cicho…

Cisza jest przeźroczysta jak szkło. Zanurzając się w niej, widzisz siebie jakim jesteś.
Może dlatego wytrzymać napór ciszy nie jest łatwo. Pękają kruche iluzje, budowane naprędce makiety, parawany, podwieszane pod nicość atrapy prawdy, gipsowe maski, rozwiewają się dymne zasłony…
Pozwolić ciszy stężeć w sobie, nie rozwadniać jej żadnymi głosami. Wyprać w ciszy wszystkie uczucia i myśli.
Tylko cichy szmer kaloryferów, tykanie zegara, trzepotanie płatków śniegu o szyby.
Takie chwile są cenne, ale nie kosztowne. Stać nas na nie.
Na targowisku świata nie kosztują prawie nic.

* * *

” W ciszy słychać więcej,
w samotności więcej widać. ”
( Paweł Smoleński)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 9 komentarzy

chuchanie na zimne

Pojedyncze białe piórka śniegu wirują w powietrzu, ich powolny lot sprawia, że większość płatków rozpływa się w powietrzu, zbyt ciepłym.
Dochodzę do bramy, tej, za którą ścieżka biegnie w las. Czapeczki śniegu otuliły górną żerdkę bramy jak ozdobna koronka. Zbliżam się i chucham delikatnie w zimny puch. Jeden ciepły oddech i znika, odsłaniając drewno.


Patrzę zachwycona jak małe dziecko.
Chucham znowu.
Jeden ciepły ludzki oddech tyle potrafi zmienić.
Jeden ciepły ludzki gest…
jeden ciepły ludzki uśmiech…
jedno spojrzenie…
ciepłe serdeczne słowo…

Nie doceniamy jaką nosimy w sobie moc zmieniania świata, gaszenia ciemności, roztapiania lodów, przekraczania granic.

Lubię ostatnio wychodząc ze sklepu, z urzędu, poczty, od lekarza rzucać już na progu, zaraz po „do widzenia” :
– I miłego dnia życzę.
Zaprawiam to zdanie szczyptą uśmiechu.
I ta nagła zmiana w oczach, twarzy, głosie drugiego człowieka. Zupełnie jak chuchnięcie ciepłem w bryłkę lodu.
I miła myśl : może zmieniłam temu człowiekowi dzień na lepszy? jednym zdaniem.
– I nawzajem – słyszę.
Zawsze.

* * *

Tego nam dzisiaj trzeba, zmęczonym epidemią, problemami finansowymi, niepewnością jutra, złymi wieściami, które sączą się jak ropa z rany ze wszystkich możliwych odbiorników.
Tego nam właśnie trzeba – odbrobiny wzajemnej życzliwości.



Ciepłego oddechu w mroźny czas.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

kryzys twórczy

Jest w malowaniu niemal każdego obrazu taki moment, że płótno wygląda jak brudna szmata, którą ktoś wytarł zachlapaną wieloma kolorami podłogę.
Chaos i bezład.
Najczęściej w tym momencie wpadam w rodzaj paniki:
i co dalej?
jak ja z tego wybrnę?
nic nie widać?
nie da się tego poprawić!!!
Kusi mnie wtedy, zawsze mnie kusi, by rozwiązać troczki fartucha, wrzucić pędzle do słoika z wodą, odstawić paletę, a zaczęty obraz schować za szafę i o nim zapomnieć.


Trzeba pewnego rodzaju odwagi i hartu ducha i wiary, by jednak malowanie kontynuować.
A potem olbrzymiej pracy, by z chaosu i bezkształtu wydobyć obraz.
Niemal zawsze się udaje.
Namalowałam już pewnie prawie pół setki obrazów. Powinnam już wiedzieć, że prawie zawsze się uda, zaufać swoim oczom, rękom, wyobraźni, intuicji…
A jednak… za każdym razem jest ta chwila i ta pokusa.

Świat w ostatnich miesiącach, a może nawet latach wygląda właśnie tak jak malarskie płótno na etapie chaotycznych plam. Od samego patrzenia i słuchania kręci się w głowie, a serce robi woltę spazmatycznego skurczu.
Wszystko nam się pomieszało: prawda i kłamstwo, dobro i zło, zwierzę i człowiek, piękno i brzydota, rzecz i osoba, miłość i pożądanie, wolność i swoboda, słowa i pomyje, przestępstwo i dobry uczynek, ideały i ideologie…
Wydobycie z tego kształtów i sensu jest już poza naszymi możliwościami. Trzeba być mistrzem z wizją. My nie jesteśmy mistrzami, a nasze wizje to tylko fatamorgany na pustyni.
Spoglądam na Niego.
– Czy wierzysz, że umiem to zrobić? – pyta z uśmiechem.
– Nie ma takiego chaosu, który przeraziłby Mnie tak, że odłożę pędzle i odejdę zrezygnowany. Nadam waszemu życiu i światu ład i sens.

Gdyby nawet wasze grzechy była jak splamiona szmata…


nawet wtedy…

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

odzyskać utracone

Wciąż nie czuję smaków i zapachów. Nie tak, jakbym je czuć chciała, nie w całej pełni.
Jabłko jest na przykład czymś twardym i chrupiącym, trochę słodkim, trochę kwaśnym, ale nie pachnie jak jabłko i nie ma smaku jabłka.


Pomarańcza jest kwaśna jak cytryna z delikatnym dodatkiem słodyczy. Ale nic więcej.
Marchewka jest trochę słodka, ale brak w niej tego czegoś marchewkowego.
Ciasta są mdłe, mięso słone, czekolada tylko brązowa.
Wiatr nie ma zapachu, ani choinka, ani pieczony kurczak.
Straciłam smak i węch już trzy miesiące temu i trudno mi się do tego przyzwyczaić, pogodzić, doczekać ich powrotu.


Aby je odzyskać dosypuję przypraw, więcej soli, pieprzu, cynamonu do jabłek. Kupuję coraz intensywniejsze płyny do płukania prania, żele pod prysznic, wlewam do kominka olejki eteryczne, rozpylam perfumy.
Próbuję odzyskać to, co straciłam.
Nie godzę się z utratą.
Czekam.



* * *
Są w naszym życiu zmysły o wiele cenniejsze, a nie robimy tyle rabanu, by je zachować na zawsze.

Czy jeśli tracimy wiarę, robimy tyle zachodu, by ją odzyskać?
Czy boli nas, gdy tracimy nadzieję i czy o nią walczymy, wzbudzając na nowo?
Czy rozniecamy więdnącą miłość, dodajemy jej smaków?



A czyż nie trudniej żyje się bez wiary niż bez smaku?
Czy żyjąc bez nadziei nie narażamy się bardziej niż pozbawieni węchu?
Czy nie umieramy szybciej z braku miłości niż z powodu utraty jakiegokolwiek zmysłu?

A my mówimy : straciłem wiarę, nie mam nadziei, przestałem kochać.
I odchodzimy.
Bez walki o to, co bezcenne.
Bez żalu.

* * *



Tak więc trwają: wiara, nadzieja i miłość. Te trzy…

Tego Wam życzę w tym Nowym Roku ❤️🌟🌺

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

kalendarz

Dziś zaznaczałam w nowym kalendarzu nasze wszystkie urodziny i rocznice. Co roku zaskakują nas te nowe liczby:)
Za parę dni skończę 47 lat, mężulek tyleż samo w kwietniu. A Hania mówi: to niemożliwe żebyście mieli aż tyle, wciąż zachowujecie się jak studenci:) Ma chyba rację. Trochę. Bo my nie jesteśmy chyba takimi typowymi rodzicami.
Syn skończy w marcu 19 lat. W kwietniu będzie nasza 22 rocznica ślubu❤️ ( znam Michała już 25 lat, czyli spędziłam z nim ponad połowę mojego życia),
a w maju Ala skończy 21 lat. To nie do uwierzenia. Dopiero ich urodziłam. A mój mały synek jest wyższy ode mnie, potężny mężczyzna. Hania w czerwcu będzie miała 15 urodziny, a Laurka w listopadzie – 11.


Co roku tak oznaczam kalendarz i wciąż zadziwiam się, bo dziesiątki lat mijają jak mrugnięcie oka. A we mnie, w środku tak niewiele się zmieniło. Wciąż to jestem ja – ta sama dziewczynka, która rysowała kredkami w zeszycie pole zboża i maki i chabry…
ta sama nastolatka, która podczas burzy otwierała okno pokoju i patrzyła zauroczona na sad wstrząsany spazmami wichury…
ta sama jednocześnie zagubiona i pewna siebie istota, ta sama szaleńczo radosna i niosąca głęboki smutek w sercu, trzpiotowata i mądra, otwarta i zamknięta, wypełniona pokojem i rozdarta lękiem, pełna energii i pasji, choć w tym samym czasie nieruchoma jak posąg, poznana i nieprzenikniona, śmiertelna i wieczna, pełna światła i brocząca mrokiem.
Wszystko to mieści się we mnie jak w jednym roku mieszczą się wichury, ulewy oraz upały, dni szare i złote jak snopy zbóż, spienione zielenią morza letnich lasów i ich nagie zimowe szkielety, szelesty, cisza, zasiew, żniwo, wojny, pokoje…
Patrzę na kalendarz i wiem na razie tylko gdzie wpisać rocznice tego, co było.
Reszta jest nieprzenikniona.
Co na przykład zdarzy się w okienku oznaczonym : 7 luty?

Jak zaskoczy mnie 18 marzec? Tajemniczy lipiec rozkłada na stronie swoje 31 kart. A grudzień duma u kresu roku. Czy będzie śnieżny?


* * *
Nic nie wiem. Nie wiem nawet czy będzie mi dane zapisać rocznice w następnym kalendarzu i po raz kolejny zadziwić upływem czasu i moim w nim trwaniem.

Nauczyłeś mnie roku 2020 kończyć każde zdanie jak kończyła je Babcia Niebieska:

” …jeśli dożyjemy”.
Śmiałam się z niej kiedyś, bo to był jej stały refren, jakby powracająca nuta w pieśni.
Teraz rozumiem – to kolejny szczebel mądrości i pokory – być świadomym swego kresu.


Lecz jestem też pewna swojej bezkresności.
Jestem jak zdjęcie w ramie. Czas ogranicza mnie i otula, daje poczucie bezpieczeństwa, przynależności, uziemia. Lecz kiedyś wypadnę z ramy. Będę już poza nim.


Ale będę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 7 komentarzy

Emilka

Laurka miała adwentowe postanowienie niejedzenia słodyczy. Wszystkie więc słodkości zbierała do specjalnej reklamówki. Reklamówka stała tuż obok łóżka zbieraczki na wypadek gdyby brat lub inny jakiś smakosz rodzinny chciał się dobrać do zapasów.


– Nie mogę zasnąć – usłyszeliśmy na poły żałosny, na poły gniewmy szepcik w środku nocy – A na dodatek jakaś mysz weszła do moich słodyczy i je zjada.
🙂
Noc była głęboka jak studnia, więc już nikt nie biegł na ratunek zapasom, a dziecię zostało litościwie przygarnięte do łóżka rodziców i dospało w nim do rana mimo ścisku i tatusiowego chrapania.
Rankiem tata wdrapał się na poddasze i sprawdził stan rzeczy.
– Zjadła ci tylko połowę sezamków – zameldował.


Zbiór został schowany do szafy między koszulki taty a pudło z jego skarpetkami z nadzieją, że żaden „stworzeń” już się nie domyśli, by tutaj szukać Laurkowych słodyczy:)
– Nie mogę zasnąć – słyszymy znajomy refren następnej nocy.
– Znowu mysz ci coś zjada? – pytam nieprzytomnie wyrwana z błogich objęć Morfeusza.
– Nie – zeznaje córka – skrabie pazurkami w ścianę.
– To poskrob ty do niej – proponuję, chcąc uniknąć kolejnej nocy spędzonej jak śledzie w beczce.


Rano Lalcia przybiega i opowiada nam sen:
– Myszka mieszkała w mojej ścianie i skrabała pazurkami, potem przyszła do mnie i swoim noskiem dotknęła mojego. Gdy tak zrobiła, zamieniłam się w myszkę i poszłyśmy razem zwiedzić jej mieszkanko. Okazało się, że myszka ma na imię Emilka. A rano tatuś dotknął swoim nosem mojego noska i znów zamieniłam się w dziewczynkę – końcu tryumfalnie Laurka.
– A skąd tatuś wiedział, która myszka to jesteś ty? – dopytujemy rozbawieni.
– To proste. – wyjaśnia – Ja byłam grubszą myszką.


Że też od razu się nie domyśliliśmy.
Lalcia wszak na kwarantannie zaprzeczyła wszelkim teoriom o genach chudości odziedziczonych po mojej rodzinie i zrobił się z niej ” słuszny kawałek Lalci” – cytując mistrza kulinarnego Makłowicza:) Nawet odstawienie słodyczy niewiele w tym temacie zmieniło.

A myszka Emilka awansowała na oficjalną przyjaciółkę Laurki. Co prawda wczoraj tatuś złapał ma poddaszu jakąś mysz. Przy użyciu plastikowej miski i podkładki na stół, gdyż było to polowanie humanitarne. Ale Laura twierdzi, że to na pewno nie była Emilka. Ufff.

W planach mamy napisanie książeczki o Emilce i wyprodukowanie bluzeczki z jej podobizną wg. tego wzoru…

🙂

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 3 komentarze

Gloria…

Życzenia…

 

Ruttka z rodziną:)

 

Ps. A po świętach już obiecuję, że się zbiorę i coś napiszę. 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 1 komentarz

skrzyp, skrzyp…

Chyba jesteśmy jedynym regionem, na który napadał biały puch z anielskich pierzyn. Wszyscy znajomi z całej Polski piszą, że u nich nie ma ani grama.
A u nas…
Skrzyp, skrzyp…


Spaceruję po sadzie, a śnieg wsypuje się w moje trzewiki. Otrzepuję zielone łapy choinek z ciężkiego puchu. Staję na sankowej górce i medytuję nad „być albo nie być” czyli możliwością zjeżdżania z górki z przetrąconym kręgosłupem:)
Mąż idzie środkiem podwórka, a jego wielkie czarne „wolanki” ( tak się je tu nazywa:) znaczą ścieżki na śniegu.
– Musimy nanieść drewna na dwa dni do pieca – mówi głośno do naszego syna.
Za stodołą napotykam ślady wielkich kopyt i idę z nowiną do męża.
– To musiał być łoś – mówię – W nocy przyszedł do naszej stodoły.
– Niemożliwe. Może sarna.
– Nie, na sarnę za duże. – tłumaczę – Wiem gdzie przechodzi pod siatką, poszłam po śladzie.


Na podwórku stoją dwa bałwany. Jeden nieco podobny do kota za sprawą wąsików, które przyczepiła mu moja mama. Drugi – wielki jak Buka i z pąsowymi policzkami. Wysmarowałam mu je farbą akrylową. A jakże:)


Zresztą bałwany są tu niemal w każdym ogródku. Wyrosły jak grzyby po deszczu.
Ludzie oszaleli z radości, a dzieci były wprost nieprzytomne, gdy na ziemię sfrunął biały puch.
Na zdalnych lekcjach jeden przez drugiego opowiadały mi co ulepiły i w jakiej ilości. Nawet, gdy wyszliśmy ze mszy w niedzielę tematem numer 1 w rozmowach był śnieg i bałwany.


Nasze koty są zdumione. Trzy młodsze nigdy nie widziały śniegu, bo ostatnie dwie zimy upłynęły praktycznie bezśnieżnie. Łapki im teraz zapadają się w tym czymś białym i dziwnym:)
I nagle sikorki z brzuszkami jak szmaragdy całymi stadami siadają na słoninie. Jakby ją nagle spostrzegły, choć wisiała już wcześniej.


Otulone dachy, płoty, drzewa, pola, dróżki.
Otulone myśli, serca, marzenia, sny.
Nagle wszystko otulone bielą.
Szarość i szorstkość przestały ranić.

Skrzyp, skrzyp…

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

przedświątecznie

Święta coraz bliżej.
Spadł nawet przez chwilę tak oczekiwany biały puch, więc skorzystałyśmy z Lalcią skwapliwie i na tarasiku stanął malutki bałwanek z figlarnie zadartym noskiem z marchewki.



Niestety na skutek upału ( 0 stopni) szybko spuścił nos na kwintę:)
Do piernikowego ciasta dobrały się myszy. Dobrze, że coś mnie tknęło, by sprawdzić i udaremniłam im ich niecny zamiar całkowitego pozbawienia nas w tym roku pierników;)
Dopiero było by zdziwienie, gdybyśmy pewnego popołudnia rozstawili nasz cukierniczy warsztat, wyjęli foremki, nagrzali piekarnik, a po wszystkim zorientowali się, że po cieście został pusty garnek.
Ufff.


Na wieńcu płonie druga świeca i ogrzewa serce i tak już rozpalone czekaniem.
Nigdy dotąd te słowa nie były tak żarliwe:



Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił!!!
Zstąp Kochany.

I zobaczcie jaki piękny obrus wydziergała nam na święta Kawusiowa.
Ma po prostu złote ręce.



Obrus i dwie poduszki do kompletu. Zapinane na perełki.



Zamówiłam u niej te cuda, gdy tu latem siedziała u nas w salonie i szydełkowała serwetę na stolik na swój balkon.
Takie ręcznie robione rzeczy są bezcenne i długowieczne. Jakby przejmowały część blasku tego, kto je wykonuje.

Mam nadzieję, że tak będzie również z moimi obrazami, z tym dzbanem, który nabrał rumieńców podobnych do różowych policzków gasnącego zimowego dnia, który ostatnio widziałam.


I … z rzeźbami, które być może niedługo powstaną, bo…
od św. Mikołaja zamówiłam w tym roku dłuta rzeźbiarskie i kawałek drewna lipowego;)
Lalcia skrupulatnie zapisała moje marzenie w liście do świętego.
I przyniósł mi!!!
Tak bym chciała rzeźbić anioły.
Wiem, jestem szalona.
Ale pociesza mnie myśl, że Bóg poniekąd też jest szalony;)

Szalony, że nas stworzył. Szalony, że do nas przyszedł jako niemowlę. Szalony, bo bardziej ufa nam niż my Jemu.



Obyś rozdarł już niebiosa i przyszedł.

Przyjdź.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 9 komentarzy

złote żniwo

Siedzę sobie z różańcem w salonie i nagle coś łaskocze mnie w kąciku oka.
Obracam głowę i dostrzegam to figlarne coś w rogu obrazka na ścianie:)

Zdaje się przeciągać jak kot, a potem wędruje po brzeżku złotej ramki…

 

Jasny promień słońca.

Przeczesał palcami liście draceny, 

 

odbił się od lustra obrazka 

zjechał po poręczy schodów,

zajrzał przez świetlik w drzwiach,

rozsiadł złotym pyłem na kociej sierści, 

spłynął po karminowych policzkach korali,

pogłaskał pękaty brzuch dzbana, który ostatnio lepiłam,

i podświetlił jak lichtarzyk ostatnie kwiaty pelargonii. 

Ścigałam go parę minut po całym domu, zbierałam każde jasne źdźbło.

U kresu listopada uzbierałam cały dojrzały snop światła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 7 komentarzy