Najlepiej wiedzą o tym zagorzali kibice. Ile razy oczekiwaliśmy, że nasza reprezentacja wróci w chwale z pucharem i mistrzostwem świata, lub choćby Europy? Ile razy zaciskaliśmy do krwi kciuki żeby nasi skoczkowie narciarscy skoczyli najdalej i stanęli na podium? Ile emocji budzi w niektórych konkurs Eurowizji lub ostatnio – szopenowski? Lub – historycznie – ile modlitw wzniosło się w niebo podczas wojny, by nasze wojska wróciły w chwale zwycięstwa?
Wciąż marzymy, by nasi powrócili w nimbie. Syn obronił inżyniera, córka – magistra, dziecko wygrało konkurs poetycki, wnuk wrócił z medalem zawodów pływackich, mąż awansował na lukratywne stanowisko. Jak to cieszy i jakie ogromne budzi emocje. Oczekujemy chwały dla siebie i dla innych. Czekamy na nią, na fajerwerki, fanfary, gratulacje, dyplomy uznania, medale, uściski dłoni, wzmianki w prasie, wywiady, granty…
Chrześcijanie pierwszych wieków też czekali na chwałę. Lecz nie swoją. Ginąc na arenach cyrków, kryjąc się w katakumbach, prześladowani, ścigani jak zwierzęta, nieczuli na obelgi „oczekiwali Jego przyjścia w chwale”.
Wiedzieli, czuli każdym zmysłem, że On nadchodzi. Żyli z tą myślą każdego dnia, strzegli tej prawdy jak wielkiej tajemnicy.
Czy my także „oczekujemy Jego przyjścia w chwale”? Czy jeszcze tego pragniemy? Czy marzymy podczas bezsennych nocy o Jego chwale? Nie swojej? Nie mojego dziecka? Nie naszej ojczyzny nawet?
Czy nie zapomnieliśmy trochę co znaczy czekać na Chrystusa?
Bo czekać tak wogóle umiemy. Żarliwie i z miłością. Co tydzień z nadzieją – jak wiele matek- czekam na przyjazd starszych dzieci, które studiują i pracują w wielkim mieście, ktoś czeka na powrót ukochanego zza granicy, dzieci czekają na przyjazd taty z pracy, dziewczyna nie może się doczekać spotkania z koleżanką…
Czy tak właśnie czekamy na powrót Boga? Żarliwie i z miłością?
A On przyjdzie.
Jego kroki już słychać. Dudnią bębny, brzmią fanfary trąb, drzewa o tym szeleszczą i deszcz ma swoją własną pieśń na Jego cześć, szumią o tym górskie strumienie, blask słońca ścieli Mu drogę, zastępy Aniołów stoją w gotowości. Lata, jesienie, zimy i wiosny przystrajają się na Jego przyjście. Całe stworzenie oczekuje nadejścia wszechmocnego.
A my ludzie? Którzy zostaliśmy stworzeni dla Jego chwały, uratowani Jego krwią… Czy my oczekujemy Go jeszcze?
Czy jak głupie panny siedzimy przysypiając w ciemności, zapomniawszy nawet oliwy na zapas, by oświetlić Mu drogę do nas?
Bo, gdy przyjdzie – przyjdzie właśnie DO NAS.
Z żadnego innego powodu. Po prostu do nas. On tęskni tak bardzo i nie może doczekać się tego spotkania. Nie dla okrzyków i wiwatów, nie dla burzy oklasków przyjdzie. Nie jest snobem czy narcyzem, który oczekuje pokłonów i zachwytów. Po nic Mu one. Nic nie przydadzą do Jego chwały.
Wraca z tęsknoty, a chwała Jego za Nim i przed Nim idzie. Potężniejsza niż ocean, rozleglejsza niż niebiosa.
Lecz czy ja tęsknię jeszcze i czekam? Czy kocham?
Ostatnio tak smutno wybrzmiało w liturgii pytanie Jezusa: Ale czy Syn Człowieczy znajdzie jeszcze wiarę na ziemi, gdy wróci?
A miłość? Czy znajdzie we mnie miłość?
Czy Jego tęsknota wpadnie w ramiona mojego oczekiwania?
Ps.
Ostatnie tygodnie spędzam pracując nad nowym przedstawieniem: scenariusz, dobieranie aktorów, projekt scenografii, kostiumy, nagrywanie filmów… Mnóstwo pracy po godzinach, oprócz pracy zawodowej, dużo stresu, wychodzenia poza granice swojej strefy komfortu. I w tym wszystkim nieustannie chodzące za mną pytanie o intencję. Czy nie robię tego dla swojej chwały? Czy nie straciłam z oczu Tego, Który jest źródlem i chcenia i działania i do Którego należą owoce i plon każdego żniwa?
Czyjej chwały pragnę?