blond wariatki

 

Siedzimy w pokoju nauczycielskim i z przejęciem o czymś rozmawiamy. Ja, Bella, Inka, Gosia. Cztery blondynki. Oczy nam płoną, gestykulujemy żywo, uśmiechnięte od ucha do ucha.

Wbiega do pokoju Ewa i od progu woła:

– Rut, słyszałam!!!  Jestem z wami!

– Wiedziałam, że ty na pewno do nas dołączysz – śmieję się.

– Jejku, jak się cieszę, że mnie przyjęłyście – ekscytuje się Ewa, prawie tańcząc na środku pokoju . Też blondynka:)

 

Nasza rozmowa i radosne piski musiały zainteresować resztę towarzystwa. Cóż to za przedsięwzięcie, które wywołuje taką radość?

– A o co chodzi? Co planujecie? – pyta zafrapowana koleżanka.

– Krąg kapliczki szensztackiej – odpowiadam z uśmiechem.

– Aaa, kapliczka – koleżanka jest nieco rozczarowana.

 

A ktoś mogłyby pomyślaleć, że zbieramy ekipę na wyjazd na Bali albo organizujemy huczną imprezkę 🙂

A tu zwykła kapliczka maryjna, którą będziemy sobie przekazywały z domu do domu.

Pięć blond wariatek:)

Wiecie, ale nie dziwię się takim reakcjom. Widać nie nie nadszedł czas w życiu danego człowieka. Doskonale to rozumiem.

Ja też dziesięć lat temu zachowałabym się podobnie. Może nawet popukała w czoło. A teraz nie wyobrażam sobie życia bez Maryi i różańca.

Ona jest bardzo cierpliwą Matką i umie poczekać na każde, nawet najbardziej uparte dziecko.

A ja byłam kiedyś pod tym względem wyjątkowo upartym osiołkiem:)

Skoro znalazła drogę do mnie, znajdzie drogę do każdego. O to jestem spokojna 🌸

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

jeśli chcesz…

 

Choroba nie odpuszcza. Jestem już bardzo zmęczona.

Znowu spróbuję wrócić do pracy w poniedziałek, ale nie wiem jak to się skończy.

Modlę się, proszę dusze czyśćcowe o pomoc, wzięłam kropelkę wody z Lourdes, zastanawiam się czy nie wezwać Ksawerego żeby mnie namaścił, próbuję eksperymentalnych metod leczenia, a jednocześnie … ofiarowuję ten cały trudny czas za coraz słabszego Roberta, za dusze, za moją ukochaną ojczyznę, jako ofiarę przebłagalną za pokój na świecie i opamiętanie ludzkości.

Nic nie jest bez sensu, każdy trud i ból ma swoją cenę i wartość.

– Czy byłabyś gotowa na śmierć? – pyta mnie pewnego ranka mąż.

– Tak – odpowiadam bez namysłu – Co wieczór, zanim zasnę, mówię Jezusowi: ” jeśli chcesz, możesz mnie zabrać”.

– I zostawiłabyś mnie? – pyta strapiony.

– Ale dodaję też ” jeśli jednak jestem potrzebna Michałowi i dzieciom, daj mi życie”.

Uśmiecha się.

Tak, właśnie tak rozmawiamy. Jak dobrze mieć obok siebie towarzysza, z którym możesz porozmawiać o życiu i śmierci, o Bogu, o lęku i nadziei…

* * *

Ta niemoc, jak każda inna przedtem, stawia mnie wobec innych przestrzeni myślenia, sprowadza coraz głębiej. To naprawdę rekolekcje.

Gdzieś głęboko w sercu raz po raz odzywa się naglący głos:

” Przestań żyć byle jak. TO jest już blisko”

Wezwanie dla mnie, wezwanie dla całego świata.

Nie wiem czym jest TO. I nie pytam.

Zapalam świecę paschalną podarowaną nam przez Ksawerego. Jest sprzed dwóch lat i leżała kurząc się na strychu kościoła. Teraz płonie jasnym, tańczącym płomieniem na komodzie w naszym salonie. Czasem wiele godzin.

Przed nią odmawiam różaniec, czytam Pismo święte, rozmawiam z Nim. Jego słowa są jak lampa, która rozświetla ciemności. Wszystko się we mnie uspokaja, usypiają burze kołysane Jego głosem.

Jeśli zechcesz, możesz…

* * *

Przyjeżdża Bella, przywozi mi sześć bratków do posadzenia w donicach. Jest smutna, trzy godziny wcześniej w sądzie zakończono oficjalnie jej 20- letnie małżeństwo. Kolejna taka osoba w moim życiu.

– Bóg się tym zajmie – mówię jej – Jeszcze się wszystko wyprostuje w twoim życiu.

– Wiem – mówi cicho.

Wspomina, że zbierają krąg do kapliczki szensztackiej. Potrzeba 10 rodzin, na razie mają pięć.

– Miałam go założyć u nas w szkole, ale jakoś nie miałam siły – mówię – Dobrze, że ktoś inny się tym zajął.

Gdy Bella odjeżdża, nagle wraca jak bumerang ta rozmowa i myśl jest tak nagląca, że…

– Jeśli macie jeszcze miejsca, dołączymy do was – piszę sms.

Przecież wyraźnie byłam prowadzona w tym kierunku. To nie przypadek, że wezwanie się powtórzyło. Maryja, gdy kogoś prowadzi, robi to z wielką cierpliwością i konsekwencją. Tyle razy już tego doświadczyłam. Woła i woła, szepcze delikatnie aż powiesz „tak”.

Ona jest nie tylko Nieustającą Pomocą, ale też Nieustającym Przyciąganiem.

– Jesteś w naszym kręgu:) – Bella wysyła po chwili wiadomość.

 

Dzieją się wokół mnie takie dobre, piękne rzeczy. Ta moja niemoc też do nich należy. Jest trudna, ale tyle w niej darów ukrytych.

Jeśli się nieuważnie spojrzy, widać tylko straszną ulewę i grzmoty, ale wystarczy poczekać i… ziemia nasiąka wodą, śmieją się wypełnione strumienie, powietrze robi się przejrzyste jak kryształ i wszystko zielenieje i rośnie.

Przemierzam drogę od krzyża do Wielkiej Nocy.

Jeszcze raz i jeszcze. Aż nauczę się ufać.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 8 komentarzy

syn

 

– Ostatnio tak się nudziłem… – opowiada syn po skończonej sesji zimowej.

– Ale przecież się stresowałeś. Nie można się jednocześnie stresować i nudzić – przerywam.

– Można:) – bez cergieli rzecze on.

 

No popatrzcie, a ja mam zgoła inne doświadczenia;)

 

* * *

Niedługo kończy 22 lata. Chcę mu zrobić niespodziankę, więc wertuję setki albumów fotograficznych na dysku, wybieram zdjęcia, na których jest: mały, śmieszny, figlarny, zadumany, z długimi włosami i zgolony na zero, śpiący, zdenerwowany, zajęty, jedzący kiełbaskę, w peruce, na rowerze, na gałęzi drzewa, z piłką, latarką, kijem, w wodzie, na łące, w aucie, niesie kota, tuli psa, ściska siostry, mniejszy od taty, a zaraz potem jak dąb górujący nad nim, dumny na motorze, na traktorze…

Zrobię mu album z tych ścineczków czasu, jak kolorowy patchwork.

Patrzę i patrzę na te zdjęcia, a serce jakby było z wosku i postawione blisko ognia popłynęło ciepłą strużką.

Ach, co za zaszczyt być matką takiego kogoś, takich wszystkich czterech ktosiów podarowanych mi nie wiedzieć za jakie zasługi.

– Wiesz – mówię do męża, gdy przysiada na chwilę w biegu, by ze mną pooglądać choć parę zdjęć – czasem żałuję, że nie mamy więcej dzieci.

Uśmiecha się.

Tak, przecież wiem. Obiektywnie: moje wszystkie poplątane ciąże, a potem jego choroba nowotworowa. Ale może trzeba było jednak skoczyć na główkę z tej wysokości i zaufać, że jednak pośle aniołów:)

Jestem taka szczęśliwa, że jestem matką. Jestem taka szczęśliwa, że mam dzieci. I to „aż tyle” – jak mówią niektórzy.

Kiedyś jedna z moich młodszych koleżanek powiedziała, że nie chce mieć dzieci, bo każde dziecko postarza kobietę o dziesięć lat. Popatrzylam na nią mrużąc oczy i spytałam:

– Wyglądam na 80 lat?

– No nie – zdumiała się.

– Bo mam czworo dzieci i 40 lat – zaśmiałam. się.

– No, ale ty to ty. – padł koronny argument😁

Uwielbiam tego typu dowodzenie. Dlaczego jestem szczupła chociaż jem? Bo ja to ja. Dlaczego nie narzekam na swoje dzieci? Bo ja to ja. Dlaczego jestem szczęśliwa, choć nie jestem bogata? Bo ja to ja. Dlaczego się uśmiecham, choć przeszłam tyle trudnych chwil? Bo ja to ja. Dlaczego nie kłócę się z mężem? Bo ja to ja. Dlaczego nie straciłam wiary, choć spotkałam różnych ludzi w Kościele? Bo ja to ja.

Wychodzi na to, że miałam olbrzymie szczęście rodząc się jako ja:)

Ale – zapewniam Was – jeszcze większe rodząc moje dzieci.

 

 

* * *

– Jaki mu zrobić tort? Musicie wymyśleć – zlecam Nusi.

– Malinowa chmurka – od razu wykrzykuje ona – Przecież wiesz, że on ją uwielbia.

No tak.

To jego ulubione ciasto. Trzeba kupić mrożone maliny.

I album na zdjęcia.

Wysyłam szybko sms ze zleceniem do najstarszej córki.

– Tylko jakiś chłopski album, nie w kwiatki – dodaję – Najlepiej z kątownikami i rdzą:)

– Pociągnie się smarem i będzie ok:) – odpisuje ona.

Czasem podziwiam jak on wytrzymuje z tyloma kobietami, wśród tych firaneczek, kwiatków, różu i sukienek:) Ale radzi sobie nieźle. Radzą sobie obaj:)

Czasem tylko przechodząc obok mojej draceny, ćwiczy na niej karate albo azaliom obtłucze kwiaty przy pomocy kija:)

– One od tego lepiej rosną – tłumaczy swoje wyczyny zdumionej żeńskiej publiczce;)

A ja?

Nawet nie wiesz synku jak ja urosłam dzięki temu, że jesteś🌸

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 7 komentarzy

wewnętrzne światło

 

Ja wciąż chora. Jednodniowy eksperyment z powrotem do pracy się nie powiódł i skończyło się powrotem choroby i utratą głosu.

Ale pomyślałam, że coś Wam napiszę. To wspomnienie sprzed dwóch tygodni. Rozmowa, która wciąż we mnie rozbrzmiewa, słowa, które ożywają jak dzwoneczki, gdy je delikatnie potrącić pamięcią.

Więc posłuchajcie…

*  *  *

– Tak bardzo kocham dusze czyśćcowe – mówi, a jej twarz jest pełna niezwykłego światła i zadumy.

– My też – odpowiadam z uśmiechem.

– Od kiedy Michał powiedział mi, że zawsze wsiadając do auta, modlicie się przed podróżą o ich opiekę, ja też tak robię. – wyznaje. – Teraz, gdy leciałyśmy samolotem, też pomodliłam się z dziewczynkami.

– Dusze czyśćcowe chrońcie nas i strzeżcie – recytuję.

– Tak, właśnie tak – potwierdza ona.

Inka jest piękną blondynką, troszkę młodszą ode mnie, ma dwie małe córeczki i męża, który ukrył przed ślubem, że jest narkomanem. Walczyła, ale po latach okazało się, że nic się nie zmienia, a prócz niej, cierpią też dzieci. Za parę dni sprawa rozwodowa. Inka bardzo chciała ze mną porozmawiać. Siedzimy obie nad małym białym stołem w jej mieszkaniu, córeczki poszły do babci, a my mamy dla siebie trochę czasu.

I o dziwo, bardzo mało rozmawiamy o jej mężu i bliskim rozwodzie. A bardzo dużo o Bogu, wierze, modlitwie, Matce najświętszej i Jej cudownym prowadzeniu. Inka opowiada mi o tym, o kolejnych wydarzeniach ostatnich miesięcy, o kolejnych krokach, o tym przyciąganiu.

Obu nam oczy płoną. Jestem jak zaczarowana, bo to, co opowiada Inka przypomina mi wszystko, co zdarzyło się w moim życiu dziesięć lat temu. Tak, to już dziesięć lat, jak nagle i niespodziewanie Maryja pociągnęła mnie ku sobie i rozkochała. To już dziesięć lat jak mnie prowadzi. Opowiadam o tym Ince.

I jeszcze dawniejsze dzieje – gdy Bóg przyciągnął mnie z olbrzymią siłą, gdy miałam zaledwie kilkanaście lat.

Opowiadamy sobie nawzajem, słuchamy siebie, śmiejemy się, rozrzewniamy nad herbatą i talerzykiem z ciasteczkami.

* * *

Jestem introwertykiem.

Pieska po długich ćwiczeniach można nauczyć tańczyć na dwóch nóżkach. Widziałam nawet takiego, którego nauczono malować obrazy. Tak i ja nauczyłam się rozmawiać o sprawach banalnych i powierzchownych, umiem wtopić się w ten świat, nie wychylać na co dzień, by nie zostać zranioną. Ale naprawdę żyję wtedy, gdy mogę czytać, słuchać, rozmawiać, pisać i myśleć o rzeczach wielkich i o głębokich tajemnicach. Wtedy wszystko we mnie ożywa, rozwija się, zazielenia, rozkwita. Płatki stulonego kwiatu rozchylają się i ukazują dno kielicha. W takich sytuacjach, w takich rozmowach. W ciszy i intymności.

Inka jest podobna, choć przyjęła inną taktykę. Na co dzień zdaje się być szorstka, zamknięta i twarda, jak w uszywnionym gorsecie, jak w zbroi.

– Rut, nie składaj mi życzeń – prosiła podczas łamania się opłatkiem w pracy – Ja wiem czego mi życzysz, ale nic nie mów, bo się rozpłaczę – mówiła, więc tylko przytuliłyśmy się mocno.

 

Teraz w jej oczach płoną łzy, a z jej ust wylewają się słowa gorące i rzewne.

Bo w środku jest zupełnie kimś innym. Zawsze to wiedziałam. Swój pozna swego:)

– Wiesz co zrobiły dla mnie dusze – jeszcze raz wraca do tematu – Tyle razy próbowałam rzucić palenie. I nigdy mi się nie udało, choć tak bardzo się starałam. I w końcu przeczytałam, że w trudnych sprawach trzeba prosić te dusze z czyśćca, które za życia miały podobne trudności. Więc pomodliłam się do dusz, które miały nałóg nikotynowy, prosiłam, by mi pomogły. I od następnego dnia już nigdy nie sięgnęłam po papierosa. To już cztery miesiące. Nie miałam ani razu głodu nikotynowego, nawet najmniejszej pokusy zapalenia. Jestem wolna.

 

Rozmawiamy tak jeszcze długo. Parę razy podnoszę się, by już wyjść i siadam spowrotem.

Obie oddychamy głęboko, jakbyśmy miały nie po dwa lecz po cztery płuca. Serca biją nam jakby w piersi był ich milion. A łzy lśnią na rzęsach jak krople rosy.

* * *

Nasze życie jest takie krótkie i takie ważne, a większość z nas przez jego większość żyje tak płytko, poświęcając czas i siły sprawom błahym i bezwartościowym, prowadząc nic nie znaczące dialogi i kręcąc się wkółko bez większego sensu.

Dlatego nie rośniemy i karlejemy jak rośliny bez wody.

Ach, zaczerpnąć czasem chaust światła w serce i żyć nim.

– Widzisz, ten rozwód – szepcze Inka – a ja jestem taka spokojna i nie boję się, bo wiem, że Ktoś mnie prowadzi, że nie jestem sama.

…i żyć dzięki niemu.

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

przyczyna zgonu:)

 

– Hania, to niegodziwe, że dałaś mi tę ksiązkę jak i tak mam katar i nie nadążam wyjmować chusteczek – upominam córkę znad dzieła pt.

” Między ustał a brzegiem pucharu”

*  *  *

– Ja nie mogę tego czytać!!! – krzyczę powstrzymując szloch – Odwodnię się!!!

Lecz córka tylko śmieje i pyta:

– Dlaczego płaczesz? Ja nie płakałam:)

 

Ot, dziecię bez serca wychowałam. Umierającą matkę do grobu takimi lekturami wpędza:)

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 8 komentarzy

nie brookliński most

 

Siedzę w łóżku. Już lepiej. Choroba się poddaje nieokiełzanym siłom drzemiącym w tak mikrym ludzkim organizmie. Jeszcze tym razem nie ona wygra. Jeszcze tym razem powstanę. Ile razy jeszcze się uda? – pytam za każdym razem rozłożona na łopatki jakąś słabością.

Teraz wirus zainteresował się bardziej łakomym kąskiem, czyli moim mężem:) Pokonać takie chuchro jak ja to żadne zwycięstwo, lecz pokonać takiego siłacza jak on, to prawdziwa gratka. I oto leży jak wielki dąb, powalony rosnącą gorączką.

Bardzo rzadko choruje. Ale tym razem nie dał rady. Co parę minut dzwonią klienci, a on zbolałym głosem odpowiada, że „później, bo nie ma siły nawet wstać”.

Ja piję kawę, która nie smakuje jak kawa i słucham płyty, którą włączyła Nusia. Stare Dobre Małżeństwo. Ach, jak ja ich kocham.

Właśnie leci piosenka ” Nie brookliński most”.

Uśmiecham się nad nią.

Pierwszy raz usłyszałam ją… Niech policzę.

To był chyba rok 1990, początek liceum. Mój kolega z klasy Grzesiek przyniósł przegrywaną dla mnie kasetę SDM i płytę winylową Jacka Kaczmarskiego. Siedzeliśmy w moim pokoju i słuchaliśmy. On, chłopak z gitarą i stary wyga poezji śpiewanej i ja – słuchająca jej po raz pierwszy w życiu. Zauroczona jakbym zobaczyła procesję aniołów zstępującą z nieba.

I nagle ta piosenka ” Nie brookliński most”, taki mocny dysonans, zgrzyt piłą po metalu wyrwała mnie z idyllycznego nastroju.

Nie rozumiałam jej i nie lubiłam. Przez wiele lat, przewijałam kasetę, gdy tylko zabrzmiały pierwsze jej akordy.

A teraz?

Uśmiecham się, dopijając swoją niesmakującą, gorzką kawę.

– Tak Rut – myślę do siebie – trzeba naprawdę dużo przejść żeby zrozumieć gorycz i to, że smutek i otarcie się o obłęd to nasz normalny ludzki los. Spróbowałaś tego wszystkiego i wiesz, że można przeżyć, przebić się na drugą stronę. Tego nie mogło wiedzieć dziecko, jakim wtedy byłaś. Widziałaś w tej piosence tylko słowa grozy, lecz nie rozumiałaś, że tak naprawdę jest piosenką o nadziei i o sile ludzkiego ducha, który jest w stanie przejść przez ogień i wodę, przez ciemność i ból, strzepnąć skrzydła na drugim brzegu i pójść dalej przez życie.

Teraz już wiesz, że żadne dzieła ludzkie nie są tak wielkie jak siła i piękno, które nosi ukryte w sobie człowiek.

Teraz już wiesz, że…

nie brookliński most, lecz na drugą stronę głową przebić się przez obłędu noc, to jest dopiero coś…

piosenka z pięknymi solówkami

Dorastamy do wszystkiego, nawet do piosenek.

Najdłużej dorastamy do największych tajemnic i do przyznania, że nigdy ich tutaj nie odgadniemy i że nie ma w tym nic złego, że nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania.

🌸🌸🌸🌸🌸🌸

Nie brookliński most

ale przemienić

w jasny nowy dzień

najsmutniejszą noc

to jest dopiero coś.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 6 komentarzy

punkt skraplania rosy

 

Jest taki moment w chorobie, gdy samotnie leżysz w łóżku, że nie masz już siły odmawiać żadnych modlitw, czytać żadnych książek, nic oglądać, pisać ani rozmawiać, nawet słuchać muzyki, którą zwykle lubiłeś.

Po prostu leżysz i tylko w myślach raz po raz wzdychasz:

– Kocham Cię.

– Dziękuję za wszystko.

– Oddaję Ci to.

– Zrób z tym co chcesz.

– I ze mną. Co Ci się podoba.

 

Albo patrzysz na Niego.

Nic więcej.

Tylko tyle.

Patrzysz.

A On patrzy na ciebie.

* * *

Jest w fizyce punkt skraplania rosy.

To jest właśnie taki punkt.

Zupełnego milczenia przed Bogiem.

Punkt skraplania Boga w twojej duszy.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 6 komentarzy

piec ognisty

 

Ta spokojna sobota z poprzedniego wpisu wydaje się być dziś tak odległa.

Jeśli myślałam, że to koniec kielicha wielkopostnego, to się pomyliłam.

Ale chyba raczej, nauczona doświadczeniem, tak nie myślałam i w głębi serca czekałam na zaproszenie w głębsze rekolekcje.

W sobotę wieczorem nagle, bez ostrzeżenia pojawił się duszący kaszel, tak uciążliwy, że trudno było mi zasnąć.

W niedzielę jednak mimo kaszlu pojechałam na mszę i zaraz na jej początku zaczęłam słabnąć, a moim ciałem zaczęła trząść febra. Mimo swetrów, kożuszka i grubego szalika. Modliłam się tylko, by dotrwać do Komunii i zaraz po jej przyjęciu, wyszliśmy z kościoła.

W domu zabrakło koców do przykrycia, więc mąż po wierzchu przykrył mnie kożuchem:) A temperatura wciąż rosła, oczy piekły, głowa bolała.

Cały dzień leżałam, odmawiam różaniec i patrzyłam na ściany sypialni. Wszędzie oblicze Jezusa, Matki, spoglądają święci z ikon. Gdy leżysz tu, to jakbyś spoczywał w samym środku nieba.

– Dziękuję Ci – myślę w Jego kierunku – za te rekolekcje.

Parę dni temu znalałam odpowiednią ramę do ikony, którą Ala MM. ofiarowała mi na moje półwiecze:) Ikona teraz otoczona jasnym passepartou i złotą ramą wisi na ścianie obok łóżka. Piekącymi od gorączki oczami patrzę na jej ogniste barwy, zmieszanie czerwieni, pomaranczu i żółci. Na pierwszy rzut oka nic na tym obrazku nie widać, ale gdy się zbliżysz, już wiesz co przedstawia.

Trzech młodzieńców spacerujących wśród płomieni. Pośród nich Anioł, który ich ochrania i razem z nimi wielbi Boga.

Na pewno znacie to biblijne opowiadanie, ale jeśli nie – poszukajcie go sobie w Księdze Daniela. To właśnie jego trzej przyjaciele zostali skazani na śmierć, za wierność przykazaniom, którą rozgniewali pogańskiego króla.

Patrzę na ikonę, płoną mi oczy i policzki, dygocę pod kocami i przypominam sobie jeden szczegół tej historii: król specjalnie dla tych chłopców kazał rozpalić piec siedmiokrotnie bardziej niż zwykle to czyniono.

Uśmiecham się blado.

– Czy i u mnie powtórzy się ta liczba siedem? W tym poście to już czwarta porcja opału, by ogień buzował. Czy czekają mnie jeszcze trzy ościenie, by się wypelniła miara?

Nieważne.

Najważniejsze co z tym zrobię i czy jak oni, mimo płomieni, nadal będę Go wysławiać:)

A potem – jeśli zechce – cudownie mnie wyprowadzi.

* * *

W poniedziałek o szóstej rano dostaję wiadomość od siostry Amelli. Jej mąż jest w coraz gorszym stanie. Od września jest diagnozowany, a naszą rodziną raz po raz wstrząsają kolejne doniesienia o jego stanie zdrowia. Przerażenie miesza się z nadzieją, jednego dnia dobre – jak odroczenie wyroku – wieści, a następnego nagłe pogorszenie.

Prawdopodobnie to rak trzustki. Wszystko po kolei wysiada w jego organizmie. Jeszcze szukają ratunku, kolejnych specjalistów, robią kolejne badania, zabiegi, ale mąż mojej siostry coraz bardziej słabnie.

– Już tylko mam nadzieję w Bogu – mówi ona, gdy rozmawiamy przez telefon. Ona też jest u kresu sił. Ta walka trwa już od września.

Więc jeszcze i ten smutek doklejam do krzyża i modlę się ile sił.

– Mam teraz dużo wolnego czasu, gdy leżę z gorączką, więc mogę się modlić – mówię jej.

– Dobrze, że Bóg tak sprawił. Nic nie jest przypadkiem – odpowiada.

 

Wzmaga się Wielki Post jak sztorm, jak wielka czarna nawałnica. Za oknem siąpi, dmie i szaro.

– Ty uniosłeś wszystko – mówię Mu – pomóż nam nieść nasze krzyże z miłością i bez buntu w sercu.

 

A Was proszę o modlitwę za mojego szwagra. Ma na imię Robert.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 7 komentarzy

spokojna sobota

 

Lubię, gdy pada. Zwłaszcza nocą. W ciszy słychać każde stuknięcie jak drobnym dziecięcym paluszkiem.

Nie, nie o szyby. Nie na dole domu. Tutaj dach mamy na tyle wypuszczony, że jest jak czapka z daszkiem i deszcz nie dociera do okien. Tylko te dachowe zawsze są porządnie zmyte, a gdy jeszcze wiatr się dołączy, to także obsypane kolkami sosnowymi i oklejone listkami brzozy jak znaczkami pocztowymi.

Teraz deszcz bębni w przewodach wentylacyjnych, a srebre sznury łączące niebo z ziemią wypełniają ramę okna.

Jest dziewiąta. Piję kawę, słucham Starego Dobrego Małżeństwa, dziewczynki jeszcze śpią na poddaszu, koty nakarmione, w piecu napalone. Mąż pojechał na montaż do wielkiego miasta, a przy okazji zabierze naszego syna. Nareszcie skończył sesję i ma parę dni ferii. Odpoczynek w naszej przystani pod zielonym dachem, pomiędzy lasami.

*  *  *

Lubię ten mój dom, z wszystkimi jego odgłosami. Z wiatrem i deszczem w przewodach, z szumem garnków na kuchence, z muzyką wiecznie płynącą z wieży, z zapachem świec, kawy, drożdżowego ciasta, ze śmiechem i przekomarzankami naszych dzieci.

Wczoraj próbowałam bezskutecznie usnąć w ciągu dnia, ale szalone śmiechy moich córek udaremniły mi ten wyczyn:)

Siedziały wszystkie trzy w salonie na naszej wiecznie rozłożonej kanapie ( już jej nie składamy przykładnie nawet, gdy przychodzą goście, koniec z pozorami porządnej rodziny:), wszystkie przykryte jednym wielkim puchatym kocem.

– Jesteśmy gniazdowniki – śmiały się i porwawszy moją komórkę, oglądały cuda w chińskim sklepie internetowym;)

A dziwaczne nazwy produktów raz po raz wywoływały salwę zbiorowego śmiechu.

„Światło księżyca na słupku” to na przykład lampka w ksztalcie kuli, „zwisające frędzle” to kolczyki, a „zima, ciepły, zagęszczony” to rękawiczki:)

Gdy byłam mała, miałam naprawdę bujną wyobraźnię. Dość wspomnieć, że naprawdę widziałam krasnoludki mieszkające w małym domku z zapałek, stojącym na półce w pokoju. Zaglądałam przez okienko, lub rozchylałam drzwi i widziałam co robią krasnoludki:)

A moim największym marzeniem było mieć własnego gołego krasnoludka, któremu mogłabym uszyć ubranka i opiekować się nim.

– Twoje marzenie się spełniło – czasem mówią mi dzieci – masz nas.

– No tak. I nawet nagusieńcy się urodziliście. Cztery gołe krasnoludki. Wszystko się spełniło – przytakuję skwapliwie.

Moja wyobraźnia dziecka podpowiedziała mi też, że kiedyś nadejdą czasy, gdy będę miała mały własny telewizorek, w którym będę mogła oglądać wszystkie filmy siedząc w łóżku, nawet całą noc. (Rodzice oczywiście zabraniali nam oglądać wielu filmów i to z tej złości wymyśliłam mały telewizorek;)

No i czasem sama się śmieję, gdy siedzę wieczorem w łóżku i oglądam sobie co chcę w moim smartfonie. Mały telewizorek z niezliczoną ilością filmów.

 

Nigdy jednak, przenigdy nie wyśniłam takiej sytuacji jak ta wczorajsza. Że moje córki zakutane w biały koc, na kanapie w salonie, roześmiane od ucha do ucha będą robiły zakupy w chińskim sklepie😁

 

To tylko potwierdza dość starą tezę, że

” niektóre rzeczy nawet filozofom się nie śniły”.

To, że będę mogła pisać na małym ekraniku, który zawsze będę miała przy sobie, też mi nigdy do głowy nie przyszło;)

A teraz siedzę i piszę.

A tymczasem deszcz ustał, kawa skończyła się w moim kubku z fiołkami, a SDM dośpiewał już swój repertuar, więc włączę teraz Norę Jones i… czas iść zajrzeć do pieca i obierać ziemniaki na obiad.

Dobrej soboty Wam życzę🌼

Spokojnej.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

Środa Popielcowa

 

Zaczął się Wielki Post i – jak to zwykle u nas – od cierpienia.

Nagle, w Środę Popielcową zaczął mnie boleć ząb i dopadła mnie inna bardzo bolesna przypadłość. Ale żeby duch nie był poszkodowany, otrzymałam informację od koleżanki o personalnych atakach na mnie jako nauczyciela religii. Medialna nagonka i wrogie nastawienie rządzących nie pozostały bez echa:(

Więc boli. Wszystko.

Na ząb nie działały nawet leki przeciwbólowe, na szczęście moja dentystka wcisnęła mnie jakoś w grafik i rozwierciła ząb, bo zrobił się zgorzel i stan zapalny. Biorę antybiotyk i czekam aż ząb oczyści się z zalegającej ropy. Może za tydzień będzie już lepiej. Z drugą bolesną przypadłością będę się musiała borykać parę tygodni, a z poczuciem krzywdy w sercu może jeszcze dłużej.

Ale wiecie co?

Cieszę się, że krzyż dotknął tylko mnie. Że sama sobie z nim poradzę i poniosę raźno. Jakoś dam radę.

Bo mój mąż z ostatniej wizyty u onkologa ma tylko dobre wieści. Wszystko dobrze. Chemia działa. Rak się zatrzymał.

Mój syn dwa dni temu ze szczęściem w głosie powiedział: Zdałem!

To był trudny egzamin i zdało go może parę osób. Fundamenty:) Jak to na budownictwie.

– A wiesz jak ja się modliłam – odpowiadam mu – Do anioła stróża osoby, która będzie sprawdzała twoją pracę. O wyrozumiałość i łagodność – śmieję się.

– Nie tylko ty się modliłaś – mówi syn – Ten św. Józef z Kupertynu świetny jest – dodaje.

Alusia przyjechała, śmieją się z siostrami i chichoczą w salonie.

Za oknem słońce, tulipany wyrosły już na prawie 10 cm, ptaki kwilą, kwitnie leszczyna, w lesie obok pracuje piła, ponoć wróciły żurawie. Wiosna.

I cierpię tylko ja. Co za szczęście. Nikt więcej z tych, których kocham.

Więc to cierpienie wydaje mi się takie malutkie i prawie przyjemne.

Szepczę Mu podczas nieprzespanej nocy:

– Pomogę Ci cierpieć, będziemy to robić razem. Moje drobne boleści przykleję jak mały plasterek do Twojego cierpienia. Nic się nie zmarnuje.

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 6 komentarzy