pełnia

 

Pełnia księżyca. I trzecia z kolei bezsenna noc. Wujek i siostra lunatykowali, ty tylko nie możesz zasnąć;)

Przy okazji zamartwiasz się o cały świat. No bo kto się ma zamartwiać? Pan Bóg:)

Walczysz o każdą kroplę snu, aż o czwartej nad ranem w końcu się poddajesz.

Słońce przesiewa się już przez lniane zasłony i słyszysz poranną piosenkę ptaków. Wstajesz, naciągasz sweter, robisz kawę, siadasz przy uchylonych na tarasik drzwiach. Karmisz kota i zasłuchujesz się w potrójną piosenkę dudka.

Tak, jest prawdziwy:) A jako dziecko myślałaś, że to ptak z bajki. Teraz już wiesz, że on istnieje. Uśmiechasz się do tego wspomnienia i zaraz przychodzi myśl: jak po takiej nocy, przetrwasz ten dłuuugi dzień.

A potem przychodzi myśl inna: „Skoro On daje bezsenne noce, da też łaskę przejścia dnia”. I uspokajasz się.

Kawa stygnie w kubku. Smuga światła przecina trawnik.

Po niej przechodzisz.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

dżungla

 

Życie jest bujne jak pnącze na wiosnę. Jak nasz winobluszcz pięciolistkowy lub wisteria, które oplatają coraz bardziej nasze patio zieloną koroną liści. Gdyby ich nie okiełznać, nie próbować odpowiednio pokierować, tu i tam przyciąć, mieszkalibyśmy już zapewne w dżungli i mielibyśmy problem ze znalezieniem drzwi wejściowych do domu.

Ostatnio tak – nie mogąc już sobie poradzić z wisterią oplątującą wszystko – przerzuciłam jej gruby sznur na balkon i pozwoliłam po nim zaplatać się na górę. Skorzystała skwapliwie:)

Ale mój mąż był nieco mniej zadowolony ( kiedy już sznur zauważył, czyli po jakichś trzech dniach;)

– Nie będę mieszkał w buszu – odezwał się srogo.

– A to teraz jest już jakby za późno na takie deklaracje – odparłam z uśmiechem – Od lat żyjemy w buszu:)

 

I wisteria została. Wciąga się po sznurze zielonym mocnym uściskiem i zapewne jeszcze w tym sezonie oplecie nasz balkon.

Dżungla.

Od rana do późnego wieczoru śpiew ptaków i ich trajlowanie. Kolory wlewają się do domu przez olbrzymie okna, zaglądają doń kolejne rozkwitające krzewy i kwiaty w domiczkach. Fiołki wewnątrz domu też nie chcą być gorsze i jeden po drugim wypuszczają kwiatowe pączki.

Koty śpią na nowych kanapach, gdyż – mimo naszych protestów i tłumaczeń – uznały, że są to meble zrobione i ustawione specjalnie do ich dyspozycji. Dobrze, że przezornie kupiłam poduchy w kolorze ich sierści i nie widać tak puchu, który w dużych ilościach wychodzi z naszych futrzaków:) Są zupelnie jak dmuchawce – pylą i pylą aż do samej zimy:)

Ale gdybyż ta bujność życia ograniczała się tylko do tego, co już opisałam.

Nie ogranicza się zaiste.

Nasze ludzkie sprawy są równie bujne, puszące, oplatające wszystko, kwitnące i angażujące 24 godziny na dobę. Z tego wszystkiego trudno mi zasnąć wieczorem, bo tyle się kotłuje w głowie.

Ale o tym napiszę może innym razem, bo na razie brak mi słów. Bo łatwiej jest opisać bujne życie wisterii czy panoszące się istnienie kotów niż to, czym jest nasze życie.

Więc może innym razem:) Jak już znajdę czas i słowa do tego potrzebne.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 8 komentarzy

detale

 

Lubię takie detale, drobiazgi położone gdzie niebądź, zatrzymujące wzrok, nieoczywiste, przenoszące w oka mgnieniu gdzieś indziej.

Kłujący owocnik jadalnego kasztana, znaleziony – nie wiedzieć czemu – na spacerze w lesie. Gdzie u nas jadalne kasztany? I skąd się wziął na ścieżce w naszym lesie? Zagadka nierozwikłana. Bo nie wszystko trzeba rozwikłać.

Trzy szyszki żeńskie zerwane z sosny w sadzie, gdy na początku maja oglądałam gałązki, by zrobić syrop na kaszel. Niestety było już zbyt późno – kwiaty męskie pyliły.

Kłębek sznurka. Uwielbiam sznurki. Lubię je mieć. Różne. Przydają się tak często i na tak wiele sposobów, że dom bez zapasu sznurka nie jest do końca wyposażony;)

I wszystko to na małym stoliku, obok bukietu z polnych kwiatów.

Drobiazgi.

Bóg też je kocha. Dlatego tak nas umiłował.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

serce w nodze

 

Od gór wolę niziny, zamiast szczytów – kwietne łąki i falujące pola, ale tym razem góry mnie zachwyciły.

Może dlatego, że Błędne Skały i Skalne Miasto mają w sobie tyle tajemnic, uroczych zakątków, niespodziewanych dróg. Mają w sobie i nagość skał i bujność zieleni, i bezbrzeżny błękit nieba i małe oczka jeziorek. Jest w nich majestat i wielkość, a jednocześnie przytulność dająca ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. Wędrowanie tam przyniosło mi o wiele więcej radości niż rozległe widoki ze szczytu Śnieżki.

Pewnie dlatego wciąż jeszcze śnią mi się te obrazki. Nieprawdopodobne formacje skał, ciasne tuneliki między nimi, wąska ścieżka pod nogami, paprocie i jagodzińce w najbardziej niespodziewanych miejscach, strumyczek nie odstępujący od nogi jak wierny pies.

Moja wyobraźnia została nasycona i napojona o brzegi. A mimo to wracałam do domu z niedosytem, pragnąca jeszcze więcej.

Może więc czas… Może w tym roku…

Zobaczymy:)

* * *

Nawet nasi uczniowie, wciąż utyskujący, że to za wysoko, za daleko, za trudno nie zmniejszyli mojej radości z przebywania tam.

I moje ulubione pytanie: „Po co tam idziemy?”:) Nawet nie policzę ile razy je słyszeliśmy:)

– Damy radę – powtarzałam zasapana, gdy raz po raz zatrzymywali się na szlaku, mówiąc, że już nie pójdą ani kroku dalej – Damy radę, parę oddechów, odpoczniemy i ruszamy – mówiłam.

I ruszaliśmy znowu.

– Skąd wiesz, że nie dasz rady tam wejść? – pytałam w drodze na Śnieżkę – Próbowałeś?

– Nie.

– No to spróbuj. Dowiemy się na szczycie. Tak naprawdę nie wiemy na ile nas stać, dopóki tego nie sprawdzimy. – tłumaczyłam. I szliśmy dalej.

I weszliśmy. Zmęczeni, bo pokonaliśmy własną słabość, własny rwący się oddech, drżenie mięśni, pot na czole. A potem wszyscy dzwonili ze szczytu do swoich rodziców z nowiną, że udało się!!! weszli!!!

– Proszę pani, bije mi serce w nodze! – zdziwiła się Amelka.

– Pierwszy raz to czujesz? – śmiałam się.

– Tak.

Może warto było właśnie dlatego. By po raz pierwszy serce zaczęło bić w nodze;)

Na tym też polega wychowanie: pokazać człowiekowi jak jest silny i choć mały, jak na wiele go stać.

I że największe z naszych zwycięstw to pokonać siebie.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

# znaczek 185

*  *  *

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

leginsy

 

Po ciężkim dniu wycieczkowym układamy się już powoli z moją koleżanką Renatką do snu, gdy nagle nad naszymi głowami rozbrzmiewa dziewczęcy chórek, wyraźnie i zapałem coś recytujący. Ściany i sufity na naszej kwaterze są prawdopodobnie wykonane z tektury lub czegoś podobnego, bo gdy ktoś puknie w ścianę na drugim krańcu budynku ( chłopcy podrywający w ten jakże subtelny sposób dziewczynki:), my słyszymy to w naszym pokoju z takim wzmocnieniem, jakby ktoś przeprowadzał remont przy użyciu młotka. Dodam, że o 23 w nocy;) I dodam, że tegoż remontu nie pozwoliłam chłopcom dokończyć:)

 

Teraz przez nasz sufit sączą się dyszkanciki dziewczęce, a swój występ kończą frazą:

– „…ale wspomagaj nas w naszych troskach i kłopotach. W imię Ojca i Syna i Ducha świętego. Amen”

Zaczynamy się obie śmiać z Renią, pokazując palcem na sufit.

– Idę, zapytam czy to one – postanawiam i biegnę po schodach na górę.

– Tak, proszę pani – przyznają się od razu cztery dziewczynki.

– Bo pani nam opowiadała, że święty Antoni pomaga znaleźć zgubione rzeczy – tłumaczy Daria – a Wiktoria zgubiła czarne leginsy.

– Tak – dodaje Amelcia – a my już wszystko przeszukałyśmy i nic. I wtedy przypomniałyśmy sobie co pani mówiła.

– A wy znacie na pamięć modlitwę do św. Antoniego? – pytam jeszcze zdziwiona.

– Znalazlyśmy w intenecie i razem odmówiłyśmy – śmieją się dziewczynki.

– A, to jak tak, to możecie być spokojne – stwierdzam – leginsy na pewno się znajdą.

– No nie wiem – powątpiewa Amelka – my już naprawdę wszystko przeszukałyśmy kilka razy, i pod łóżkami, i w szafie, w łazience…

– Możecie już przestać szukać – przerywam jej – Antoni już sobie teraz sam poradzi.

 

I jak myślicie? Poradził sobie?

Leginsy znalazły się same, już w innym hotelu. W walizce Darii:)

 

Niezrównany święty Antoni😇

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

życie jabłoni

 

Przekwitły tulipany, szafirki i narcyzy, kwitną jeszcze bzy, judaszowiec, bratki we wszystkich doniczkach, stokrotki na trawie jak słoneczka.

I nasz co rok chorujący kasztanowiec. Żyje ze swoją dolegliwością i dzielnie zakwita co roku i co rok jesienią przynosi parę garści kasztanów. Jest w tym uroczy i jest dla mnie kolejną lekcją z lekcjonarza życia, tą pod tytułem: „Można być ciężko chorym i przynosić obfity owoc.”

I jeszcze nasze stare jabłonie, niektóre rozpłatane na pół, ze śmiertelnymi ranami nie do uleczenia, kwitną regularnie i obdarowują nas co drugi rok mnóstwem jabłek.

„Nawet będąc śmiertelnie rannym, można kwitnąć i przynosić owoc”. – szepczą, gdy spaceruję w sadzie.

Tamaryszek powoli zmienia się różową chmurkę, azalie obnażają swoje wdzięki, czosnki ozdobne chwieją się fioletowymi pomponami, winobluszcz zielonymi ramionami oplata nasze patio, krzewuszka czeka jeszcze w różowych pąkach, a kalina tworzy już białe rozetki.

I- jak zwykle o tej porze roku – czekamy z nadzieją, że któraś z naszych paulowni zakwitnie choć jedną liliową trąbką. I zakwita. Ma ich aż cztery. Cieszymy się jak dzieci, z głowami zadartymi do góry:)

Jedno następuje po drugim. Gdy coś przekwita, w jego miejsce pojawia się inne, kolory mienią się co dzień inne, życie nie zamiera, lecz płynnie się zmienia. Co dzień inne, lecz równie piękne.

Tak samo my.

Powoli przekwitamy, a na naszym miejscu pojawiają się piękne odrosty z naszych korzeni – młode, świeże krzewy obsypane kwieciem.

Życie naszych dzieci z roku na rok bujnieje, są już zupełnie samodzielnymi bytami, niezależnymi od nas, wyrosłymi z nas, lecz nie będący naszą częścią. Nie muszą już pić naszych soków, wytworzyły własny krwioobieg, są już w innym ekosystemie. Miło na to spojrzeć jak sobie radzą z życiem, jak się zmagają, dokonują wyborów, jak rosną, mężnieją i zwyciężają.

A my jak te stare jabłonie. Jeszcze kwitniemy, ale coraz bardziej krusi. Nie wiemy czy następna burza nie będzie naszą ostatnią i ile wiosen jeszcze nam zostało.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

w przeddzień

 

Nusia wraca do domu po dwóch dniach nieobecności. Została zaproszona przez koleżankę na ognisko, ale pomyliła dni i pojechała dzień wcześniej, z czego obie skwapliwie skorzystały uznając, że spędzenie dwóch dni razem jest zdecydowanie lepsze niż dnia jednego.

Dodam, że obie od wtorku piszą matury.

Kasztany kwitną już na potęgę:)

Więc tata odbiera Nusię po tych dwóch dniach i wiezie do domu, a w aucie gawędzą sobie.

Córka opowiada w jak ciężkim stresie są jej koleżanki z klasy. Oczywiście z powodu egzaminu dojrzałości.

– Co chcesz – wtrąca rodziciel – To byłoby nienormalne, jakby się ktoś nie stresował wogóle.

– Dzięki – odpowiada nieco urażona Hania.

No i taka jest właśnie prawda o naszej średniej córce.

Typ wyjątkowo odporny na nerwy:)

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 9 komentarzy

Ewangelia dnia

 

Msza w małym kościółku.

Siadamy na ławeczce na dworze. Jest pięknie. Przed nami rozległy trawnik, a za murem widok na stary park. Śpiewają ptaki, brzęczą pszczoły jak złote dzwoneczki, raz po raz świdruje przy uchu komar. Patrzymy na bawiące się na trawce małe dzieci.

Oto chłopczyk prostuje dmuchawiec. Najpierw go podeptał, a teraz biorąc za główkę, ustawia do pionu, dmuchawiec zaś wdzięcznym mdlejącym ruchem ponownie opada. I tak po wielokroć. Ku rozpaczy malca.

Trudno było wytrzymać, by się nie śmiać, choć akurat trwała msza święta.

Czasem Bóg nam podsuwa inną Ewangelię niż ta, która akurat jest w czytaniach z dnia. Też trzeba jej wysłuchać, ujrzeć, pomedytować nad nią chwilę.

Nad tym jak czasem frywolnie podepczemy coś ważnego, a potem dziwimy się jak to było kruche i że ciężko lub niemożliwe jest to naprawić.

Są rzeczy tak koronkowe i misterne jak dmuchawiec na łące. Może to być nasze zdrowie, nasze małżeństwo, zaufanie drugiej osoby, podeptana wiara, której uczyli nas nasi rodzice. Możemy tak zdeptać całe lata naszego życia, a potem dziwić się i smucić, że zostawiliśmy za sobą tylko ruinę i klepisko.

Ale… jest coś, co nas odróżnia od chłopczyka z dmuchawcem.

Bo nasze wspomożenie w imieniu Pana.

On, nawet największej kalece i najbardziej okaleczonej sytuacji przyjdzie na pomoc, jeśli tylko zawołamy. A dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych.

Pan Zastępów, który grzmi w wodospadach, lśni w kroplach rosy nad ranem, który tęczę jak łuk rozpina, mieszka na niedostępnych szczytach i zna najodleglejsze głębiny oceanów… Co dla Niego jest zbyt trudne? co dla Niego nieosiągalne? jakie zgliszcza zbyt spalone? jaka pustynia zbyt wyschnięta? jaka rana nieuleczalna? jaka pułapka bez wyjścia?

Wołaj więc, a przyjdzie!!!

Podźwignie ciebie i wszystkie kruche dmuchawce, które głupio zdeptałeś.

Taką Ewangelię wczoraj przeczytałam i taką homilię usłyszałam:)

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

trucizna

 

Taką opowieść z życia świętego Antoniego usłyszeliśmy kiedyś w Radecznicy.

Historia ta opowiada o tym jak niemalże zostal otruty.

Nawołując bowiem gorliwie do nawrócenia i piętnując grzeszne życie, naraził się pewnemu możnemu i proporcjonalnie do majętności niegodziwemu człowiekowi. Ten tak go znienawidził, że pewnego dnia urządziwszy przyjęcie, zaprosił nań świętego i kazał postawić przed nim talerz z zatrutą zupą.

Myślał, że w ten sposób za jednym zamachem pozbędzie się i wroga i wyrzutów sumienia, jakie w jego sercu wzbudzały kazania Antoniego.

Antoni jednak, zanim sięgnął łyżką po strawę, wstał i powiedział:

– Duch święty objawił mi, że kazałeś dodać do mojego talerza trucizny, ale teraz na twoich oczach zjem to, a Bóg wybawi mnie od śmierci.

Po czym krótko pobłogosławił stół i jedzenie i zaczął jeść.

Oczywiście eksperyment zakończył się szczęśliwie dla obu, gdyż Antoni w dobrym zdrowiu żył jeszcze wiele lat, a nikczemnik, który chciał go otruć, nawrócił się.

* * *

Podczas pandemii mój lekarz, który uważał, że covid jest wymyślony, chorzy udają chorych, umierający- umierają na niby, a szczepionka to trucizna, ostrzegał mnie, że jeśli się zaszczepię, umrę w 2024 roku, bo to jest już ukartowane.

– Umrze pani – straszył mnie.

– Liczę się z tym panie doktorze – odpowiadałam spokojnie, bo przecież każdy z nas umrze.

Zostałam zwyzywana przez niego od wariatek, a gdy zachorowałam na covid – wyśmiał mnie, że udaję i powiedział, że moje objawy to tylko wpływ pogody.

Podobnych ludzi spotkałam wielu. Może działali w dobrej wierze, lecz siali zamęt i panikę.

A ja musiałam się zaszczepić, ufając, że preperat – choć może nie do końca sprawdzony i nie do końca przebadany – nie uczyni mi krzywdy.

Musieliśmy się zaszczepić i ja i mój mąż, który w tym czasie miał być poddany kolejnej ciężkiej operacji związanej z nowotworem, i nasza najstasza córka, która pracowała wówczas w szpitalu.

Przypominałam sobie wtedy tę historię o Antonim i tak jak on polecałam siebie i moich bliskich Bogu.

” a jeśli by co zatrutego zjedli, nie będzie im szkodzić” – powiedział kiedyś sam Jezus.

Zaszczepiłam się dwukrotnie, też w dobrej wierze i pokładając ufność w tych słowach.

* * *

Ten lekarz zmarł nagle na początku tego roku.

Był mniej więcej w moim wieku, więc było to zaskoczeniem dla wszystkich.

Ja wciąż żyję.

Rok 2024 jeszcze się nie skończył, więc wszystko się jeszcze może zdarzyć. Ale póki co, żyję i dobrze się miewam:)

Jak Antoni po zatrutej zupie.

Bo, gdy nie mamy wystarczającej wiedzy ani doświadczenia, gdy nasz rozum zawodzi i jesteśmy w przysłowiowej kropce, nasz ratunek jest w imieniu Pana i w ufności w Nim pokładanej.

 

Ps. Codziennie modlę się o wieczny odpoczynek dla mojego byłego lekarza. Był dziwnym człowiekiem, mieszanką dobroci i jakiegoś szaleństwa. Nie było w nim pokoju. Jeśli będziecie pamiętali, to i Was proszę o modlitwę🙏

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze