towarzysz

Nie pisałam o tym, bo nie po to jest to miejsce.
Nigdy nie chciałam, by mój blog stał się księgą skarg i zażaleń na życie:)
Mimo to niektórzy z Was dowiedzieli się. Jedni otoczyli mnie modlitwą, inni wsparli poradami, konkretną pomocą. Za wszystko Wam bardzo dziękuję.
Wciąż i wciąż ze zdumieniem niemowlęcia odkrywającego świat, przekonuję się jak dobrzy są ludzie. Jak dobrzy jesteście.

* * *
Od trzech miesięcy choruję na dziwną chorobę, która przypomina zapalenie pęcherza i mimo wielu leków i badań wciąż nie wiadomo co to jest ani jak to leczyć.
Ból o różnym natężeniu stał się niemal nieodłącznym twarzyszem. Tak wrósł we mnie, że stał się jakby integralną częścią mnie i mojego życia. Jest już kawałkiem mojego ciała, jak ręka czy noga.
Nauczyłam się z nim żyć prawie normalnie, śmiać się, rozmawiać, pracować. Odganiać obawę i lęki z serca jak się odgania natarczywe komary z twarzy.
Kiedy patrzyłam na chorą Ewę i jej werwę do życia, nie wierzyłam, że można to pogodzić. Teraz wiem, że można.
Ból i radość życia.


Można je wziąć pod ręce jak dwie znajome i spacerować ścieżkami codzienności.

*   *   *

Czy sądziłaś kiedyś Rut, że nadejdą takie dni i wieczory? Że życie może być jednocześnie gorzkie i słodkie? Intensywnie i w równych proporcjach? Jak gorzka czekolada. 

Z odrobiną chili.

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 5 komentarzy

krucha filiżanka

Przyjechała na rowerze Julcia, przyjaciółka Alusi. Zgrzana, zarumieniona siadła z nami przy stole. Coś tam zaraz wjechało na dębowy blat. Herbatka, chleb, masło, pomidory… Nad blatem rozpętało się tornado przekrzykiwań, śmiechu, wspominków, postukiwań łyżeczkami…
– Ojej. Jak u Was jest fajnie. Razem siedzicie przy stole i rozmawiacie. Ja z moją rodziną siadam tylko do wigilii. – zwierzyła się Ali Julcia już przy bramie.



Ten brak siadania wspólnego, słów wymienianych niespiesznie, głów pochylonych nad jednym stołem sprawił, że rodzina Julii dziś już w zasadzie nie istnieje. Jest jak rozbita porcelanowa filiżanka. Cacuszko, które ktoś nieuważnie wypuścił z ręki. A nad jego skorupami milczenie, łzy, drżenie rąk i głosu.
* * *
Nieuważność, pośpiech, brak dbałości i delikatności. Niedocenienie wagi drobnych słów, gestów.
Może właśnie dlatego nasze rodziny rozbijają się na wolno krążące bez orbit elektrony. Bez zobowiązań, wspólnoty, więzi.



A energia, która z tego rozbicia pochodzi, potrafi niszczyć całe światy. Ludzi. Ich tożsamość. Marzenia.


Julcia marzy o rodzinie, chce ją założyć, już planuje ze swoim ukochanym, a jednocześnie boi się, że im się nie uda i że znów kolejna filiżanka roztrzaska się o podłogę.
Patrząc na nią, widzę samą siebie trzydzieści lat temu, mój lęk, że jeśli spróbuję, powtórzę błędy rodziców i dziadków i roztrzaskam życie swoje i nie swoje.


Dziś wiem, że warto zaryzykować i warto się starać i że – choć wydaje się to bajką dla dzieci – można z kruchej porcelanowej filiżanki pić dwadzieścia lat i dłużej.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

płócienko czasu

Dzień wiejski
Skrawek lnianego płótna czasu rozpięty między słońcem wynurzającym się zza ściany lasu, a kryjącym się za lasem po przeciwnej stronie.
Skrawek surowy, nadający się do bielenia lub barwienia, łatwo poddający się obróbce.


Gdy wracamy z lasu, słońce odbija się od srebrnych brzegów dużych kubków. Ich wnętrza wypełnione jagodami i ich liśćmi.
Ręce i paznokcie fioletowe. Za nami depcze burza. Swym groźnym mruczeniem wypłoszyła nas z lasu.
Choć zupełnie na spłoszone nie wyglądamy. Idziemy raźno omijając wczorajsze kałuże i snujemy plany na jutrzejsze drożdżowe bułeczki.
‌Bramka do sadu zamyka się z oporem właściwym rzeczom starym, które bardziej gustują w statyczności niż ruchu.


‌ Może zresztą nie dotyczy to tylko rzeczy.
‌W drugiej połowie życia my też stajemy się coraz bardziej nieporuszeni, krzepniemy, wolimy pełen zamyślenia bezruch niż chaotyczną bezmyślną gonitwę.
‌Bramka w końcu się poddaje, zwinne palce Ali zaplatają drut – tak prosto na wsi zamyka się podwórka.
‌W domu jagody lądują do miski z wodą, Nusia odbiera od nich liście i patyczki, zabłąkane robaczki.
‌- Mogę trochę ze śmietaną zjeść? – pyta Lalcia.
‌- Dostaniesz tylko garstkę – mówię – bo jutro tata planuje naleśniki z jagodami.


‌ Wiejski dzień. Zabarwiony jagodowym sokiem. Jak kawałek lnianej ściereczki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

znaczek #13

* * *

* * *

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

barwność

Moje ulubione kolory to lawendowy i lazurowy.
Ale moje ulubione połączenie barw to biały i zielony.
Zupełnie niedawno to zauważyłam jak otaczam się tą konstelacją , podświadomie ją wybieram i w jej towarzystwie odpoczywam.

I jestem przez biel i zieleń otaczana.

Pewnie dlatego tak lubię brzozy.

Może niektórzy z Was pamiętają jaki tytuł miał mój pierwszy blog.
Ten sprzed 10 lat.

„W cieniu brzozy”.

I to nie był przypadek:)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 5 komentarzy

odcienie zieleni

I cudnie mieć syna, który podchodzi w ciągu dnia znienacka i cmoknie w policzek, chuchając do ucha cicho: „Kocham cię”.
I – choć wiem, że prawdopodobnie nigdy nie przeczyta Borejkowej sagi – mam zupełną pewność, że jest bardziej podobny do mnie niż mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka.

Cudnie jest spierać się z nim ( godzinami!!!) o nazwy dla rombów i konieczność ( ja) lub zbędność ( on) określenia wszystkich odcieni zieleni.
Te rozmowy – na pograniczu ekwilibrystyki mózgu i obrzeży filozofii.
Emocjonalne ( o dziwo – on:) i stoickie ( o dziwo – ja).
Niemal od zarania jego życia umieliśmy tak rozmawiać: na poły ironicznie i jednocześnie zupełnie na serio.
Czyli tak jak zasługuje na to nasze życie.

On zżyma się niby, że myślę sercem, a ja niby się gniewam, że on czuje głową.
A jesteśmy tacy sami.
Wrażliwcy, którzy próbują udawać, że są nieporuszeni.
W świecie, który miota ludźmi jak kukłami ze słomy. I robi z nich wydmuszki. A zamiast gruntu pod nogami daje równię pochyłą.

* * *

A my sobie z synem jakby nigdy nic rozmawiamy o odcieniach koloru zielonego.
Z przymrużeniem oka.
Marnotrawimy na to czas i energię, oplatamy słowami i pasją.
Na naszym patio oplecionym gęsto zielonym winobluszczem.

O odcieniu… wciąż bezimiennym.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

na Roosevelta 5

– Idzie się długim korytarzem, po lewej masz wieszak cały w ubraniach, zupełnie tak jak u nas. Za wieszakiem na ścianie są półki aż do sufitu i pełno książek. Po prawej pierwsze drzwi są do łazienki, a zaraz drugie, obok stolika z telefonem, do kuchni… – oprowadzam słuchaczy tonem przewodnika
– Nie, nie – wchodzi mi w słowo Pierworodna moja – Źle mówisz. Łazienka jest gdzie indziej, ona sąsiaduje z pokojem zielonym.
– Ale pokój zielony jest na lewo, a łazienka musi mieć wspólną ścianę z kuchnią, bo jak ktoś się kąpał, to wszyscy przy stole słyszeli.
– Wy nic nie pamiętacie – dodaje swoje trzy grosze Hania – Pokój zielony jest z tej samej strony co kuchnia, bo z kuchni można było podglądać kto wchodzi przez balkon.

Lalcia leży obok nas na wielkim łożu i usiłuje sobie zwizualizować nasze mętne opowieści.
– Nie, nie wytrzymam – wykrzykuje w końcu i wyskakuje spod kołdry – Ja muszę to narysować.
Bierze kartkę z drukarki i rysuje plan mieszkania.

– Ja narysuję – idzie w ślad za nią Hania – bo ty nie czytałaś, to nie wiesz.
I wyjmuje drugą kartkę. Obie kładą się na podłodze w dwóch różnych kątach sypialni i rysują zamaszyście.
Dwa różne plany:)

Mężulek stoi zdezorientowany nad tym babskim targowiskiem. W końcu mówi:
– Jak się zawezmę i TO przeczytam, to wam narysuję, jak to być powinno.
O tak!!! Mężulek jest mistrzem rysowania planów, rzutów, schematów i wykresów wszelakich. Mózg ścisłowca i analityka.

Ale przecież żadna z nas – wyposażona w mózg humanistyczny – nie wierzy w te pogróżki. Bo który mężczyzna byłyby w stanie przeczytać 22 tomy Jeżycjady? 🙂
Plus przydatki:)
Na Jowisza, żaden!!!

No, chyba że Czesław Miłosz. Ale to wyjątek potwierdzający regułę:)

* * *

I kiedy moje gdaczące kurki rozchodzą się w końcu do łóżek, nie syte gadania o Borejkach i spierania się, gdzie była łazienka, myślę tuż przed snem:
– Jak to cudnie być matką trzech córek. Mieć z nimi wspólne książki i pasje. Widzieć, że ani jedne ani drugie nie kurzą się na półce wspomnień.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 11 komentarzy

wieczorne śledzenie w beczce

Wieczorna godzina zwierzeń w przepastnym łóżku rodziców, pod słońcem lampy w abażurze z koronki.
Wszyscy układają się jak śledzie w beczce. Niektórzy – z braku miejsca – w pozycji półwiszącej. Jedni w pidżamach, z ciepłymi termoforkami ( ja i Lalcia), inni – świeżo powróceni na rodziny łono, z wieczornego spaceru, z mgiełką deszczu we włosach( Ala).

Dziś wywód zaczyna Lalcia.
– Lubię kiedy mama opowiada bajki albo jakieś historie – wyznaje rozmarzonym tonem – bo wtedy zaczyna mi się tak kręcić w głowie – tu dziewczę robi znaczący młynek palcem przy czole – a potem już wszystko widzę o czym opowiada.
🙂
Rodzeństwo w jednym momencie prycha śmiechem.
No, nic dziwnego – brzmi to trochę jak wyznanie narkomana:)
Potem na stół rodzinnych pogawędek wjeżdzają inne tematy przyprawiające o zawrót głowy: o jakimś tajemniczym Kubie, któremu średnia córka nie odpowiada; o studiach Ali, które będą on line aż do lutego; o planach syna, który lada dzień dostanie prawo jazdy i nie zawaha się z niego skorzystać; o tym skąd wziąć tyle krzeseł na Komunię Lali,
o nowej Chince, która oprócz odkurzania będzie też mopować podłogi, o naszej hodowli kotów, która znowu powiększyła się o cztery sztuki…

Gdy zawrót głowy robi się już łudząco podobny do wrażenia pędzącej karuzeli, ogłaszamy z mężulkiem odwrót wojsk. Maruderzy oczywiście zawsze nieco marudzą. Koronnym argumentem w dyskusji pt.” iść spać czy nie iść spać” jest łaskotanie. Tata w tej dziedzinie jest szermierzem doskonałym i w dwie minuty potrafi pokonać przeważające siły wroga.
I ostatecznie, po pisku łaskotanych, słychać tupot małych i dużych stóp wbiegających na poddasze.
Wojsko odmaszerowało.

Teraz już wystarczy odczekać parę chwil nim przestanie kręcić się w głowie:)
I…
… dzień można uznać za zakończony.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

zażyłość

Późnomajowe późne popołudnie.

Siedzimy wszyscy wokół naszego olbrzymiego stołu kuchennego. My – trzy siostry rodzone: Rut, Lena i Kora i mój mąż. Dookoła nas jak satelity krążą młodsze dzieci. Kora co prawda ich nie ma, ale my dwie z powodzeniem nadrabiamy ilością naszego potomstwa. Starsze dzieci, dorosłe siedzą z nami przywilejem starszeństwa. I są dokładnie tak samo niepoważne jak my. Nad dębowym blatem stołu raz po raz wybucha śmiech różnobarwny, głosy mieszają się jasnymi smugami, śmigają uśmiechy jak jaskółki, żarty i gagi słowne przemykają od jednej osoby do drugiej.

Omawiany z wrodzonym nam poczuciem humoru wydarzenia bieżące i wyimaginowane. Trochę się tego nazbierało – sprawek nieomówionych na skutek izolacji. Nawet dolegliwości, które mi ostatnio uporczywie towarzyszą potraktowane odpowiednią dozą ironii, stają się strawniejsze i szybko usuwają się na drugi plan.
Bo oto na stół, wraz z dwoma tabliczkami czekolady, herbatą i starym albumem na zdjęcia, wjeżdża lokomotywa ze wspomnieniami z dzieciństwa.

Historyjek jest miliony, a każda zapamiętana w trzech odmiennych wersjach. Każda z sióstr coś dorzuca do wątku i przekonuje zebranych, że jej wspomnienie jest najbardziej prawdziwe.
Więc jest – bo musi być koniecznie- historyjka o Maxie i jajkach na twardo, o nocnym polowaniu na komary w baraku na wakacjach u dziadków, o niedopinającym się na brzuchu małej pucułowatej wtedy Kory sweterku, o kulisach zrobienia najśmieszniejszego zdjęcia rodzinnego z okazji Komunii Leny, o wakacyjnej akcji wykradania wody ze studni, gdy nasza babcia stwierdziła, że codzienne mycie się to przesada…
Potem tropimy na swoich twarzach rodzinne podobieństwa i stałe miny w repertuarze grymasów. Wykrzywiamy się i robimy podkówki z ust, które dostałyśmy w spadku po Babci Niebieskiej.
Za chwilę – jakby zwabiona jakąś magiczną siłą, dzwoni z drugiego krańca Polski Amelia. Biegam po całym domu szukając zasięgu, a moje siostry zrywają boki.
Za chwilę dzwoni Max ornitolog z trzeciego końca. Kora więc nie omieszka opowiedzieć jak ostatnio ona i Leon tak plumkali mu na Messengerze, że się wściekł. Bo właśnie był w tzw. „krzakach” ( główne miejsce bytowania Maxa:) i wabił ptaki, puszczając im głosy z głośnika. A rozgłośne plumkanie rodzeństwa sprawiło, że łowy się nie udały:)

Bujny gąszcz śmiechu i głosów bujnieje z każdą chwilą jak dżungla po deszczu. A deszcz jak na zamówienie raz po raz szemrze za oknem, nic zupełnie nie robiąc sobie z tego, że słońce świeci, a dzieciarnia młodsza poszła na spacer do lasu i na pola.
– Będzie tęcza!!! – krzyczy Kora – Musi być.
– Ona tu zawsze się chowa za lasem – studzę jej zapędy, bo właśnie się zrywa do robienia zdjęć.
– O, maznęłam – przyznaje się z rozpędu. Bawiła się długopisem i na obrusie w kwiatki została czarna kreska.
– Ożesz ty!!! – wykrzykuję w udawanym gniewie – Mój piękny obrus!!!
– No co? To wygląda jak łodyżka kwiatka. Nikt nie pozna. – tłumaczy najmłodsza z sióstr.
– Ja ci dam łodyżkę!!! – sierdzę się dalej na niby.
– Ciekawe co się stało z tym, który zrobił tę dziurę ? – zastanawia się głośna Lena, wskazując palcem wypaloną w obrusie dziurę z naszytym na nią czerwonym kwiatkiem.

Wszyscy wybuchają śmiechem.
Śmiech odbija się od ścian, przemyka pod sufitem i spada prosto do kubków z herbatą, dosładzając ją lepiej niż cukier.
Nad nami, wokół nas i pomiędzy przepływają kolejne piosenki z lat młodości naszej mamy, które Kora wyszperuje z głębi YT.
Jaskółka, Biały krzyż, Kochać jak to łatwo powiedzieć, przeboje Sławy Przybylskiej, Czerwonych gitar, Niemena, Santor…
A całość spowija mruczenie Franka Sinatry, którego płytę Ala wrzuciła do wieży.
Dzieciarnia przybiega zdyszana i duszkiem wypija kompot, a potem przez chwilę zawisa nad stołem i stertką wytartych zdjęć sepi. Znają je na pamięć, ale co szkodzi zerknąć jeszcze raz:)

Rodzina.
Zwyczajna niezwyczajność.
Bywa, że w pierwszych dekadach życia wyrywasz się z niej i uciekasz jak opatrzony, próbując zerwać nitki, które bolały zbyt mocno i zdawały się więzami.
Im starszy jesteś, tym bardziej rozumiesz, że nigdy nie udało ci się zerwać wszystkich nici, bo oplatają cię szczelniej niż myślisz, chronią jak kokon i dają ci życie, a to co miałeś za więzy, było więziami. I jest bezcenne.

Od jakiegoś czasu odkrywam wraz z moim licznym rodzeństwem jak jesteśmy zżyci i podobni do siebie, jakie bogactwa osiadły w nas ze spuścizny pokoleń i jak tym wszystkim możemy się dzielić. Każdy z nas jest pełen pasji i barw, jedyny w swoim rodzaju. Wiedziemy życia zgoła odmienne i tak się różnimy, że aż czasem zgrzyta, a jednocześnie – oddarci od reszty – nie możemy żyć pełnią.
Jak drzewa w lesie połączone podziemnymi arteriami grzybni, która daje im trwanie.

* * *

– Czy my jesteśmy naprawdę tak podobne? – pytam prawie retorycznie – Ludzie mówią, że spotykają mnie w mieście, a ja przecież prawie wogóle do miasta nie jeżdżę. – opowiadam – Kora!!! – wycelowuję palec w siostrę młodszą o 10 lat – To ty!!! Masz odpowiadać moim znajomym „Dzień dobry” , bo się na mnie pogniewają.
– Odpowiadam przecież, chociaż nie znam ludzi. – zarzeka się.
– Macie te same miny, gdy się zamyślicie – mówi mój mąż.
– Gdyby Kora się zamyślała, miałaby zmarszczki na czole jak ja, a nie ma. – perroruję.

I tak dalej… i tak dalej…
Rozmowa szeleści, czajnik podskakuje na
kuchence, drobny deszcz puka w okno pełne zieleni…

Późnomajowe późne popołudnie mojego życia.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 6 komentarzy

znaczek #12

* * *

* * *

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz