Cisza jest przeźroczysta jak szkło. Zanurzając się w niej, widzisz siebie jakim jesteś.
Może dlatego wytrzymać napór ciszy nie jest łatwo. Pękają kruche iluzje, budowane naprędce makiety, parawany, podwieszane pod nicość atrapy prawdy, gipsowe maski, rozwiewają się dymne zasłony…
Pozwolić ciszy stężeć w sobie, nie rozwadniać jej żadnymi głosami. Wyprać w ciszy wszystkie uczucia i myśli.
Tylko cichy szmer kaloryferów, tykanie zegara, trzepotanie płatków śniegu o szyby.
Takie chwile są cenne, ale nie kosztowne. Stać nas na nie.
Na targowisku świata nie kosztują prawie nic.
* * *
” W ciszy słychać więcej,
w samotności więcej widać. ”
( Paweł Smoleński)
Miesiąc: styczeń 2021
chuchanie na zimne
Pojedyncze białe piórka śniegu wirują w powietrzu, ich powolny lot sprawia, że większość płatków rozpływa się w powietrzu, zbyt ciepłym.
Dochodzę do bramy, tej, za którą ścieżka biegnie w las. Czapeczki śniegu otuliły górną żerdkę bramy jak ozdobna koronka. Zbliżam się i chucham delikatnie w zimny puch. Jeden ciepły oddech i znika, odsłaniając drewno.

Patrzę zachwycona jak małe dziecko.
Chucham znowu.
Jeden ciepły ludzki oddech tyle potrafi zmienić.
Jeden ciepły ludzki gest…
jeden ciepły ludzki uśmiech…
jedno spojrzenie…
ciepłe serdeczne słowo…
Nie doceniamy jaką nosimy w sobie moc zmieniania świata, gaszenia ciemności, roztapiania lodów, przekraczania granic.
Lubię ostatnio wychodząc ze sklepu, z urzędu, poczty, od lekarza rzucać już na progu, zaraz po „do widzenia” :
– I miłego dnia życzę.
Zaprawiam to zdanie szczyptą uśmiechu.
I ta nagła zmiana w oczach, twarzy, głosie drugiego człowieka. Zupełnie jak chuchnięcie ciepłem w bryłkę lodu.
I miła myśl : może zmieniłam temu człowiekowi dzień na lepszy? jednym zdaniem.
– I nawzajem – słyszę.
Zawsze.
* * *
Tego nam dzisiaj trzeba, zmęczonym epidemią, problemami finansowymi, niepewnością jutra, złymi wieściami, które sączą się jak ropa z rany ze wszystkich możliwych odbiorników.
Tego nam właśnie trzeba – odbrobiny wzajemnej życzliwości.

Ciepłego oddechu w mroźny czas.
kryzys twórczy
Jest w malowaniu niemal każdego obrazu taki moment, że płótno wygląda jak brudna szmata, którą ktoś wytarł zachlapaną wieloma kolorami podłogę.
Chaos i bezład.
Najczęściej w tym momencie wpadam w rodzaj paniki:
i co dalej?
jak ja z tego wybrnę?
nic nie widać?
nie da się tego poprawić!!!
Kusi mnie wtedy, zawsze mnie kusi, by rozwiązać troczki fartucha, wrzucić pędzle do słoika z wodą, odstawić paletę, a zaczęty obraz schować za szafę i o nim zapomnieć.

Trzeba pewnego rodzaju odwagi i hartu ducha i wiary, by jednak malowanie kontynuować.
A potem olbrzymiej pracy, by z chaosu i bezkształtu wydobyć obraz.
Niemal zawsze się udaje.
Namalowałam już pewnie prawie pół setki obrazów. Powinnam już wiedzieć, że prawie zawsze się uda, zaufać swoim oczom, rękom, wyobraźni, intuicji…
A jednak… za każdym razem jest ta chwila i ta pokusa.
Świat w ostatnich miesiącach, a może nawet latach wygląda właśnie tak jak malarskie płótno na etapie chaotycznych plam. Od samego patrzenia i słuchania kręci się w głowie, a serce robi woltę spazmatycznego skurczu.
Wszystko nam się pomieszało: prawda i kłamstwo, dobro i zło, zwierzę i człowiek, piękno i brzydota, rzecz i osoba, miłość i pożądanie, wolność i swoboda, słowa i pomyje, przestępstwo i dobry uczynek, ideały i ideologie…
Wydobycie z tego kształtów i sensu jest już poza naszymi możliwościami. Trzeba być mistrzem z wizją. My nie jesteśmy mistrzami, a nasze wizje to tylko fatamorgany na pustyni.
Spoglądam na Niego.
– Czy wierzysz, że umiem to zrobić? – pyta z uśmiechem.
– Nie ma takiego chaosu, który przeraziłby Mnie tak, że odłożę pędzle i odejdę zrezygnowany. Nadam waszemu życiu i światu ład i sens.

Gdyby nawet wasze grzechy była jak splamiona szmata…
nawet wtedy…
odzyskać utracone
Wciąż nie czuję smaków i zapachów. Nie tak, jakbym je czuć chciała, nie w całej pełni.
Jabłko jest na przykład czymś twardym i chrupiącym, trochę słodkim, trochę kwaśnym, ale nie pachnie jak jabłko i nie ma smaku jabłka.

Pomarańcza jest kwaśna jak cytryna z delikatnym dodatkiem słodyczy. Ale nic więcej.
Marchewka jest trochę słodka, ale brak w niej tego czegoś marchewkowego.
Ciasta są mdłe, mięso słone, czekolada tylko brązowa.
Wiatr nie ma zapachu, ani choinka, ani pieczony kurczak.
Straciłam smak i węch już trzy miesiące temu i trudno mi się do tego przyzwyczaić, pogodzić, doczekać ich powrotu.

Aby je odzyskać dosypuję przypraw, więcej soli, pieprzu, cynamonu do jabłek. Kupuję coraz intensywniejsze płyny do płukania prania, żele pod prysznic, wlewam do kominka olejki eteryczne, rozpylam perfumy.
Próbuję odzyskać to, co straciłam.
Nie godzę się z utratą.
Czekam.

* * *
Są w naszym życiu zmysły o wiele cenniejsze, a nie robimy tyle rabanu, by je zachować na zawsze.
Czy jeśli tracimy wiarę, robimy tyle zachodu, by ją odzyskać?
Czy boli nas, gdy tracimy nadzieję i czy o nią walczymy, wzbudzając na nowo?
Czy rozniecamy więdnącą miłość, dodajemy jej smaków?

A czyż nie trudniej żyje się bez wiary niż bez smaku?
Czy żyjąc bez nadziei nie narażamy się bardziej niż pozbawieni węchu?
Czy nie umieramy szybciej z braku miłości niż z powodu utraty jakiegokolwiek zmysłu?
A my mówimy : straciłem wiarę, nie mam nadziei, przestałem kochać.
I odchodzimy.
Bez walki o to, co bezcenne.
Bez żalu.
* * *

Tak więc trwają: wiara, nadzieja i miłość. Te trzy…
Tego Wam życzę w tym Nowym Roku ❤️🌟🌺
kalendarz
Dziś zaznaczałam w nowym kalendarzu nasze wszystkie urodziny i rocznice. Co roku zaskakują nas te nowe liczby:)
Za parę dni skończę 47 lat, mężulek tyleż samo w kwietniu. A Hania mówi: to niemożliwe żebyście mieli aż tyle, wciąż zachowujecie się jak studenci:) Ma chyba rację. Trochę. Bo my nie jesteśmy chyba takimi typowymi rodzicami.
Syn skończy w marcu 19 lat. W kwietniu będzie nasza 22 rocznica ślubu❤️ ( znam Michała już 25 lat, czyli spędziłam z nim ponad połowę mojego życia),
a w maju Ala skończy 21 lat. To nie do uwierzenia. Dopiero ich urodziłam. A mój mały synek jest wyższy ode mnie, potężny mężczyzna. Hania w czerwcu będzie miała 15 urodziny, a Laurka w listopadzie – 11.

Co roku tak oznaczam kalendarz i wciąż zadziwiam się, bo dziesiątki lat mijają jak mrugnięcie oka. A we mnie, w środku tak niewiele się zmieniło. Wciąż to jestem ja – ta sama dziewczynka, która rysowała kredkami w zeszycie pole zboża i maki i chabry…
ta sama nastolatka, która podczas burzy otwierała okno pokoju i patrzyła zauroczona na sad wstrząsany spazmami wichury…
ta sama jednocześnie zagubiona i pewna siebie istota, ta sama szaleńczo radosna i niosąca głęboki smutek w sercu, trzpiotowata i mądra, otwarta i zamknięta, wypełniona pokojem i rozdarta lękiem, pełna energii i pasji, choć w tym samym czasie nieruchoma jak posąg, poznana i nieprzenikniona, śmiertelna i wieczna, pełna światła i brocząca mrokiem.
Wszystko to mieści się we mnie jak w jednym roku mieszczą się wichury, ulewy oraz upały, dni szare i złote jak snopy zbóż, spienione zielenią morza letnich lasów i ich nagie zimowe szkielety, szelesty, cisza, zasiew, żniwo, wojny, pokoje…
Patrzę na kalendarz i wiem na razie tylko gdzie wpisać rocznice tego, co było.
Reszta jest nieprzenikniona.
Co na przykład zdarzy się w okienku oznaczonym : 7 luty?

Jak zaskoczy mnie 18 marzec? Tajemniczy lipiec rozkłada na stronie swoje 31 kart. A grudzień duma u kresu roku. Czy będzie śnieżny?

* * *
Nic nie wiem. Nie wiem nawet czy będzie mi dane zapisać rocznice w następnym kalendarzu i po raz kolejny zadziwić upływem czasu i moim w nim trwaniem.
Nauczyłeś mnie roku 2020 kończyć każde zdanie jak kończyła je Babcia Niebieska:
” …jeśli dożyjemy”.
Śmiałam się z niej kiedyś, bo to był jej stały refren, jakby powracająca nuta w pieśni.
Teraz rozumiem – to kolejny szczebel mądrości i pokory – być świadomym swego kresu.

Lecz jestem też pewna swojej bezkresności.
Jestem jak zdjęcie w ramie. Czas ogranicza mnie i otula, daje poczucie bezpieczeństwa, przynależności, uziemia. Lecz kiedyś wypadnę z ramy. Będę już poza nim.
Ale będę.
