ego sum

 

Jestem.

Przepełnia mnie to niewymowną radością.

Przecież mogłam nie być.

Mogłam dziś nie zobaczyć tego pochmurnego styczniowego i znowu ośnieżonego poranka.

Mogłam nie otulić się zapachem rozkwitających hiacyntów.

Ba, mogłam ich wcale nie dostać od Moni na urodziny. Bo przecież nie byłoby mnie.

Jestem.

Gdyby mnie nie było, ten fakt pociągnąłby za sobą daleko idące konsekwencje.

Nie byłoby moich dzieci, tego domu wymyślonego z obory, mojej miłości do męża ( o, jakby to boleśnie odczuł), nie byłoby mojego zapachu, moich pamiętników, przyjaźni, obrazów…

Jestem.

Ktoś tak chciał.

Wymyślił mnie jeszcze przed założeniem świata. Trochę powagi wrzucił do moździerza, sypnął obficie niepowagą dla uzyskania harmonii smaków, dorzucił wrażliwość i światłoczułość, parę listków oślego uporu, papryczkę ironii i ciętej riposty. Podgrzał trochę, roztłukł dla wydobycia aromatu i smaku. Trochę bolało.

I oto ja.

Jestem.

Ktoś mnie chciał, a wkrótce potem dołączyło do Niego paru innych amatorów mojego bycia. Jestem w ich gronie:)

Dobrze jest być.

Po prostu.

I już na zawsze.

Cokolwiek by się stało, BĘDĘ.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 3 komentarze

słoń

 

Wierzę w jeden

święty

powszechny

apostolski

Kościół.

Kocham Go. Bo jest Ciałem mojego Umiłowanego.

 

Ostatnio niektóre portale internetowe, stacje telewizyjne i radiowe odtrąbiły Jego wielki upadek. Oto – rechoczą radośnie dziennikarze powyższych – od kościoła odeszli wierni, z lekcji religii wypisali się już prawie wszyscy, najwięksi z wielkich ostentacyjnie podpisali akty apostazji, a wewnątrz świątyń pozostał tylko brud i smród grzechów, stęchlizna oraz garstka nieudaczników i głupich. Możemy zatańczyć na stypie Kościoła. – krzyczą.

Ile razy w historii słyszał to Kościół niewzruszony?

Trochę to przypomina stado hien, które podrygują w swoim dzikim tańcu wokół ciała słonia. Sądzą, że to padlina i dodaje im to odwagi, by kąsać i chichotać pod wyleniałymi czuprynami.

Ale słoń jest tylko chory, słabszy, śpi, lecz żyje. Gorączka powoli ustępuje, aksamitne powieki już drgają. I przyjdzie czas, a wstanie, znów oprze się na czterech potężnych filarach i wyda dźwięk przeszywający powietrze. A hieny, jak to mają w zwyczaju, podwiną ogony i czmychną gdzie ich miejsce.

 

bo… ” bramy piekielne go nie przemogą”.

 

* * *

 

W Biblii jest taka piękna historia o Gedeonie. Uwielbiam ją opowiadać, a słuchający zastygają wtedy z otwartymi ustami i jeszcze bardziej otwartymi umysłami i sercami.

Sam Gedeon jest już niesamowity. Słaby, mały, biedny, z najlichszego rodu, nic nie znaczący i nie mający o sobie najwyższego mniemania. Delikatnie rzecz ujmując:)

I pewnego dnia przychodzi do niego Anioł z pozdrowieniem: „Witaj, dzielny wojowniku! ” oraz zadaniem przekraczającym jego możliwości. ( Czy zauważyliście tu ukrytą Maryję?)

Otóż ma zostać wodzem i z garstką żołnierzy pokonać wielotysięczne wojsko wroga, który od lat gnębi naród izraelski.

Oczywiście Gedeon nie jest przekonany co do obu pomysłów. I tu następują targi z Bogiem. To tu właśnie pojawia się słynne „runo Gedeona”. ( Kto nie zna, niech przeczyta Księgę Sędziów rodział 6 )

Ostatecznie targi wygrywa Bóg i Gedeon staje na czele 300- osobowego oddziału.

Co nie zmienia faktu, że nasz bohater nie ma najmniejszego pojęcia w jaki sposób pokonać tak liczne wojsko Madianitów.

Tymczasem siły wroga rozłożyły się obozem w dolinie otoczonej przez kołnierz gór. Czuły się tam bezpieczne w swoim małym ciasnym światku. Ciemna dolina, groźna, pełna zła, uzbrojonego po zęby. I ich trzystu. Plus Gedeon.

Wtedy Bóg podpowiada, by każdy z nich wziął zapaloną pochodnię i ukrył ją w garncu. Do drugiej ręki – róg do grania.

I tak, w zupełnej ciszy, nocą otoczyli ciemną dolinę, stając na koronie wzgórz. Niewidzialni, niemi, jak duchy.

Stali tam, aż Gedeon dał znak. Wówczas rozbili garnce i jasność pochodni otoczyła obóz wroga. A w chwilę potem dźwięk trzystu rogów i krzyk: Za Boga i za Gedeona!!! Potężny jak ryk słonia, który właśnie powstał ze snu.

Stali tam i patrzyli jak wrogowie wyrwani ze snu, wybiegają w panice z namiotów i zdezorientowani gdzie jest wróg i skąd idzie, zaczęli sami zabijać się nawzajem.

Stali tam i patrzyli aż ciemność sama siebie pożarła.

Światło i dźwięk w środku nocy.

Wielkie zwycięstwo Boga.

 

Widzę to światło.

W ludziach, których spotykam w kolejce do konfesjonału. Ich oczy płoną iskrami łez, gdy wychodzą po długich spowiedziach.

Widzę w pokornym klękaniu tych, którzy przyjmują Ciało Chrystusa. Na przegubach wielu rąk widzę bransoletki zawierzenia Maryi. Widzę jak grzyby po deszczu powstają nowe wspólnoty, grupki modlitwy, róże różańcowe, widzę jak oblegane są rekolekcje zamknięte, im bardziej wymagające i trudne, tym trudniej się na nie zapisać. Widzę las róż na nabożeństwach do św. Rity, widzę nowe nakłady książek o Bogu sprzedających się w wielkich ilościach, groby świętych i błogosławionych otoczone wianuszkiem modlących się. Widzę porzucone kobiety, które wiernie modlą się za swoich mężów. Widzę nagle podniesionych z bagna, którzy stają się apostołami.

Słyszę ilu ludzi modli się nieustannie nowenną pompejańską, słyszę świadectwa tych, którzy myśleli, że Boga nie ma i dokładnie tak żyli – jakby Go nie było, a teraz kochają Go z całego serca. Słyszę ludzi pytających mnie o Niego, o sens życia, cierpienia, krzyża.

Słyszę ich prośby o modlitwę. Słyszę jak mój mąż wstaje o 6 rano, by odmówić różaniec za Bogdana. Nie znał go, tylko z moich opowieści o jego ciężkiej chorobie i umieraniu. Słyszę małe, lecz mądre pytania moich uczniów. Widzę zadumę w ich oczach, czasem taki ogień, że truchleję cała w przeczuciu, że właśnie Bóg przeszedł cicho między nami.

– Niech pani weźmie i da to Maryi – mała Nicola przynosi piękny różaniec zrobiony z błękitnych i białych różyczek. Nawet krzyżyk jest z nich spleciony. Majstersztyk. Godziny pracy.

– Zrobiłyśmy go z mamą. Niech pani da Jej tak, jak dała pani ten kamyk od Oliwiera – prosi słodko.

– Zawieszę Jej – mówię, biorąc delikatnie podarunek – będzie miała piękny naszyjnik.

bo… światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

 

Czy Kościół umarł?

Nie.

Czy kona?

Nie.

Ukryty głęboko w naszych sercach i oczach, żyje w nas jak w dzbanach Gedeona.

Pewnego dnia szare dzbany pękną, a światło wyleje się strumieniami na ciemną dolinę.

Pęknie kamień grobu.

Powstanie słoń.

Już niedługo.

 

Ogień rozsadza serce.

 

 

 

ilustracje ze strony: Bibliawobrazach.pl

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 6 komentarzy

# znaczek 137

*  *  *

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

Camino

Posłuchajcie audiobooka.

Warto.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

nadal w ślubnym temacie:)

 

– Czy jak kupimy suknię, będzie mogła wisieć u was w domu? – pyta Julcia – Bo boję się, że u mnie w szafie Adam zobaczy:)

Adam to jej narzeczony i oczywiście – zgodnie z wielowiekową tradycją – sukni nie może umrzeć do dnia ślubu;)

– Tak, jasne. – odpowiadam szybko – U nas będzie bezpieczna. Tylko raz dziennie będziemy ją wszystkie przymierzały😁

 

Bezpieczna jak garnek miodu w domku Kubusia Puchatka.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

do poprawki

 

Alusia wróciła ze stolicy naszego zacnego kraju. Wybrały się tam z Julcią szukać sukni ślubnej.

Tak, tak, trzeba już zacząć pierwsze przygotowania do ślubu i wesela.

Sala weselna zarezerwowana, termin ustalony w kościele, jest też godzina, obrączki kupione, teraz czas obejrzeć zasoby ślubnych salonów.

I oto siedzimy na kanapie w naszym salonie, Ala pośrodku pokazuje zdjęcia Julii w kolejnych kreacjach. Oglądamy z bliska i daleka, ogólnie i w szczegółach, ochamy, achamy i śmiejemy się.

– Nie ! – wykrzykuję – ta nie wygląda na ślubną.

– Raczej taka sylwestrowa – komentuje Nusia białą suknię całą w cekinach.

– No, ale takie niektórzy zakładają na poprawiny – tłumaczy ze znawstwem przyszła druhna.

Tu Lalcia siedząca wysoko, na oparciu kanapy robi wielkie oczyska.

– A to są poprawiny?!!! – pyta zdumiona – Robi się drugi raz jak się ślub nie uda? – upewnia się w swych domysłach.

A my padamy ze śmiechu.

– Tak, trzeba poprawić – odpowiadam przez łzy – Jak ksiądz niedokładnie zwiąże ręce stułą:)

Poprawiny to poprawiny.

Tymczasem suknia wciąż nie wybrana. Teraz będą poszukiwania w innym wielkim mieście, znanym z tego, że studiowaliśmy tam my, a teraz studiują tam nasze dzieci;)

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

# znaczek 136

*  *  *

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

połamana owieczka

 

Na naszym kuchennym stole Jezusek z wigilijnej nocy zsuwa się z kopki siana, a tuż obok dwie świeczki z mojego urodzinowego tortu.

Niespotykana kompozycja:)

Dobrze jest urodzić się w styczniu.

Złożyć swoje połamane życie pod Jego stópki jakby się kładło zranioną owieczkę.

*  *  *

Prosiłam Go o kapkę śniegu w prezencie urodzinowym, lecz moje marzenie się nie spelniło.
Lecz dziś… parę dni po…
powitał mnie ranek obleczony świeżutką pościelą.
Wypijam gorącą kawę, zjadam drożdżówkę z jabłkami. Wczoraj wieczorem upiekłyśmy z Hanią.
I idę na spacer, by przyjąć mój spóźniony urodzinowy prezent.


Robię zdjęcia, wyszukuję sarnie szlaki na śniegu, całuję w przelocie zmarznięte grono czarnej aronii.
– Kiedy o coś prosisz – mówi On cicho – przyjdę i dam ci czego potrzebujesz. Lecz najpierw nauczysz się cierpliwości i paru innych rzeczy, bardziej potrzebnych w waszej drodze niż władza natychmiastowego spełniania życzeń. Gdy one się nie spełniają, wiem dlaczego.
Niech niespelnione marzenia nie będą powodem twego smutku, ani oddalenia serca ode Mnie. Tak też okazuję wam miłość – nie dając tego, o co prosicie lub odkładając spełnienie.

Więc… dziś jest dzień dziękowania Mu za to…czego mi nie dał:)
Za ludzi, miejsca, rzeczy, zdarzenia, talenty, łaski, dary.
Za to wszystko, co uważałam za połamanie życia i zniweczenie planów, podczas gdy tak naprawdę było przygotowaniem pod zasiew.
Pola pod zasiew są nagie i puste, przeorane i pozbawione wszystkiego. Jak okiem sięgnąć : NIC.
Lecz potrzeba pustki i bruzd, by wszystko się udało, by zaszumiał złoty łan.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 8 komentarzy

błogosławieństwo

 

Mamy ferie, dziewczynki śpią długo, mąż od rana zajęty swoimi zamówieniami, syn został w studenckim mieście: pisze i broni kolejne projekty, a ja w czerwonym szlafroku siadam na antresoli i zanurzam oczy w świetle poranka płynącym od dużych przedszkolnych drzwi balkonu. Obok suszy się pranie. Zasłony, błękitna staroświecka narzuta na łóżko Ali, pidżama męża. Zimą zawsze tu, na górnym korytarzu rozwieszamy pranie. Pachnie uroczo, świeżo.

Uwielbiam zapach prania i latem kłócimy się z najstarszą córką, kto je rozwiesi na sznurach na podwórku. To naprawdę jedna z większych przyjemności.

Dziś zapach otula mnie tutaj. I cisza inkrustowana tylko cichym cykaniem zegara na dole. I światło prawie wiosenne.

Całą noc deszcz szeptał w rynnach jakby opowiadał jakiejś baśnie. Kto by się spodziewał takiego nagłego zwrotu akcji?

Piję kawę. Jak zawsze rankiem. I jak zawsze z mojego kubeczka w polne kwiatki.

– Fuj mamo!!! – wykrzywia się czasem któreś z dzieci, gdy nieopatrznie wleje sobie wody do niego – On ma już ścianki przesiąknięte kawą na wylot!

Kubeczek zawsze stoi na tzw. podorędziu, więc bywa, że ktoś się skusi:)

Myślę o błogosławieństwie. O tym, że jest tak ważne, że w nim chodzimy, poruszamy się i jesteśmy otuleni, przesiąknięci nim jak uroczą wonią lub światłem.

Gdy przeprowadziliśmy się tutaj prawie pięć lat temu, musieliśmy się przyzwyczaić do tego domu. Wszystko było nowe, nieznane, nieoswojone, nawet dźwięki, szumy lasu, wygląd nieba zupełnie innego niż w mieście. I pamiętam, że pierwszego wieczoru, gdy po wspólnej modlitwie, dzieci miały już iść na górę do swoich nowych, pachnących świeżością pokoi, Lalcia i Nusia podeszły do nas i poprosiły o „krzyżyk na czółko”.

Tak to właśnie nazwały.

– Daj mi krzyżyk na czółko:) – zażyczyły sobie stanowczo.

Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy, więc wymyśliły to zupełnie same.

A potem już spokojnie poszły spać z dala od rodziców. Na poddasze, z oknami otwartymi na konstelacje gwiazd.

I tak już zostało. Wszystkie dziewczynki zawsze wieczorem zgłaszają się po krzyżyk i buziaka. Często dostają też w pakiecie łaskotki i „napierdzenie w policzek” od swego szalonego taty.

Adasia też czasem zdybiemy i nakreślimy mu ukradkiem krzyżyk, ale on ma z naszych dzieci największe ambicje, by zachowywać się dorośle, więc pewnie wydaje mu się ten gest zbyt dziecinny:)

Mam też taki swój własny tajemny zwyczaj związany z błogosławieństwem.

Gdziekolwiek jestem, choć najczęściej robię to będąc w kościele, wskazuję Jezusowi konkretne osoby i mówię w duchu:

– Pobłogosław go. Pobłogosław ją.

Wydaje mi się, że te właśnie osoby najbardziej potrzebują takiego dotknięcia z miłością.

I niemal widzę jak On staje natychmiast obok i kładzie dłoń na głowie wskazanej osoby.

Tak rozdajemy wspólnie wiele błogosławieństw. Hurtowo – rzec by można:)

Co się dzieje potem w życiu tych osób nie wiem, lecz wierzę, że to nie jest pusty gest bez znaczenia.

„Błogosławcie, a nie złorzeczcie” – prosił Jezus. Wiedział, że słowa i gesty, które dajemy innym mogą ratować lub zgubić.

Gdy otrzymałam mnóstwo pięknych urodzinowych życzeń, pomyślałam sobie, że i one są wszak błogosławieństwem, które przylgnęło do mojego życia i ma moc je przemieniać, karmić, poić.

 

Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą… – obiecał kiedyś Bóg, a Jego obietnice są wieczne.

Więc błogosławieństwo jest bronią obosieczną. Kto błogosławi, sam wystawia się pod wodospad łask.

Więc to się – tak po ludzku – opłaca:)

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

# znaczek 135

*  *  *

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz