miejsce

Są takie miejsca szczególne, które, gdy raz wpadną nam na dno serca, wrosną tam już na zawsze. Trudno powiedzieć dlaczego, jakoś logicznie wytłumaczyć, w ziemskim języku nazwać dlaczego ten właśnie, a nie inny skrawek świata tak pokochaliśmy.
Tak jest. Po prostu.
Może to są miejsca, które najlepiej opisują krajobrazy naszej duszy. Coś nienazwanego, co nosimy w sobie jak największą tajemnicę. Niepoznaną nawet przez nas samych.

Ja też mam takie miejsca.
Jedno z nich mijam dzień w dzień jadąc autem do miasta i z powrotem.
To wielki przywilej, że ukochany kadr mam na wyciągnięcie ręki. Nieopodal.
Po środku rozległych pól, z koroną lasu na horyzoncie, pod baldachimem śpiewu skowronków stoi stary krzyż. Nie wiem kto go postawił i kiedy. Jestem krótkowieczną istotą. Dla mnie stał tam zawsze. Od kiedy sięgnę swą wątłą pamięcią.

Gdy mijam go rano, rozciąga ciemne ramiona na tyle szarego poranka. Gdy wracam wieczorami, tonie w pożarze zachodu słońca. Latem wychyla się jak strzelisty maszt ze złotego łanu zbóż. Czasem jak czujny stróż stoi na jego szczycie jastrząb. Toczy pochmurnym wzrokiem wokół.

Przy tym krzyżu moje serce spowalnia swój niespokojny trzepot . Wiem gdzie jestem, kim jestem i po co. Nagle to wszystko staje się oczywiste i proste jak po przekroczeniu progu domu. Milkną wszystkie pytania w głowie. Jest tylko krzyż, niebo, ziemia i ja.
Ktoś kiedyś wokół krzyża postawił metalowy plotek, ktoś posadził jakieś długowieczne byliny. A poza tym nikt o niego nie dbał. Był jak drzewo, które wyrosło samo i samo trwało. Jak klamra spajająca świat i wieczność.

Aż czasem mi smutno było, że tak wszyscy przejeżdżamy obok i nikt krzyża nie przytuli, nie pogłaszcze.
I nagle pewnego dnia mój wzrok przykuł nowy szczegół. Ktoś krzyż ozdobił świeżym wieńcem z brzozowych gałązek i z kwiatów. Nieudolny dziecięcy niemal gest adoracji.
– Kto to zrobił? – myślałam wracając do domu – Dlaczego? Czy z miłości? Czy ktoś kocha to miejsce tak samo jak ja? Może mocniej nawet?
– Ten wieniec zwiędnie szybko.- podpowiadał mi inny głos – Po co to wszystko? Niepotrzebny zachód, zmarnowany czas, bezsensowny trud.

Rzeczywiście letnie upały szybko ususzyły zielone listki i wieniec zaczął wyglądać jak wiecheć słomy.
A mimo to wciąż przypominał o czyjejś miłości.

Lecz pewnego dnia zaniemówiłam.
Znów jechałam autem obok krzyża i nagle spostrzegłam w trawie rower i drobną skuloną staruszkę. Zdejmowała stary wianek i wieszała nowy. Tym razem z gałązek jedliny. Zielony. Świeży. Piękny.
Miałam taką ochotę zatrzymać się, wysiąść z auta i jej podziękować. Ale nagle ogarnął mnie niespodziewany wstyd, że jak to, że nie znam, że co ona pomyśli, że może ją przestraszę, spłoszę jak ptaka, który wije gniazdo.
Nie zatrzymałam się.

Co jakiś czas wieniec się zmienia na nowy. Nieczęsto, bo krzyż jest oddalony od ludzkich siedzib, a kobieta naprawdę stareńka. I zielonych gałązek już coraz mniej na jesieni. Z czego upleść wyznanie miłości?

– Gdyby ona wiedziała- myślę – że tym swoim wieńcem stroi nie tylko polny krzyż, lecz także ludzkie serce.
Moje serce.

Są takie miejsca, są tacy ludzie, którzy wpadają na samo dno naszego serca.
I zostają już tam na zawsze.
Są czyny tak cenne, że ratują wszystko od zguby.

– Nigdy nie sądź Rut, że są gesty zbyt drobne, by nie zmieniały świata. Nigdy nie wątp w to, że zostaną zauważone i przyjęte.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

grzybowo

W całym domu pachnie.
Dziko, swojsko, smacznie.
W garnku bulgocze grzybowa zupa. Brązowe kawałeczki kapeluszy i białe krążki nóżek podskakują w rytm pulsowania indukcji. Zielone listki pietruszki i lubczyku niespiesznie oddają swój aromat. Marchewka rozpływa się w objęciach ziemniaków. A cebulka dopełnia całości. Parę ziaren pieprzu, ziele angielskie, laur.
Kompozycja na miarę Beethovena lub Vivaldiego. Choć nie znajdzie raczej poklasku tłumów. Ale na pewno wprawi w dobry humor całą rodzinkę.
No. Może poza mężulkiem, który jest wybitnie nie- zupowy. I poza Alusią która odfrunęła jak ptak 1 października. Obładowana oczywiście słoikami:)

Z tymi grzybami to zupełnie jak w życiu bywa.
Poszliśmy z mężulkiem szukać ich do sadu. Wiem, brzmi egzotycznie, że grzyby w sadzie zbieramy. Ale tak to z naszym sadem jest. Daje i śliwki i jabłka, jeżyny, szyszki, żołędzie, kasztany, jest tam i dzika róża i paprocie, i fiołki kwitną i szalej się rozrasta, dziewanna prawie taka jak śliwy, leśne maliny też próbują znaleźć sobie miejsce. Jest tam wszystko, więc dlaczego nie miałyby rosnąć nie grzyby.

Więc rosną.
Najwięcej muchomorów- pięknych jak marzenie, czerwonych w białe piegi. Ale zaraz po muchomorach są zajączki. Śliczne, malutkie, o kapeluszach w ciepłym odcieniu brązu, niemal zamszowe. Zwą je tu także okoliczni ludzie kraśniakami, bo nagniecione od spodu, pokrywają się fioletowymi sińcami. Takie delikatne:)
I my właśnie głównie na te zajączki polujemy w sadzie całą jesień.

Ale tym razem nic nie upolowałyśmy i wracaliśmy z pustymi rękami i markotnymi minami do domu.
– W tym roku coś grzybów nie ma- narzekał mężulek, szurając butami o szorstką sierść trawy – Widocznie za zimno.

I nagle się zatrzymał .

– Rozdeptałem coś – stwierdził i podniósł nogę.

Staliśmy oto zdumieni prawie pod progiem naszego domu, a wokół nas w trawie tkwiły brązowe kapelusiki.
Cały trawnik niemal kwitł zajączkami.
Pochyleni jak staruszkowie, z nosem przy samej ziemi, uzbieraliśmy cały koszyk.

– To tak jak w życiu – mówi Wiesia, gdy opowiadam w pracy tę historię – Czasem szukamy nie wiadomo gdzie, tego, co mamy we własnym domu.

Nic dodać, nic ująć.

Chyba że ująć trochę chochelką tej zupy z garnka i wlać na talerze:)

Jakże łatwo zaczarować życie jedną chochelką zupy grzybowej.
Jakże łatwo z jednego koszyka grzybów upleść historię o życiu.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

złoty liść

Wszędzie listki brzozy.

Na pasiastym chodniku w przedpokoju leżą dwa – jak podrzucone na próg listy. Jeden włożony za tapicerkę fotela mojego auta. Kolejny, ciekawski – z nosem przyklejonym do szyby okna na poddaszu, wydaje się zaglądać do pokoju dziewczynek. Następny robi sobie przejażdżkę na czubku mojego kalosza.
Gdy pada jesienny deszcz, wiatr strąca je w takiej obfitości, że zaiste trudno orzec, czy więcej spada kropel deszczu czy brzozowych liści.
Złota zawieja omiata głowę, złote naklejki przywierają do szarej mgły jesiennych myśli.
Jakby mi ktoś nieustannie podrzucał dowody miłości.

– Liściu złoty – szepcze czule raz po raz.
– Dlaczego mnie tak nazywasz? – pytam.
– Bo jesteś równie cenna jak krucha. Zrozum jedno i drugie. Przymij.

Zawsze jesienią doświadczam tak mocno swej kruchości. Nagle jestem zbyt słaba, by unieść ciężar własnych myśli. Zbyt wiotkie są moje słowa, by zmieścić choć namiastkę sensu. Więzną w gardle niewyczerpane jak woda ze studni, przy której zabrakło wiadra. Moje wysiłki marne i daremne.

Patrzę na jeżyny gronami całymi przewieszające się z lasu na podwórze, na ich czerwień płomienną.
– Nie dojrzeją już nigdy – myślę – Nie zdążą, nikogo nie nakarmią…
Po co płodność nikomu nieprzydatna?
Czasem czuję się jak one.

– Liściu złoty – szepcze znowu – twojej wartości nie mierzę przydatnością.

Kolejny brzozowy listek przywarł jak w pocałunku do szyby.

Jeden z miliardów i jeden jedyny.

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy

wysyp

Jesienią bywa obficie i prze- różnie.

Wszystko przesypuje się przez brzegi zmysłów.
Kolory, dźwięki, zapachy, szmery, wzdychania, szelesty, purpura, karmazyn, beże…

Serce wzbiera uczuciami jak paciorki winogron wzbierają słodko- cierpkim sokiem. Wystarczy jeden niedelikatny gest i czuje się zmiażdżone.

Smuteczki, nostalgia, żal, tęsknota, zachwyt, ukojenie…
Słodycz i gorycz położone obok siebie na jednym stole życia.
Jedwabistość i szorstkość losu.

Wycie wiatru w kominie i zadumana cisza zapadającego w sen sadu.
Chłód mokrej szyby auta o poranku i ciepły termofor przytulony wieczorem.

Wysyp.
Obfitość nie mieszcząca sie w żadnej skali.
Amplituda uczuć podobna falom podczas sztormu.

Jestem pośród tego jak mała łódeczka origami złożona rękami dziecka z kartki papieru.

Mała. Zachwycona. Bezbronna.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

smak życia

Każda z nas bierze jedną zieloną poduszkę pod pachę i włochaty kocyk. Nasze kroksy z szelestem suną po trawie. Potem rytualne moszczenie się, układanie poduszek, zawijanie w koc. I już.
Leżymy na hamaku rozpiętym między brzozą a sosną.
O różnych porach dnia. Rano, w południe i wieczór. Między praniem a gotowaniem. Po zakupach i przed sprzątaniem.
Leżymy.
W międzyczasie wszystkiego. Pracy. Szkoły. Modlitwy.
Zdarza się nawet, że międzyczas rozciągamy jak gumę do pasujących nam rozmiarów:)

Laurka i ja.
Jej mała brązowa główka wciska się pod moją pachę, albo układa na brzuchu.
Aaaa.
I jeszcze bierzemy garść pudrowych miętówek.
Bez tego nasz międzyczas jest jak niedokończony obrazek. Bez tła smaku.

– Mamo, opowiedz mi znowu o jakichś dzieciach, które widziały Maryję. – słyszę stłumiony głosik.
– Ale ja już nic nie pamiętam.
– Przypomnij sobie – nalega głosik chrupiący miętówkę.
No i coś tam sobie zawsze przypominam. Dłuższe opowieści i te krótsze podobne do błysków na falach.
Zanurzamy się w nich obie. W historiach i w miętowym aromacie.

Dzięcioł puka nam nad głowami, szyszki co i rusz lądują obok i tylko cudem omijają nasze głowy. Przemknie jak duch nasza kotka. Zamiauczy. Zapachnie żywicą. Zastuka siekierą ze stodoły – to syn rąbie drewno na zimę.

Zatrzymać to. Zatrzymać wszystko w sobie. Dać osiąść jak grudkom złota na sicie. Na tym polega szczęście. Na niczym innym.
Nie ma go na końcu tęczy.
Sprawdzałam.

Bywa za to czasem na dnie ciemnych oczu moich bliskich i… na dnie filiżanki z kawą.

Złotodajna zwyczajność życia.

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

wołanie

Czasem tak mam.
Zaszywam się w jakiś kącik zupełnie sama. Uciekam od ludzi, rozmów, zgiełku, wrażeń. Chowam się przed światem. Osłaniam ciszą.
Czasem tak mam.

Coraz częściej.
Pustynia woła mnie coraz głośniej. Wzywa. Wabi.
Bo moje serce przez lata wychowywało się na pustyni i tęskni do niej coraz bardziej i bardziej. Aż do bólu.
Dlatego znikam nagle spośród głośnych rozmów. Milknę w połowie ożywionej pogawędki. Wyłączam radio. Idę głęboko w sad. Zbiegam schodkami w środek siebie.

Potrafię być roześmiana. Potrafię być rozgadana. Bardzo aktywna i twórcza. Czasem wszędzie mnie pełno, a mój śmiech niesie się echem daleko. Potrafię żartować i śmieszyć. Potrafię być duszą towarzystwa. Paplać na wszystkie tematy i tańczyć na środku salonu.

Ale to nie cała prawda o mnie. Nawet nie ta większa jej połowa.

Gdy mówię ludziom, że jestem introwertykiem niedowierzają. Mój mąż i dzieci śmieją się do rozpuku.

– To, co widzicie na zewnątrz – mówię – to nic w porównaniu z rozległymi światami, które noszę w sobie. Ja bardziej żyję w środku niż na zewnątrz, choć na zewnątrz wydaję się wam taka bujna.

Pustynia woła mnie. Jej głos słyszę nawet w tłumie. Jej pieśń kusi nocami.

Drży jak rosa na liściu serca.

Dzika tęsknota, by już wrócić.

Utopić się w milczeniu.

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

koniczynka, bez i kukułka

Siedzimy przy kuchennym stole. Lalcia rysuje liść koniczyny bez odrywania ręki. Czterolistny liść.
– Mamo, a czy da się znaleźć czterolistną koniczynę? – pyta.
– Tak. Kilka razy w życiu znalazłam – przyznaję.
– I co? Miałaś wtedy szczęście?
– Tak. Ale to nie od koniczyny.
– A od czego?
– Szczęście jest od Boga – śmieję się.

Ale córka drąży temat. Z drążenia i nieugiętości jest znana:)
– A opowiadałaś, że jak byłyście małe, to szukałyście na takim krzaku, którego nazwy nie pamiętam, kwiatków. On normalnie ma cztery płatki, a wy…
– My szukałyśmy takich z pięcioma – wchodzę jej w słowo – To był bez.
– Tak. I mamo mówiłaś, że zjadałyście taki kwiatek żeby mieć szczęście. I co? Miałaś?
– Tak. Miałam.- odpowiadam śmiejąc się na wspomnienie tego, co wyczyniałyśmy jako dzieci – Bo ja zawsze mam szczęście. I bez kwiatka.
– A to prawda – Lalcia nie ustaje – że jak się pierwszy raz usłyszy kukułkę i będzie się miało przy sobie pieniądze, to będzie się bogatym cały rok?
– Nie. Ja zawsze słyszę kukułkę bez pieniędzy, a i tak jestem bogata.

Hmmm. Lalcia się zastanawia.

– Ja też ostatnio jestem bardzo szczęśliwa – zaczyna się zwierzać – Bo często jeździmy na babskie zakupy – dodaje koronny argument.

🙂

Każdy ma – zdaje się – swoją własną miarę szczęścia, bogactwa, zdrowia, pomyślności.

I -bardzo często – własne powody, by być … nieszczęśliwym.

Zawsze mamy wybór.

Nawet w takich kwestiach.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

oczy szeroko zamknięte

Miałam dziwny sen.

Nie pierwszy raz miewam dziwne sny. Mój mąż i dzieci śmieją się nawet z tego, bo, gdy im czasem rano opowiadam, nie mogą wyjść z podziwu co też to siedzi w mojej głowie.

Dziś w nocy musiałam koniecznie wstać. Przypominał mi o tym prozaicznie pęcherz.
Herbatka na noc to dobry pomysł, lecz ma też swoje ALE:)

Wstałam więc, usiadłam na krawędzi łóżka, skonstatowałam jednym uchem, że nasze starszaki wciąż – mimo później pory – rozmawiają i śmieją się na poddaszu.
– Co o oni tam robią w środku nocy? – zadałam sobie nawet w myśli retoryczne pytanie i skierowałam się w stronę ubikacji. Po drodze rzuciłam jeszcze okiem na salon i… nagle mnie wmurowało, bo oto mój syn stał w nonszalanckiej pozie przy parapecie okna.
– Przecież przed chwilą słyszałam jego śmiech i niski tembr głosu z góry – zreflektowałam nad wyraz przytomnie – Coś tu jest nie tak! Ja chyba nadal śpię!

I rzeczywiście.

W tym samym momencie poczułam, że wciąż leżę na łóżku, obok mnie śpi mąż, a pęcherz wciąż domaga się swego.

– Teraz muszę już naprawdę się obudzić – postanowiłam twardo i spuściłam nogi z łóżka.
Dwa głębokie wdechy i … genialna myśl. Stanę obok szafy, oprę się plecami o jej drzwi i ich chłód na pewno mnie otrzeźwi i wybudzi. Tak zrobiłam. Przyjemne zimno rozlało się po ramionach i plecach.

Super. Jestem obudzona.
Idę!
Wciąż słyszę rozmowy moich starszych dzieci z góry. No trudno, najwyżej się nie wyśpią na jutro. Przywileje młodości:) Ja tylko śmignę do łazienki i…

Staję w progu sypialni i zauważam, że drogę tarasuje mi sterta pluszaków, w tym jeden gigantycznych rozmiarów. A na schodach siedzi Ala i się uśmiecha.
– Skąd się wzięły tu te zabawki? – pytam córkę.
– Po prostu tu leżą. – odpowiada równie nonszalancko jak pierwej syn stał oparty o parapet w salonie.

Wtedy znów mnie olśniewa: Coś tu nie gra! Ja wciąż śpię!

I wszystko powtarza się od nowa. Pod moimi plecami miękki materac, okrywa mnie ciepła kołdra, a pęcherz… Ratunku!!!

Pętla.
Wpadłam w pętlę.
Jestem zupełnie świadoma, a nie potrafię wyjść ze snu. Myślę logicznie, a przebywam w surrealistycznej przestrzeni bez drzwi.
Zaczynam odczuwać panikę.
Wtedy pojawia się myśl jak koło ratunkowe:

Otwórz oczy. Rut, otwórz oczy!

Otwieram. Ciemność i cisza spowijają dom. Wstaję powoli niepewna czy aby na pewno… Wychodzę z pokoju. Spoglądam z niepokojem na parapet w salonie i schody. Pusto.

Udało się.

Wspomnienie snu – pętli jest jednak ze mną cały dzień. Porusza moje myśli, stoi w tle zdarzeń.

To był tylko sen.

Lecz ile razy w ciągu ostatnich dwóch lat słyszałam : „Wiesz Rut, czasem myślę, że to tylko zły sen. Że wystarczy się obudzić i wszystko będzie dobrze. Ale… nie mogę się obudzić”.

Życiowe tragedie. Rozwody. Zdrady. Śmiertelne choroby. Bliscy mi ludzie, przyjaciele w tunelach bez wyjścia.

Matrix.

Otwórz oczy. Otwórz moje oczy.

Proszę.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

połamany

Dzwoni telefon męża.
Odbiera i od razu wiem, że to ktoś z przyjaciół na linii. Nie wiem skąd to wiem, ale ten błysk na twarzy, ton głosu…

– Wiesz, najlepiej klejem… – tłumaczy mąż – Nie. Zwykłym. Zresztą, przyjedź to ci go skleję. Mam klej. Chyba. Dobra, kup na wszelki wypadek… – takie mniej więcej słowa dobiegają moich uszu z całej przyjacielskiej pogawędki.
I nie byłabym kobietą, gdyby mnie ciekawość nie zżerała, gdy mąż odkłada telefon. Ale mój mąż dba o to, by żona nie została przez nic nadżarta, więc od razu wyjaśnia w krótkich słowach.
– Ksawery dzwonił. Kupił w meblach holenderskich stary krucyfiks i gdy wkładał go do bagażnika, Jezusowi odparła ręka. Zaraz przyjedzie.

Po pół godzinie srebrne auto zaprzyjaźnionego księdza ustawia się pod domem, w rozlanym na trawie cieniu brzóz. Przyjaciel uśmiecha się zza kierownicy, przytula wysiadając, a potem sięga do bagażnika.
– Zobacz jaki piękny – pokazuje mi – Oczy ma jeszcze otwarte i półotwarte usta. Jakby tuż przed śmiercią. Jeszcze takiego nie widziałem. Tylko ta ręka… – pokazuje odłamaną drewnianą kończynę.

Wchodzimy do domu, nastawiamy herbatę, a nasz stół staje się stołem operacyjnym dla Świętego Ciała.

Mój mąż skleja Chrystusa. Na drewnianym starym stole w naszej kuchni.
Szumi na kuchence czajnik w kropki, szeleści rozmowa i wiatr porusza firanką.

– Wyczyszczę Go w domu, umyję – mówi rozpromieniony Ksawery – Tylko jeszcze dwóch gwoździ brakuje. Chyba odpadły. Tego przy nogach i przy tabliczce. Może Adaś mi zrobi.

– Pewnie. Z kawałka drewna wystruga. – wyrażam zgodę w imieniu nieobecnego syna.

Rozmawiamy jeszcze. O tym, że pewnie jest z któregoś kościoła europejskiego. Wyrwany stamtąd i wyrzucony jak śmieć. Tyle figur, obrazów i kawałków kościołów widziałam już w sklepach z używanymi rzeczami z Zachodu.
Rok temu widziałam figurę Chrystusa, oderwaną tak brutalnie od krzyża, że oba ramiona były niemal wywichnięte do tyłu. Chciałam Go zabrać stamtąd. Ale sprzedawca stwierdził, że to zabytek. Kosztował 2 tysiące. Nie stać mnie było.
Śnił mi się po nocach. Połamany Bóg, uczepiony drutem do rury wentylacyjnej w sklepie ze starociami.

Teraz sklejamy tego Boga na naszym stole.

Ksawery raz po raz patrzy na niego z czułością i dumą jak matka na swoje dziecko.
Przybiegają dziewczynki, dotykają Dłoni, Stóp , Głowy w cierniach, wodzą palcem po żebrach. Potem biegną dalej do swoich spraw.

Zwykłe życie, dźwięki, zapachy, słowa…

Ale ta Obecność w samym środku zwyczajności. Naoczna dziś bardziej niż kiedykolwiek. Uświadomiona do samej głębi. Kojąca i bolesna jednocześnie.

Gdybym o Niej pamiętała stale. Gdybym wciąż miała to Ciało Umiłowane w samym epicentrum mojego życia… Gdybym nie łamała Mu nóg i rąk…
Nie spychała do zakurzonego kąta…
Nie jestem lepsza Umiłowany od tych, którzy odrywają Cię od krzyży świata, burzą Twoje świątynie, kpią z Twojej Matki, Aniołom obłamują skrzydła…

Nie jestem lepsza.

Co dzień po wielokroć Cię łamię.

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy

rozmówki zawracające serce znad brzegu niezaufania

Siedzę z Lalcią w kościelnej ławce. Czekamy na mszę. Za nami znajoma staruszka odmawia szeptem różaniec. Zaciąga ze lwowska. Uwielbiam zanurzać się wraz ze swoją cichą modlitwą w ten strumień jej słów prostych, dziecięcych prawie. „Zdrowaś Marijo, łaskiś pełna…”
Jest zwykły dzień. Powoli zbiera się grupka stałych bywalców mszy codziennych. Znamy się niemal wszyscy z widzenia, wymieniamy uśmiechami, wpisujemy w niepisane reguły kto gdzie siedzi i w jakim porządku wychodzimy w procesji do Komunii. Jeśli kogoś nie ma lub nagle zmieni ławkę, wszyscy to dostrzegą.
– Mamo – szepcze nagle Laurka, wskazując w kierunku figurki Matki Bożej – Co to za skrzyneczka?
Rzeczywiście u stóp wyraźnie brzemiennej Maryi, pod opuszczonym snopem spojrzenia Jej oczu stoi drewniana skrzynka.
– Tam ludzie wrzucają karteczki z prośbami do Matki Bożej. – tłumaczę.
– A ja też mogę?
– Możesz. Każdy może.
– To ja wrzucę.
– Dobrze.

Dzień kolejny.
Lalcia wystrojona w niebieską sukienkę odcina rożek kartki i zasiada do pisania.
– A o co chcesz prosić Maryję? – pytam zaciekawiona.
– O zdrowie dla cioci Ewy i żeby mamusia urodziła jeszcze jednego dzidziusia – odpowiada jednym tchem.
🙂
– Wiesz – zaczynam tonem negocjacji –Może nie pisz o tym dzidziusiu? Ja już jestem trochę za stara.
– Oj tam. – kwituje moje obiekcje i szrajbuje dalej długopisem po kartce.
Ostatecznie dziecię zapomina zabrać karteczki, co przypomina sobie dopiero w kościele.
A uwagę wszystkich rozprasza nieco puchate nasionko ostu, które wiruje ponad głowami unoszone wiatrem. Ktoś zdjął je sobie z włosów, ktoś dmuchnął, by poszybowało dalej:)

Niedziela.
Mężulek dowiaduje się o intencji.
– Niech ona tego nie pisze. Jeszcze Maryja wysłucha. – sugeruje mi na boku konspiracyjnie.
– Jak zechce wysłuchać to i tak wysłuchała. Czy się napisze czy nie:) – śmieję się trochę z niego.

I ostatecznie karteczka ląduje na dnie drewnianej skrzyneczki u stóp Maryi, a ksiądz ją odczytuje w przeddzień Wniebowzięcia Matki.

I wyraźnie słyszę ten śmiech perlisty nad głową. To Maryja z całym zastępem Aniołów śmieją się z naszego zakłopotania dorosłego i z tego „oj tam” Laurki.
Bo czyż nie dokładnie to powiedział Gabriel, gdy Maryja zmieszała się, że jakże to, że nie ma męża… I czyż nie to samo usłyszała Sara, gdy na wieść o przyszłym synu, zaczęła się śmiać w swoim namiocie.
Albo, gdy w naszych głowach rodzą się obiekcje na temat Wniebowzięcia. Że jak to wziąć ciało do nieba, że jest za ciężkie, a co z funkcjami fizjologicznymi i w ogóle komórki, ich rozpad…

– Oj tam. Żaden problem. – mówią Anieli.

Dla Stwórcy świata do dokładnie taka sama przeszkoda jak nasionko ostu, które odgania się dłonią i dmucha, by nie przysiadło nam na czubku nosa:)

Zaufajcie dzieci – mówi On – Ja wiem co jest dla was dobre. I kiedy daję i gdy zabieram, wszystko jest z miłości.

Jak bardzo czasem zawstydzają mnie moje dzieci i jak uczą czym naprawdę jest wiara i zaufanie Bogu.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy