# znaczek 20

* * *

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

piękno

Dzisiejszej nocy usłyszałam podczas pewnego wykładzu słowa Jana Pawła II, że…
piękno jest uwidocznieniem prawdy i dobra.
Pani profesor o gołębich włosach z przejęciem mówiła o tej triadzie.

Zachwyciło mnie to.
Tak bardzo kocham piękno, lubię się nim otaczać, próbuję nieudolnie odtworzyć w moich obrazach, słowach, pielęgnuję kwiaty w ogrodzie, znoszę do domu niemal wszystko, co mnie urzeknie: muszlę, kamień, patyk, szyszkę, starą skrzynkę na narzędzia, widzę piękno w nasionkach brzóz i starych wypłowiałych na słońcu deskach stodoły … Widzę je wszędzie.

Piękno to ciało dla Dobra i Prawdy.
Tak.

Dziś stoję na parkingu z zakupami, władowuję je do auta i czekam na Xsawerego – ma mi przywieźć cukinie. Dostał od troskliwych parafian:)
Wiatr targa mi włosy i sukienkę w duże grochy. Taką w stylu Pretty women. Ewa o takiej marzyła i w taką właśnie ubrali ją na jej ostatnią drogę w ramiona Oblubieńca.
Tylko ta moja jest czerwona i z kieszonkami jak lubię.
Nagle zagaduje mnie mężczyzna, wskazuje na koła mego auta i mówi:
– Mam do sprzedania piękne felgi do Nissana.
Wyrywa mnie tym za zamyślenia. Spoglądam na przykurzone koła mego pojazdu.
– Nie – odpowiadam śmiejąc się – aż tak nie zależy mi na wyglądzie auta.
Mruga oczami zszokowany jakby go uderzył w głowę meteoryt.
– To ja mam być piękna, nie auto – dodaję żeby go przekonać.
Uśmiecha się.
I kiwa głową.
Jakby cień podziwu widzę w jego oczach. Tylko nie wiem: to podziw dla moich słów czy sukienki? 😉



Najpiękniejszy ma być człowiek.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

ranek

 

Dziś krótki wiersz.


Jest zbyt upalnie, by pisać lub czytać coś większego, więc wiersz leciutki jak skrzydło motyla:)



*  *  *

włącz ptaki – powiedziałam
uchylił okno posłusznie
świergot wsypał się przez szczelinę
wraz z pierwszymi
kiściami upału


Miłego dnia Wam życzę🌺

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

Ecce Homo

 

Bywa tak, że trzeba rano pozbierać ostatnie skrawki sił, by z nich jakoś zszyć kolejny dzień.
Bywa tak.
W ciągu ostatnich miesięcy miałam parę takich ranków.

Dziś jest dobrze, słonecznie, ale…

gdy nastaje taki ranek, przypominam sobie Jezusa tuż po biczowaniu.

Ostatnie skrwawione strzępy sił, bardziej woli niż ciała. By wstać i jeszcze pójść. Choć wszystkie prawa fizyki, biologii, psychologii i innych uczonych „- logii” przeczą takiej możliwości.


Pokonać ciążenie bólu i wstać na nogi do nóg nie podobne.


Ecce homo.
Taki jest człowiek.
Tak wielki.
Tak mocny.


Zszyć ze strzępów dzień, grymas bólu nagiąć w uśmiech, iść dalej gdy leżenie jest już wysiłkiem.
Za Nim.



( Wszystkim tym, którzy choć w raz w życiu mieli taki poranek)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 3 komentarze

papeteria do listów miłosnych


Po kolejnym upalnym dniu siedzimy z mężulkiem na tarasiku i oglądamy niebo.
Mamy jakiś taki gen, że uwielbiamy rodzinnie oglądać niebo, wylegamy na taras, stajemy przy balkonie, oknie, na patio i patrzymy urzeczeni. Może to jakaś nieziemska tęsknota za domem wychodzi z nas w ten sposób, wypruwa się ścieg po ściegu.

Tym razem niebo jest lekko fioletowe, jakbyś zmieszał na palecie ultramarynę z odrobiną czerwieni. Udrapowany ciemnolawendowy woal opada nisko nad ziemią. Tak nisko, że masz wrażenie, że gdyś wstał, dotknąłbyś czubkiem głowy lawendowej tkaniny nieba.
Idzie na burzę, nieruchoma dotąd przestrzeń zaczyna ciężko oddychać, liście drżeć niespokojnie.
Trzymam w ręku mały pękaty kieliszek z truskawkową nalewką, którą dostaliśmy od znajomej pani Basi. Upijam łyk, a potem kieliszek podnoszę do góry. Patrzę przezeń na świat wokół. Ciecz jest gęsta prawie jak krew, przejrzysto karminowa, pachnąca samą esencją truskawek. Na tle ciemniejacego wzburzonego nieba wygląda jak czerwony księżyc. Lśni, migocze gdy poruszyć ręką.
Lub jak klejnot, rubin, który ożył.
Wiatr się wzmaga, przenika na wskroś, co jest ulgą dla zmęczonego upałem ciała.
Upijam drugi łyk.
Ciepła truskawkowa strużka spada kaskadą i zdaje się owijać serce.

Powietrze wokół pachnie ozonem. Jak miło to poczuć, bo tylu miesiącach nie- czucia niczego.
Wzrok, smak, słuch, węch, dotyk, wszystkie zmysły chłoną świat wokół.

Niedawno rozmawialiśmy z naszymi gośćmi o pięknych papeteriach, na których można było pisać piękne listy.

Czy to co wokół mnie nie jest taką zachwycającą papeterią, na której Bóg pisze mi: Kocham cię?



Gdy czytam słowa Jezusa skierowane do ks. Johna Woolley, wiem dokładnie co znaczą:

” Chwile, gdy przymujesz bogatwa życia, jakbyś brał je ode Mnie (…) są Mi tak samo miłe, jak twoja służba”


 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 7 komentarzy

karpatka


Zamarzyła nam się karpatka na niedzielę.
Zapomniałam jednak proporcji na ciasto parzone, a w tzw. „Mikolajku” * nigdzie receptury nie zapisałam.
Wyszukałam pierwszy z brzegu przepis z Internetu i ciasto z Alą raz – dwa popełniłyśmy. Oczywiście porcja z Internetu razy 6:) jak przystało na naszą rodzinę.
Ciasto pięknie wybrzuszyło się w Karpaty, ( ba, Himalaje nawet:) , ale po wyjęciu z piekarnika ochlapło.
🙁
No cóż, bywa.
Następnego dnia mężulek robił do niego masę budyniową, ale budyń wyszedł za rzadki.
– Niech jeszcze i to – skwitowałam fakt z ciężkim westchnieniem a’la Benedykt Korczyński z „Nad Niemnem” – Niech jeszcze i to.
Ale ciasto z ochlapniętych placków i nieudanej masy skleiliśmy, po wierzchu posypaliśmy cukrem pudrem i do lodówki.
– Ummm – mruczą goście zachwyceni – cóż za pyszne ciasto.
Wesoła gromadka z Ksawerym na czele przyjechała w niedzielne popołudnie świętować fakt, że po latach włóczęgi Ksawery powrócił do naszego miasteczka jako proboszcz.
– Ciasto rewelacja – zachwalają goście.
– Zupelnie nieudane – przyznają się bez bicia gospodarze, placki opadły, masa za rzadka.
– Ale co wy to mówicie? Jest super. – nie dają się przekonać goście.



* * *

Bóg też potrafi z naszych błądzeń i nieudanych posunięć skleić całkiem udane życie.
Gdy my wzdychamy ciężko : ” niech jeszcze i to”, On już ma w głowie plan jak nieudane „to” i chybione „tamto” wpisać w cudny wzór naszego życia.
– Bądź cierpliwa dla siebie samej – mówi mi czasem, gdy zżymam się na własne potknięcia. – Ja jestem.



* * *

* Mikołajek – kalendarz zeszytowy z rysunkami i fragmentami książki o Mikołajku, który zaadoptowaliśmy jako domowy przepiśnik. Obok „Mikołajka” leży tzw.” Konik” czyli stary zdezelowany przepiśnik z konikiem na okładce:)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze

pół szklanki wody

 

Siedzę na tarasiku z kawą w jednej ręce, palce drugiej zanurzam w miękkiej sierści Late. Mruczy i nadstawia szyjkę do drapania. Ciepły lecz orzeźwiający poranek, gorąca, dodająca sił kawa.
Ptaki, kapanie wody z białego koszyczka – codziennie rano podlewam sanwitalie. Kolejne niezłomne kwiaty. Jedyne, które rosnąc tuż przy ceglanej rozgrzanej słońcem ścianie, na upale, przetrzymują wszystko. Czasem wyglądaja jakby już umarły, ale podlewam je odrobiną wody i jak za sprawą czaru powstają. Czuję się wtedy jak wróżka:) Trochę podstarzała, a jednak;)


I nie byłabym sobą, gdybym nie wyciągnęła z tych wydarzeń złotej nitki sensu i nauki.
Bo naprawdę niewiele trzeba, by ten świat, na poły umarły, przywrócić do życia. Choć wydaje się to czasem niemożliwe. Wszystko zdaje się sypać jak stara ruina: wojny, niepokoje, protesty, restrykcje, nienawiść, katastrofy, epidemia…
Nie mamy Tv, nie słucham radia, nie czytam w necie, a jednak…dochodzą do mnie pomruki grozy, suchy trzask uginających się belek stropu naszego dziś. Reszty się domyślam, a nie trzeba już mieć bujnej wyobraźni, by przewidzieć konsekwencje.
A jednak… Sanwitaliom wystarczy pół szklanki wody na dzień. Naszemu światu po prostu wystarczy, że każdy z nas będzie żył swoim dobrym życiem, dokładał drew do codzienności, podlewał ten skrawek historii, który ma wokół siebie. Dom, rodzina, przyjaciele, krewni… Zwykła praca, codzienne obowiązki, pełne pokoju relacje, głęboka więź z Bogiem …
To wystarczy. Nic więcej.
Nie musimy iść na barykady, chwytać za broń, walczyć o lepszy świat.

Piję kawę. Kotka mruczy obok, od sąsiadów dobiega śmiech dzieci. Adaś i Laurka jeszcze śpią, Hania na harcerskim obozie, Ala na praktykach w przychodni, mój mąż już w swojej pracy. Dziś przyjeżdżają do nas goście ze Śląska. Zaraz wstawiam pranie. Będę puec drożdżowe bułeczki. Życie toczy się jak woda w strumieniu. Wartko, nieustannie. Śpiewa.
– To dobra ziemia – dobiega mnie tubalny głos zza miedzy. Do sąsiada przyjechał transport ziemi na trawnik przed nowy dom. Mężczyzna odsłania plandekę, pokazuje.

Masz rację – myślę.

To dobra ziemia. A my ją czynimy lepszą każdym dniem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

pasja

 

Max ornitolog odebrał obraz z latarnią, który mu namalowałam, zabrał Korę i pojechali w drugi koniec kraju, nad morze, gdzie mój brat mieszka i pracuje.
Po powrocie Kora relacjonuje nam podróż.
– Nagle Max daje po hamulcach – opowiada bujnie gestykulując – Wyskakuje z auta i nurkuje w krzaki. Boże, myślę, co się stało?, wypadek jakiś?  A on za chwilę wynosi z chaszczy jakąś padlinę i wrzuca do bagażnika. I tak co parę kilometrów – Kora załamuje ręce – Wariat normalnie. Nazbieral tych trupów pół bagażnika zanim dojechaliśmy.


Śmiejemy się z opowieści równie bujnie jak Kora prowadzi narrację. Trzymamy się za brzuchy żeby przepony nadwyrężone tak nagłym wysiłkiem nie pękły:)
Tak, Max ma hopla na punkcie padliny, głównie ptasiej.

Kiedy nas odwiedza tu na wsi, niemal pierwsze jego pytanie to:

– Nie macie tu jakiegoś trupa?

🙂

Praca naukowca do czegoś zobowiązuje, ale od kiedy sięgnę pamięcią nasz brat znosił do domu różne zwierzęce zwłoki i na milion sposobów konserwował je i preparował.
Zdarzyło się raz, że mama szukając w zamrażalce wędliny na święta, obok pęta kiełbasy znalazła zamrożoną sowę. Omalże sama nie padła trupem;)

Śmiejemy się z Maxa, ale sami niewiele się od niego różnimy.
Kora dla dalekich dzikich podróży dałaby się pokroić.
A ja…
– Ej, tu są, tu są!!! – krzyczę mężowi w aucie – Zatrzymaj się.
I nim samochód dobrze wyhamuje, wyskakuję zeń i pędzę w pole.
Olbrzymia kępa dzikich maków ląduje w bagażniku. To do namalowania, a potem wysiania we własnym ogródku, bo mam ambicję mieć wszystkie ukochane dzikie kwiaty na własnym podwórku:)
W tamtym roku udało mi się tak przenieść chabry polne i driakiewniki, parę lat temu – wierzbówkę kiprzycę i kalinę:) Teraz pracuję nad makami i rumiankami, rozchodnikiem i paroma jeszcze badylkami.

Mam to po babci i mamie. One wszędzie, gdzie się pojawiły, brały „zaszczepki” kwiatów. U nich nawet suchy patyk wsadzony w doniczkę zakwitał:) Co tam różdżka Aarona;)

*  *  *

Pasje.

Młodsze siostry szaleństwa.

Czym świat byłby bez nich.

Skąd się biorą? Rodzimy się z nimi czy nabywamy? Po co są?  Co o nas mówią? I dokąd nas prowadzą?

I dlaczego pasja to „pasja” czyli „cierpienie”?

Czy dlatego, że to wieczna pogoń za niedoścignionym i tęsknota za spełnienieniem? 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

sezon ogórkowy czas zacząć:)

 

Wakacje szczęśliwie się rozpoczęły, warto więc poszukać tematów typowo wypoczynkowych, więc…


Zupę pomidorową każdy zna, ale też każdy lubi inaczej:)
Gdy dzieci były małe, zawsze gotowałam ją z ryżem, bo makaron dla malucha jest bardzo nieporęczny. I tak się przyzwyczailiśmy i długie lata pomidorowa była zawsze z ryżem. Polecam.
Od jakiegoś czasu zapragnęłam wrócić do klasyki z moich dziecięcych wspomnień, czyli zupa pomidorowa z makaronem typu nitki.
– Eeee, mama – zgłasza reklamacje syn – Ugotuj ze świderkami, bo nitki się za bardzo rozgotowują.
– Nie – krzyczy Laurka – właśnie z nitkami najlepsza.
– I tego ziela mniej – gdzieś tam podnosi się z rodzinnego tłumku nieśmiała sugestia.
Ziele to dla „niewtajemniczonych” wszystko co zielone, czyli listki pietruszki, lubczyku i nie daj Bóg!!! koperku:)
– Co warta pomidorowa bez zieleniny – oponuję.
– A ja i tak nie będę jadł – jak zawsze wierny swoim zasadom odzywa się mężulek. Z zup uznaje tylko rosół, barszcz biały i flaki;)

Koncert życzeń zupy pomidorowej:)


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 8 komentarzy

obrastanie w sens

 

Upały zawisły ciężko nad ziemią.
Nasza czereśnia, w której tyle pokładamy nadziei, nie przyrasta w owoce z braku wody. Sama skóra i kości – rzec by można:) Czyli pestka ze skórką.

Rozciągamy więc szlauch wieczorem i podlewamy. Woda nawet z kranu sączy się leniwą strużką. Ale efekt widać od razu i następnego dnia bladobrzoskwioniowe owoce wyraźnie jędrnieją. 

– To nieprawdopodobne, że to widać tak szybko – mówię. Stoimy z mężem pod rozłożystą koroną drzewa i zrywamy te bardziej dojrzałe owoce.

Ich smak i widok karmi wszystkie zmysły.

Myślę o moim życiu. 

Wczoraj i dziś.

*  *  *

Był taki czas, dawno temu, gdy wydawało mi się, że moje życie jest zupełnie bezowocne i pozbawione sensu. Nagromadzenie samotności, smutku i pustki było tak dojmujące jak upały dla drzewa. Dramatyczny czas, gdy kładłam się spać z nadzieją, że umrę we śnie i budziłam się rano rozczarowana faktem, że jeszcze żyję.

Myśli o samobójstwie krążą w takich chwilach nad głową jak drapieżnie ptaki nad dogorywającym zwierzęciem.

Gdy sobie przypominam tamte chwile z młodości, słyszę Jego głos: 

– Zobacz co by się stało, gdybyś wtedy zrezygnowała z życia, zobacz…

i pokazuje mi rozległe przestrzenie zdarzeń i ludzi wokół…

…  widzę mojego kochanego męża, moje dzieci, to miejsce, ten dom, moich przyjaciół, bliskich, uczniów, każdy kwiat, który posadziły moje ręce, słowa, bujność chwil, feerię barw.

– Gdybyś wtedy… – mówi On – nic z tego by się nie stało, nie byłoby tych ludzi ani miejsc, zdarzeń … Czy rozumiesz jak ogromna byłaby to rana we wszechświecie i czasie? Takie rany nigdy się nie goją. 

*  *  *

Dziś wiem, że trzeba dać sobie szansę. Pozwolić życiu powoli nabrzmiewać sensem, a ten dojrzewa w ukryciu, lecz nieustannie. Nie dać się zwieść nocy, nie dać się złamać suszy, wytrwać.

Mieć dla siebie samego cierpliwość w te dni, miesiące, lata, gdy wydajesz się sobie niczym – pestka pokryta skórką. Dać sobie czas. Życie nie ponaglane rozrośnie się w soczysty miąższ i nasyci wielu. 

Zrywam kolejne czereśnie, toczą mi się po dłoni zarumienione od słońca korale.

Wczoraj jeszcze nie nadawały się do jedzenia, a dziś… ich smak zbliża ku niebu.

Jak każde piękno i dobro.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 4 komentarze