyt ostre kanty

Może życie nie raniłoby nas tak dotkliwie.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

zajączek i wróżki czyli w świecie fantazji.

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Mamo, a kiedy DO NAS przyjdzie
zajączek? – usłyszałam na dzień dobry od naszej sześciolatki.

– Do nas nie przyjdzie. Przychodzi
tylko na Śląsku. – bez ogródek rozczarowałam pociechę, która dzięki naszym
rozlicznym śląskowym koligacjom bardzo szybko nabiera „nie-goralskiego”
kolorytu .

– A Ania powiedziała mi w szkole,
że do niej przyszedł. – nie ustaje w argumentacji Nusia.

I tu zabrakło mi asa w rękawie,
więc zamilkłam. Edukacja w szkole idzie wielotorowo.

 

Na szczęście jednak udało nam się
z powodzeniem adoptować kilka lat temu Zębową Wróżkę. Jakoś ta postać oswajała
tragiczne sytuacje zębowe i osładzała niepowetowane straty mleczakowe. Warto
było.

Ostatnio Nusia utraciła bez żalu
dwie górne jedynki i w zamian otrzymała 
od wróżki dwa kilo bananów. Od tego dnia Laurci zdarza się stawać przed
lustrem i mocując ze swymi jedynkami oświadczać: Lusiają mi zięby.

Czego się nie robi dla dwóch
kilogramów bananów:)

 

Tymczasem średnio co tydzień
otrzymuję niechciane sms-y od innej wróżki. Luny. Rzekomo widzi ona nieustannie
jakiś rewelacyjny układ kart i pała żądzą wywróżenia mi z nich świetlanej
przyszłości. Na jej wieści reaguję w taki sam sposób jak na sms-y sieciowe – bez
emocji wyrzucam je z pamięci.

– Pik-pik – komórka oznajmia
nadchodzący komunikat.

Odbieram, a Laurcia asystuje mi
trzymając się spodni.

– Kto dzioni?

– Wróżka Luna –  ze śmiechem zaspokajam jej ciekawość.

– Cie banany. – zgłasza
natychmiast zapotrzebowanie dwulatka, której już prawie, prawie ruszają się
zęby.

 

Ciekawe co by na to powiedziała
wróżka Luna. Zamiast świetlanej przyszłości zamówienie na 2 kg. bananów:)


st1\:*{behavior:url(#ieooui) }

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

emocjonalne epistoły

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


W związku z faktem, że ostatnie
wyczyny najmłodszej latorośli, która jednocześnie przeżywa:

* wzmożony bunt dwulatka włącznie
z ręko-czynami i usto- piskami o natężeniu wielokrotnie przekraczającym dozwolone
normy

* powirusowe wyczerpanie
cierpliwości pacjenta

* ponad tygodniowe uziemienie w
domu na skutek jednoczesnego ataku choroby i  zimy…

 

W związku więc z faktem, że
wyczyny Laurkowe nie nadają się do publikacji, ani jako lektura dla osób o
delikatnej konstrukcji psychicznej, zmieńmy temat i zajmijmy się pilnym i
prawie zawsze karnym sześciolatkiem.

 

Nusia – pierwszaczek odkryła
sztukę pisania i sztuka ta w niedługim czasie stała się jej prawdziwą pasją.
Napisała już na przykład półtorej książki.

Głównie jednak zajmuje się
produkcją ulotek o treści emocjonalnej.

Karteczki  jako i ludzkie uczucia są różnego kalibru i
barwy.

My, rodzice otrzymujemy głównie
gorące zapewnienia o miłości.

Jedno z nich zdobi lodówkę i
frapuje nas przy każdym posiłku swym filozoficznym przesłaniem.


 

Drugie tkwi w moim kajeciku do
notatek i nieustannie zeń wyfruwając, wzrusza i przekonuje, że to co robię ma
sens. Nawet, gdy sama go nie widzę.


Trzecie w formie plakatu z
serduszkami córeczka powiesiła nam  na
drzwiach wejściowych do pokoju.

 

Umiejętność pisania i wyrażania
swoich uczuć działa też w drugą stronę.

Bo oto Dusio, który ostatnio dość
często wchodzi w konflikty z młodszą siostrą, znalazł pewnego razu w swej
szafce epistołę o treści:

„ Nie lubie će”.

 

A po jednej z cięższych wojen
stoczonych o dostęp do półki, Nusia bez słowa oddaliła się, po czym wróciła z
karteczką:


 

 

 

Niniejszym rozpoczynamy nową erę:
pisma emocjonalnego.

I trudno orzec co ważniejsze:
umiejętność nazywania liter czy uczuć?


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}