czarowanie

 

– Mamo, mogę zgasić świeczki?
– I co, znowu będziesz robić czapeczki na palcach? – domyślam się.
– Tak.
– No to zgaś.

I właśnie dlatego nasze zapachowe świeczki wyglądają jakby się do nich dorwało stado dzikich tygrysów.
🙂



– Co to tak pachnie świeżo pieczonymi ciasteczkami waniliowymi? – ciąga nosem mężulek zaraz po wejściu do domu.
Z nadzieją ciąga.
– To świeczki – odpowiadam rozbawiona.
– Aaaa – się rozczarował tak szybko jak chwilę wcześniej oczarował się.

🙂

Sezon świeczek zawsze zaczyna się u nas jesienią. Do tego Sting, Boccelli lub Sinatra. Ostatnio też Lasse Matthiessen cudem odkryty w szpargałach Kory.
Światło, zapach, muzyka.
I dom zaczarowany.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

# znaczek 41


* * *


 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 7 komentarzy

choroba od biegania

Alusia opowiada nam ciekawe przypadki z życia młodego medyka.
Zajęcia i praktyki w szpitalu obfitują wrażeniami.
– Znowu mieliśmy pacjenta z dwubiegunówką – opowiada – Tylko ten przychodzi do szpitala w górce, bo na dołku po prostu leżał zawinięty w kołdrę.
– Czyli górki miał bujniejsze? – pytam.
– Tak, był bardzo nadpobudliwy.
Lalcia przysłuchuje się z zainteresowaniem i w końcu łapie o co chodzi:
– Aaaa, a ja myślałam że miał dwie biegunki – wykrzykuje nagle oświecona:)

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

strachy na Lachy


– Pani prosiła żebyśmy napisali czego się boimy – opowiada Lalcia przy obiadku.
– I co napisaliście? – pytam.
– A, różnie. Pająków, os, węży, pani od biologii, pani od geografii i teletubisiów – wymienia jednym tchem.

Doborowe towarzystwo:)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 5 komentarzy

# znaczek 40

O ojcu Dolindo:

„Wierzył ślepo, że w cudownym, nieodgadnionym ciągu zdarzeń, jakie Bóg dla nas przygotowuje na naszą korzyść, ból zamienia się w radość.
Był mocno przekonany, że wszystko, nawet to, co wydaje się złe i bolesne, w Bożych zamiarach ma sens.”

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

złoty abażur

 

Dni jesienne podobne są tym lampkom z pomarańczowym abażurem, które otulają dom ciepłym światłem.


W moim domu rodzinnym była taka lampa, ze stoliczkiem, gazetnikiem i abażurem splecionym ze sznurka. Lubiłam jej nienachalne światło rozproszone po ścianach i sprzętach. Lubiłam siadać w krążku największej jasności tuż pod nią. Chyba do dziś stoi w domu mojej mamy, lecz jak staroświecka dama już wielokrotnie zmieniła suknię abażuru. Czasami ma do niej przypiętą różę z materiału, czasem motyla z piórek.


Dni jesienne są właśnie takie.
Pełne powoli gasnącego blasku stare damy, które czasem jeszcze upną sobie kwiat róży we włosy lub motyla do rudziejącej sukni. Upudrują policzki o świcie, pomalują usta w na kolor jarzębiny.


Lubię je, te dni. Jak lubiłam lampę w domu rodzinnym.
Siedzę sobie w ich amarantowym świetle i nawijam na palec pasemko złotej refleksji.
Jest chyba szansa, że polubię też starość. Własną.
– Jesteś jeszcze taka młodziutka – powiedział mi ksiądz staruszek.
Zaśmiałam się.
– Ojcze, już nie. Mam prawie 50 lat.
On też się zaśmiał się.
– Jesteś jeszcze młodziutka – powtórzył.
🙂
Może nie wyglądam na tyle, ale ból stawów o każdym poranku mi świadkiem, że tyle mam:)
Lecz – mimo to – wierzę, że polubię starość. Dla jej złotej mądrości i ciepłej refleksji wypełniającej dom od środka jak lampion.


Już teraz zgadzam się na bycie staruszką. Zżywam się z tą myślą, uczę się jak być dalekowidzem i czekam na wnuki.
W sklepach zachwycam się malutkimi ubrankami, bucikami, czapeczkami.
– Alusia, popatrz – pokazuję córce strzelając słodkim uśmiechem.
– Oj, mamuś – karci mnie, bo wie o co mi chodzi:)

* * *
Zapalam małą lampkę w tym moim nowym kąciku czytelniczym. Nie ma pomarańczowego abażuru, ale też daje łagodne światło.
I wciąż wraca do mnie piosneczka małej Lotty z książki Astrid Lingred:

Gdy wracam do domu, ma chatka malutka  

I sama w niej jestem, zupełnie samiutka 

Lampeczkę zapalam, co ledwie się tli, 

I tylko mój kotek ze mną śpi…

 

Tę książkę tyle razy czytałam moim dzieciom. Kiedyś na pewno przeczytam ją moim wnusiom. I zanucę piosenkę o lampce.

Jak dożyję;)
Na razie jesień stoi w moim progu.
Wdmuchuje złote liście do przedpokoju.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

# znaczek 39

* * *

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

kronikarz i reporter

Wincenty Kadłubek byl kronikarzem Polski, a ja jestem kronikarzem naszej rodzinki.
Wincenty miał do dyspozycji gęsie pióro, ja – narzędzia na miarę naszej epoki.
Ale czy chodzi o cały kraj, czy o małą rodzinkę, takimi czy innymi przyborami, z pasją kronikarza po prostu trzeba się urodzić:)
A ja ją mam od kiedy pamiętam.
Całe lata od dzieciństwa prowadziłam pamiętniki, ich bruliony leżą związane sznureczkiem w pudełkach po łóżkiem.
Kiedyś przeczytam:) – obiecuję sobie, choć to „kiedyś” kurczy się jak podkoszulek w praniu.

Całe lata zbierałam zdjęcia w albumach, bilety, zasuszone kwiaty i listki z różnych miejsc, pamiątki po ludziach i zdarzeniach mego życia. Pasję tę ze zdrowojoną radością kontynuowałam, gdy poznałam mego ukochanego, a potem, gdy założyliśmy rodzinę i zaczęły pojawiać się nasze dzieci.
Spisywałam co się tylko dało: nasze pierwsze randki, zbierałam bilety do kin, zachowałam pierwszą różę, którą dostałam, zdjęcia, listy, pocztówki, a potem skrupulatnie notowałam pierwsze nieporadne słówka naszych dzieci, ich zabawne powiedzonka, najcudniejsze fragmenty z kliszy życia.

Nie tylko tu na blogu, lecz także w specjalnym skórzanym notesiku. Pozycja ta stoi na honorowym miejscu między innymi książkami i jest najpoczytniejszym bestselerem w naszym domu.


Lalcia niemal co dzień prosi:
– Mamo, poczytaj jak byliśmy mali.
– Przeczytajcie sami. – wymiguję się.
– Ale nikt tak nie czyta jak ty – kadzi córka.
No i dotąd prosi i kadzi, aż sięgnę na półkę i zacznę czytać. Wtedy wszyscy skupiają się wokół jak przy świetle ( najczęściej układamy się wszyscy na naszym wielkim małżeńskim łożu) i słuchają, raz po raz wybuchając śmiechem. Bo historyjki są głównie rozbrajająco zabawne. Rytuał kończy się w momencie, gdy złapię chrypę, a reszta rodzinki zalana od śmiechu łzami przytrzymuje oburącz przepony co by nie uległy uszkodzeniu:)

Znamy te historyjki niemal na pamięć, lecz śmieszą nieustannie i niezawodnie.
Np. ta:
– Mamo, cio to jeśt FENILINI? – pyta znienacka mała Lalcia.
– Fenilini? – zastanawia się mama – Nie wiem.
– No, takie źwieziątko cio jeśt ś Mikołajem – usłużnie naprowadza maluch.
– Aaa – rozjaśnia się mama nagłym przebłyskiem geniuszu – Renifer!!!
– Tak, FENIFER – powierdza rozmówczyni.
🙂


Ale nie poprzestaję na notatkach. Zbieram ich rysunki, pierwsze próbki literek, szpitalne opaski, zdjęcia rtg ich dziecięcych kontuzji, …

Od wielu lat jestem nagrywaczem filmików, które z równą namiętnością są oglądane przez rodzinkę. Jestem fotografem, który wciąż wyskakuje jak pajac z pudełka, by zrobić najlepsze zdjęcia niepozowane. Bo zdjęcia z zaskoczenia, w ruchu są dużo bliżej życia niż wystudiowane pozy.

Nieraz naraziłam swoje życie robiąc te reporterskie ujęcia, bo czasem trzeba było wspiąć się na drabinę, a czasem przeżyć atak min rozjuszonego dwulatka z jego buntem:) Atak dzika w leśnych ostępach jest przy tym jak muśnięcie motyla;)
      Z jednego takiego zdjęcia patrzy na mnie Alusia, ma na nim chyba z siedem lat i wzrok bazyliszka.
– Tu chcialaś mnie zjeść za to, że robię ci zdjęcie – śmieję się do córki już dorosłej.
– Oj mamuś – tuli się do mnie – Jak dobrze, że robiłaś te wszystkie zdjęcia – mówi.
– Narażałam swoje życie – żalę się.
– Jesteś odważna – przymila się głaszcząc mnie po głowie.

Więc się nie zrażam latami prześladowań i z wnukami będę robić to samo. Już mnie świerzbi pióro i obiektyw.
Jak dożyję oczywiście;)
I jak znajdę odpowiednio duże pudła na pamiątki, bo te, które mam pękają w szwach. I nie jest to bynajmniej figura stylistyczna:) Spróbujcie zamknąć sześć żyć w tekturowe pudełka:)

* * *

Czasem zastanawiam się skąd się bierze w nas ta potrzeba zapisania naszych istnień i istnień tych, których kochamy.
I po co jest?

Może stąd, że jesteśmy wieczni i chcemy, by ziemia, na której mieszkamy tę parę chwil też o tym wiedziała.
Uwiecznić siebie i nasze miłości.
Wyskrobać na ścianie jaskini:

” Byłem tu. I wciąż jestem. Z niebytu zostałem przywołany i nigdy już nie zapadnę się w niebyt. Wszystko jest moim świadkiem.”

Więc wciąż uwieczniam. Do arsenału moich narzędzi kronikarskich dołączyły pędzle i farby. Uwieczniam drzewa, dróżki i kwiaty, które kocham, ludzi.

Namalowałam Ewę, a teraz na sztaludze stoi rozpoczęty portret Ali.


Kiedyś może namaluję siebie, ale to największe z wyzwań. Innych można wszak upiększać, ale siebie nie wolno przekłamać.
Dlatego kronikarze rzadko piszą o sobie, a moich zdjęć w rodzinnych albumach jest najmniej:)
Zostaną jednak male niemowlęce kaftaniki z miękkiego płótna – one wiedzą, że byłam.


* * *
– A namalujesz mój portret? – szepce mężulek wieczorem.
– Namaluję.
– Ale mam malutką prośbę – dodaje on nieśmiało – możesz mnie na nim trochę odchudzić? Odmładzać nie musisz, ale odchódź troszkę. – zatrzepał długimi rzęsami.
🙂
To a propos nie przekłamywania;)


 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

# znaczek 38

*  *  *

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

rzuty Monge’a



Siedzimy przy kuchennym stole, nasz syn – student budownictwa tłumaczy nam na czym polega geometria wykreślna.
– Są różne rzuty – mówi – Na przykład taki…
Układa dwie rozłożone dłonie demonstrując dwie prostopadłe płaszczyzny.
– Rzut Monge’a ( czyt. Mąża:). Trzeba narysować jak się odbije przedmiot na jednej, a jak na drugiej płaszczyźnie – mówi.
– Czyli tak jakby dwa lusterka? – dopytuję – Dwa obrazy jednej rzeczy z różnych perspektyw patrzenia?
– Tak.



* * *
Ponad rok temu do naszej parafii przybył starszy ksiądz emeryt. Malutki, skromniutki, zawsze z pogodą na twarzy sunie boczną nawą do ostatniego konfesjonału pod samym chórem. Czasem wychodzi już pół godziny przede mszą.
I jest zawsze.
Jak „Amen” w pacierzu.
Jak Bóg.

Trafiliśmy do niego po raz pierwszy, gdy Laurka spowiadała się jako świeżo upieczona PierwszoKomunistka.
– Chodźcie tutaj – szepnęła moja mama – Ksiądz Jan jest bardzo miły.
I przepuściła wnusię w kolejce.
Słyszałam z boku jak staruszek ksiądz ciepłym głosem pomaga mojej dziecinie w trudnej sztuce spowiadania, bo ze stresu zapomniała wszystkiego:)
Przy kolejnej spowiedzi Laurka domagała się tylko księdza Jana. Poszłam wtedy i ja do niego. W kolejnych miesiącach Hania, Ala, Adaś i mój mąż.
I tak to się zaczęło.
Nie wiem jak to opowiedzieć, ale ciepło, pogoda ducha, miłość i pokora księdza Jana sprawiają, że spowiedź jest spotkaniem z Bogiem i Jego miłosierdziem.
Zresztą, to chyba nie jest tylko moje odczucie, bo kolejki do konfesjonału księdza staruszka ciągną się przez pół kościoła. Stoją dzieci i młodzi, staruszkowie i całe rodziny. Przychodzą ludzie z innych parafii specjalnie, by wyspowiadać się u niego.
– Musimy modlić się za księdza Jana żeby dlugo żył – nie raz powtarzam rodzince.

* * *
Na ostatniej mojej spowiedzi zaczęłam mówić, że są chwile, gdy boję się krzyża, że boję się, że nie dam rady unieść następnego, gdy przyjdzie.
– A kto się nie boi? – zapytał mnie ciepło, ze współczuciem. – Patrz na Jezusa.
– Wiesz, jeszcze niedawno byłem proboszczem, remontowałem kościół, wielki remont, tyle spraw załatwiałem, byłem potrzebny, a teraz… Myślisz, że chciałbym tu być? – poczułam w jego pytaniu nutkę bólu i rozżalenia – Ale taki czas Jezus dał, trzeba to przyjąć.
– Ojcze – przerwałam mu ze łzami – Ty teraz więcej dobra czynisz niż wtedy, gdy budowałeś kościoły. Ludzie przychodzą z całej okolicy do ciebie tutaj, mówią, że jesteś apostołem konfesjonału. Jesteś odbiciem Jezusa miłosiernego.
– Nie, nie jestem nikim wielkim – zaprzeczył.
– Ojcze, przez swoją pokorę przyciągasz ludzi do Boga. Dziękuję ci w moim imieniu i imieniu ich wszystkich.

Rozmawialiśmy jeszcze długo. Mówił o swoim życiu, krzyżu choroby, pocieszał, dodawał otuchy, w końcu rozgrzeszył i pobłogosławił.
– I powodzenia ci życzę. – jak zawsze powiedział na odchodne uśmiechnięty.
Wyszłam ocierając łzy.

Niewiele grzechów wyznałam tego dnia, ale … może nie poszłam tam wówczas dla siebie.
Może poszłam tam głównie po to, by ojciec Jan mógł spojrzeć na swoje życie z niebieskiej perspektywy .

Rzuty Monge’a:)


– Synku – pytam – A czy krzywa może odbić się w rzucie Monge’a jako prosta?
– Może – mówi.
– A czy prosta czasami odbija się jako zwykła kropka?
– Tak.

Wszystko jasne:) – myślę.

*  *  *
– Boże, widzę, że do niczego się nie nadaję, a to, co robię jest nic nie warte. – mówimy często Bogu. Ten refren powtarzamy coraz częściej wraz z upływem lat, sił, zdrowia.
albo…
– Tak się pogubiłem, kluczę i błądzę i nie wiem czy to ma sens. Boże, jestem w sinej od łez dali.

– Dziecko, ja patrzę inaczej i widzę inaczej. Uwierz Mojemu spojrzeniu. – mówi On – Tu gdzie jesteś, owocujesz i przynosisz owoc obfity. Nie masz pojęcia jaką rolę odgrywasz w życiu innych ludzi, kim jesteś dla świata. Nie masz pojęcia, że twoje błądzenia są najprostszą z dróg do Mnie.

Boża geometria wykreślna:)

Gdy myśmy ją zgłębiali, przy stole Laurka wzięła długopis i kartkę i…

doskonała ilustracja dla moich refleksji
🙂

My ludzie często tak patrzymy na siebie. Zupełnie płasko, z żabiej perspektywy.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 11 komentarzy