listki i inne drobnostki

 

Wszędzie w domu listki brzóz jak złote duże cekiny. Lśnią na dywanie w pokoju, wycieraczce, parapecie w salonie, czają się tuż za progiem, by, przyczepiwszy się do czyjegoś buta – wśliznąć się niepostrzeżenie i schować w jakimś kątku.

Nie przeszkadza mi to.

Gdy znajdę któryś z nich, uśmiecham się w duchu. Czasem wypraszam grzecznie, a czasami – wręcz przeciwnie.

Tak właśnie od paru tygodni robię z listkiem na parapecie w salonie. Wycieram pod nim kurz podczas sprzątania i odkładam na nowo pomiędzy doniczki, gdzie tak mu wygodnie:)

Drobne niedogodności i niedoskonałości jesieni uczą mnie jak przechodzić ponad drobnymi defektami życia z lekkim wzruszeniem ramion lub nawet z pobłażliwym uśmiechem.

Tak to jest. Po prostu.

Liście spadają.

Tak to jest.

Kolki z sosny, listki i nasiona z brzóz trzeba zaakceptować i zaprzyjaźnić się z nimi, jeśli chce się mieszkać na wsi. Zapach obornika wiosną, huk maszyn rolniczych latem, jaszczurkę, która śmiga po łazience…

Ból głowy, zęba, zimny deszcz, uderzenia gorąca i zmarznięte nogi trzeba przyjąć wraz z promieniami letniego słońca, zapachem kwiatów, opalenizną i jesiennymi grzybami.

Wygody przyjęliśmy z rąk Boga, dlaczego drobnych niewygód przyjąć od Niego nie możemy? – parafrazując słowa Hioba.

Zresztą – gdy się zastanowić – czy to rzeczywiście są niewygody? Może zwyczajne prztyczki w nos, byśmy pamiętali jacy mali jesteśmy.

Czy warto się wściekać i gniewać, gdy się dostanie takiego prztyczka? Czy warto robić aferę, gdy przemokną kalosze albo gdy pająki utkają dodatkową woalkę nad oknem?

🙂

Ale na pewno warto docenić i podziękować za trzewiki, które noszę już któryś sezon od wiosny do późnej jesieni i służą mi bez zarzutu. Za oczy, które – mimo upływu lat – wciąż widzą literki bez okularów, za krtań, która – choć słaba – wytrzymuje nie lada jakie przeciążenia. Itd.itd.

Cóż więc skrzypienie stawów w kolanach? Siwe włosy? Zmarszczki od myślenia na czole?

To tylko drobne listki brzozy rozsypane tu i tam na ścieżce, którą idę.

Zetrę pod nimi kurz, uśmiechnę się i pójdę dalej:)

 

 

lektury

 

Ach, jakie piękne książki podsunął mi Przypadek (czyt. Boża Opatrzność) na ten czas krótkiego postoju.

Najpierw „Cuda i łaski świętej Teresy z Lisieux”, a zaraz potem „Siostra Łucja mówi o Fatimie”.

Jedna – zupełnie nowa, świeżo zakupiona w sklepie, a druga – stareńka i zdjęta z przykurzonej półki moich teściów. Obie – niesamowite. I tak pełne wiary. Prostej, dziecięcej, ufnej, niezachwianej, dotykalnej, wyczuwalnej jak tętno, powąchalnej.

 

Tego mi było trzeba jak porannej rosy.

Opowieści o dzieciach, które – by ratować grzeszników od piekła – znosiły drobne przykrości, głody, smutki, pragnienia, niedogodności. Mała Hiacynta, którą bolała główka, bo cały dzień nie jadła i nie piła, aby cierpieć za grzeszników i skarżyła się, że świerszcze za głośno cykają i żaby zbyt głośno rechoczą. Lecz, gdy Franciszek zapytał: A nie chcesz ofiarować tego za grzeszników?, zakryła głowę i wykrzyknęła: Tak, chcę! Żaby, głośniej rechoczcie! Świerszcze, głośniej cykajcie!

 

Można być wielkim świętym, będąc tak zupełnie małym.

 

Albo św. Terenia, która objawiła się choremu i obsypała całe jego łóżko malutkimi różyczkami, tak, że zapach róż oplótł cały dom. A potem chory wstał zupełnie zdrowy.

 

Można, ach można być wielkim świętym, będąc tak blisko ziemi.

 

Więc widzicie. Rekolekcje bardzo udane:)

Polecam Wam czasem zachorować👍

 

 

 

 

# znaczek 178

*  *  *

nie parzę się przy tym:)

Malutka Hiacynta uwielbiała powtarzać, że kocha Serce Jezusa i Serce Maryi❤️🩵

Gdy była już bardzo chora, Łucja przyniosła jej obrazek Pana Jezusa. Nie spodobał jej się, bo twierdziła, że Jezus jest o wiele piękniejszy. Lecz obrazek wzięła. „Bo jednak zawsze to On” – stwierdziła. Włożyła go pod poduszkę i po wielokroć  wyjmowała, by ucałować, aż obrazek był  prawie zupełnie zniszczony.

– Całuję Go w serce – powiedziała – bo tak bardzo kocham Jego serce.

A potem dopytywała Łucji czy nie mogłaby jej też przynieść obrazeczka z Maryją:)

 

 

jesienność w nas

 

I znowu dni jak podświetlona od środka lampa o bursztynowym abażurze. Pełne blasku, igrających na deszczowych kroplach świateł, przeplatane na zmianę sznurami ulew i nićmi slonecznych promieni.

Jesień.

Spoglądam na nią, stojąc w oknie.

Raz się stroi w korale, purpury, świecące organdyny, innym razem snuje się jak ktoś chory w szarym szlafroku lub dama w żałobie z woalką mgły na strapionej twarzy. Jednego dnia śpiewa ptasimi trelami, krzyczy kluczami żurawi i przeciaga się jak zadowolony kot na ciepłym parapecie okna, innego dnia łka i szlocha w rynnach i rurach wentylacyjnych, wścieka się szarpiąc drzewa za ramiona.

Raz pogodna, raz pochmurna. Raz złota aż do oślepienia oczu, innym razem zszarzała i spopielała. Jednego dnia ożywiona i pełna mnogiego ruchu, drugiego – smętnie nieruchoma jak płyta grobowca. Raz lodowalata, innym razem jak piec rozgrzana i aromatyczna jak pierniki.

Nie można się nudzić z naszą jesienią. I nie można rozwikłać jej tajemnicy.

Ranek nie daje żadnej podpowiedzi, jaki nastanie wieczór. Noce nie wróżą nic o dniach, które po nich nastąpią.

Lecz czy nie podpowiada nam ona coś o naszym życiu? Przecież nie jest tak różna od nas samych, byśmy nie mogli w niej jak w lustrze siebie rozpoznać.

Nasze wewnętrzne zmagania i zewnętrzne burze. Nasze pogody i niepogody. Nieustanne napięcie między tym, co dziś i tym, co jutro. Nasza szalona dwubiegunowość, za którą sami nie nadążamy. Uporczywe przebijanie się światła przez zwaliska chmur. Odzyskiwanie równowagi po każdym zachwianiu. Łkania i nagłe w nich wyciszenia. Gniewy i pokoje. Zrywy i upadki. Nagłe przypływy sił wśród morza bezsilności. Nadzieja rozbłyskująca w ciemnych czeluściach. Śmiech przez łzy i płacz ze śmiechu.

Złoto i pajęczyny. Pajęczyny i wrzos.

 

Jest tylko jedna tajemnica większa od człowieka.

Bóg.

 

rekolekcje na L4

 

Walka była długa i zacięta, ale ostatecznie pokonały mnie. Zmutowane po wielokroć, w milionach sztuk siedzące na klamkach drzwi, ławkach, fruwające w powietrzu i zostawiane na policzku wraz z mokrymi całuskami przedszkolaków. Armia szkolnych wirusów i zarazków:)

Jestem z siebie jednak dumna, że wytrwałam tak długo i skapitulowałam dopiero wczoraj.

Zazwyczaj mysiałam się poddać już pod koniec września. A w tym roku taka niespodzianka!

Tym bardziej wielkie to zwycięstwo, że – jak wyszło w badaniach krwi – mam dość obniżoną odporność. Chyba więc trzymałam się dotąd samą siłą woli:) Lub – co uważam za bardziej prawdopodobne – łaską Bożą byłam podtrzymywana.

Lecz to nie znaczy, że wraz z chorobą owa łaska została mi odjęta. O nie! Traktuję to po prostu jak inny, nie mniej ważny rodzaj łaski.

Bo choroba i parę dni przymusowego pobytu w domu to nie jest dla mnie bynajmniej dopust Boży, lecz czas darowany na zatrzymanie się, refleksję, modlitwę, ratunek dla duszy.

Ciało więc dostaje pastylki, czosnek, herbatki, syropy, ciepły koc i sen. A dusza w tym czasie karmi się różańcem, książkami religijnymi, muzyką i spoglądaniem przez okno na złotą, znów dziś pogodną jesień.

Lektur o głębokiej treści mam cały stosik, bo chyba mój Anioł Stróż przewidział zawczasu co się święci i natchnął mnie a to do kupna książki o Małej Tereni, a to do przewertowania biblioteczki w domu rodzinnym mego męża i wypożyczeniu zeń kilku nieczytanych jeszcze pozycji.

Tak więc siedzę w ciepełku, okładam się plasterkami cebuli i dobrymi słowami tchnącymi wiarą, nadzieją i miłością.

I – żeby nie być samolubem – podzielę się z Wami choć paroma okruszkami.

*  *  *

Chrystus jest Bogiem „przetłumaczonym” na język ludzki.

(o. Leon Knabit)

*  *  *

Za to, co we mnie siedzi, ja najczęściej nie ponoszę odpowiedzialności. Ale to, co ja z tym zrobię – zależy ode mnie.

(Karol Wojtyła)

*  *  *

O tajemnicy Trójcy św:

Nieskończoność plus nieskończonośc plus nieskończoność pozostaje nieskończonością.

(prof. matematyki Bernard Turowicz)

*  *  *

Można mówić o czymś w rodzaju „duchowego estetyzmu” … : Bóg jest piękny, więc i ja staram się być możliwie piękny we wszystkim, co robię.

(o. Leon Knabit)

 

 

powracanie

 

Powrócić do domu.

Rozpakować walizkę, szybko nastawić pranie. Włączyć Armstronga i zabrać się za krojenie warzyw.

I już za chwilę dom ożywa, przeciąga się, budzi.  I coś głęboko w tobie robi dokładnie to samo.

Twoje córki parzą herbatkę Rooibos z goździkami i miodem.

Szumi pralka, Louis wtóruje schrypniętym głosem, pachnie bulgocząca zupa. Mąż stuka piecem. Karmisz koty, odsłaniasz zasłony, zapalasz świecę, bierzesz różaniec.

Wracają do ciebie twoje własne oswojone myśli, wyglądasz przez swoje własne okno na coraz bardziej złocisty twój świat, przykrywasz się swoim ulubionym ciepłym kocem. Córki oglądają jedną ze swych ulubionych bajek.

Wszystko, co znane i swojskie znów wypełnia przestrzeń i serce.

Mościsz się w tym jak najwygodniej, dopasowujesz na nowo.

Bo nie wystarczy tylko przejść przez próg.

Powracanie jest długim i pełnym znaczących gestów procesem.

Każde powracanie.

 

 

Słowo na dziś🌸

Z dzisiejszej Ewangelii:

Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone.

Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli».

🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛🐦‍⬛❤️

 

 

 

siedź cicho…

 

Siedzimy i rozmawiamy.

Imieniny naszej koleżanki Eli.

Opowiada o swoim dorosłym synu, o tym jak się męczy w pracy w urzędzie, bo nie może patrzeć na to, co się tam dzieje.

– Mamo, co innego się mówi, co innego się robi, kłamstwo i obłuda. Ja się chyba zwolnię. Nie wytrzymam. Nie mogę na to patrzeć. Jedni pracują jak woły i aby tylko na chwilę odeszli od stanowiska pracy, już dostają po głowie. Inni cały dzień grają na komputerze, albo surfują po Internecie, nic nie robią i patrzy się na to „przez palce”. Ja chyba pójdę do burmistrza i zwrócę mu uwagę. – cytuje wypowiedź syna.

– Wychowałaś go na uczciwego człowieka, który reaguje na dobro i zło – mówię wyraźnie zmartwionej koleżance.

– A ja mu mówię – kontyuuje Ela – ” Synu, siedź cicho i rób swoje. Nie wychylaj się, bo stracisz pracę.”

*  *  *

Co my robimy?

Najpierw uczymy ich co dobro, a co zło, co jest uczciwe, a co nie i żeby reagować na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość. A gdy już mają ukształtowane, wrażliwe sumienie, mówimy: „siedź cicho, bo stracisz pracę”, „siedź cicho, bo ludzie cię nie będą lubić”.

To najgorszy rodzaj kalectwa: człowiek, który kiedyś miał wrażliwe sumienie, ale świat, życie i ludzie przekonali go, że nie warto. Złamany kręgosłup.

* * *

A może w końcu przestańmy siedzieć cicho, nawet gdyby to miało drogo nas kosztować.

Nie o to zapewne Jezusowi chodziło, gdy mówił:

„błogosławieni cisi”.

On nie bał się narazić i powiedzieć „plemię żmijowe”, nie bał się krzyczeć, gdy trzeba było bronić wartości, nie chował głowy w piasek, żeby uważano go za grzecznego i nie wyrzucono z synagogi.

 

I – żebyście nie poczuli się oskarżeni tym postem – piszę to przede wszystkim do samej siebie.

Nie do Eli, lecz do siebie mam pretensje.

Że zbyt często milczę.

 

 

sypać iskry

 

Od jakiegoś czasu prowadzę dwa konta na Instagramie. Jedno z moimi obrazami i drugie, na którym próbuję uchwycić chwilki i małe rzeczy, jakimi żyjemy na co dzień jako rodzina.

Wśród obserwujących znalazło się parę koleżanek Ali ze studiów, młodych dziewcząt.

– Wiesz – śmieje się moja córka – Ania powiedziała mi, że jak jest jej smutno albo źle, to wchodzi sobie na twojego Instagrama i ogląda wszystkie filmiki i zdjęcia i wtedy się uspokaja:)

 

To najwspanialsze co mogłabym usłyszeć.

Po to, właśnie po to poświęcam te okruchy czasu, by pisać, fotografować, nagrywać, malować. Żeby komuś, może zupełnie nieznanemu, zrobiło się troszkę jaśniej i cieplej, gdy tego potrzebuje.

Tym właśnie jesteśmy dla siebie nawzajem. Małymi światełkami, które dają nadzieję na wielkie światło.

„Bądź źródłem światła w świecie” – przyczytałam kiedyś. Chyba to są słowa św. Charbela.

Ujęły mnie bardzo. Pociągnęły.

I ten obraz z filmu „Władca pierścieni”, gdzie kolejne królestwa zapalają na wyżynach i górach swoje ogniska – znak jedności i wsparcia w walce z ciemnością. I nagle wszystko, jak okiem sięgnąć usiane kroplami światła. Jak noc usiana jest gwiazdami.

Nie jest sztuką zarażać się nawzajem ciemnością. To, w czym musimy być mistrzami, to przekazywanie innym iskier światła.

Tylko tyle?

Tylko iskry?

Tak.

Iskra wystarczy, by zapłonęło wszystko wokół. By wszystko pojaśniało. By uratować życie komuś, dla kogo już wszystkie światła pogasły.