biedronki

 

Wszędzie biedronki. Siadają mi na włosach, rękach, na cegłach mojego domu, zielonych deskach okiennic, stoliku. Biegają jedna za drugą.

Powietrze wibruje od ich małego nakrapianego życia.

Ciepły październikowy wiatr przekłada mi pasma włosów, pogania biedronki, droczy się z nimi i bawi liśćmi.

Wciąż jest tak pięknie mimo połowy października.

Rozwieszam pasiaste dywaniki na sznurku biegnącym w poprzek podwórka, wdycham cudny zapach prania, zmieszany z zapachem zamierających liści, przekwitających kwiatów. Ciepło.

Mam na sobie top na ramiączkach, a słońce głaszcze mnie po ramionach. Opadają złote liście brzóz i długie igły sosny. Zawsze ich potem pełno w koszu z praniem, a później mamy je w domu, pod łóżkiem, na schodach, wszędzie.

Nie przeszkadza mi to. Schylam się czasem, podnoszę listek z podłogi. Lecz bywa, że nie wyrzucam go wcale, lecz kładę na stoliku, by nadal się nim cieszyć.

W domu pachnie umytymi oknami i cynamonowymi ślimaczkami. Tu też wszędzie biedronki, raz po raz zabłąkana osa lub pszczoła. Nic dziwnego. Wszystkie okna i drzwi są otwarte. Może dziś ostatni raz można tak zatrzeć granicę między wnętrzem domu, a jego zieloną otoczką.

Może za dzień, dwa przyjdą siarczyste mrozy, może śnieg, lodowe stepy.

Lecz na razie firanki, poruszane ręką jesiennego wiatru, falują jak żagle.

Nagle przypominają mi się wersy z wiersza Baczyńskiego:

„Znów wędrujemy ciepłą ziemią

Znów wędrujemy ciepłym krajem”

 

Chodzę więc po tym wszystkim, pomiędzy, dotykam, głaszczę, patrzę, chłonę mając w głowie tylko jedno słowo:

„Dziękuję”.

 

przed ciszą

 

Wiecie, że raczej nie wypowiadam się na tego typu tematy, zostawiając dla siebie ten rąbek tajemnicy we własnym sercu. Pomyślałam jednak, że czasem moje milczenie odnośnie pewnych kwestii możecie odebrać jako tchórzostwo.

Nie chcę więc tym razem chować się za opowieści o kwiatach, cytaty z Gabrieli czy ładne zdjęcia.

Wszyscy wokół piszą o wyborach, zachęcając w mniej lub bardziej elegancki sposób do wzięcia w nich udziału. Więc i ja z całego serca popieram te apele. I wypowiem się tutaj jako wierzący katolik.

Uważam i zawsze uważałam, że nie pójście do urny wyborczej, bo „mi się nie chce” lub „nie zależy mi”, jest grzechem zaniedbania. Zawsze więc biorę udział we wszystkich wyborach i referendach. Nigdy się nie uchylam. Nie szukam wymówek, ani luk prawnych, by tego nie zrobić. Ojczyzna jest dla mnie czymś niezmiernie drogim i jeśli mogę tak małym gestem przyczynić się do jej dobra, lub uratować ją od jakiegoś zła, to czymże to jest w porównianiu z falami krwi wylanymi przez poprzednie pokolenia.

I tak wychowuję moje dzieci. By zawsze głosowały i by kochały ten kawałek ziemi o imieniu Polska.

Drugą kwestią jest na kogo jako osoba wierząca nie mogę i nie chcę zagłosować.

Spotkałam się w Internecie z ankietą pt. jakie kwestie są kluczowe przy twoim wyborze partii, na którą będziesz głosować? Sugerowane odpowiedzi to: sprawy godpodarcze, kwestie międzynarodowe, polityka społeczna, kultura, kwestie obronne, ochrona zdrowia.

I … nie mogłam zaznaczyć żadnej z proponowanych odpowiedzi.

Tak, zgadzam się, wszystkie ww są ważne, ALE dla mnie nie są kluczowe.

Na każdą z nich możemy się różnie zapatrywać: przedsiębiorca będzie chciał przejrzystego systemu podatkowego, pacjenci i personel szpitali – większych kwot przeznaczonych na ochronę zdrowia, nauczyciele – odbiurokratyzowania szkoły i lepszych pensji, artyści – lepszego finansowania sztuki, naukowcy czegoś innego, wojskowi, policjanci, rolnicy itd.itp.

Ale ja nie jestem przede wszystkim pacjentem, nauczycielem, matką, przedsiębiorcą. Ponad tym wszystkim jestem osobą wierzącą.

Dlatego dla mnie kwestią kluczową będzie:

– czy dana partia popiera aborcję czy broni życia nienarodzonych

– czy popiera eutanazję, czy broni i chroni życie aż do naturalnej śmierci

– czy nie deklaruje wprost, że popiera związki homoseksualne i jest za ich zrównaniem z rodziną

– jak wypowiada się w kwestii wolności religijnej

– czy zamierza chronić rodziny i prawa rodziców do wychowania dzieci

– czy nie zamierza budować świata i jego przyszłości tak jakby Boga nie było.

Dlatego z mojej listy wyborczej wykreślam te opcje polityczne, które składają obietnice legalizacji związków homoseksualnych, te, których członkowie brali udział w czarnych marszach i dewastowaniu świątyń, te, których liderzy zapowiadają wyrzucenie religii ze szkół, a wprowadzenie do nich obowiązkowych zajęć bez zgody i akceptacji rodziców… Nie jest tajemnicą które partie opowiadają się za takim stanem rzeczy. Chętnie się tym chwalą we wszystkich mediach.

Życie, wolność wyznawania wiary, rodzina, prawda, etyka chrześcijańska to są dla katolika wartości nienegocjowalne i one są jako pierwsze w szeregu innych mniej ważnych kwestii.

 

Niesamowitą tajemnicą jest dla mnie jak człowiek wierzący może jednocześnie głosować na opcję w żaden sposób nie przystającą do moralności chrześcijańskiej. Jakieś rozdwojenie jaźni?

Swoim głosem przyczyniać się do wygranej i rządów kogoś, kto podważa podstawowe zasady wiary i moralności? A po odejściu od urny pójść na mszę i wyznać wiarę w Jezusa Chrystusa?

Można aż tak rozjechać się w życiu z własnymi przekonaniami?

Pamiętam rozmowę z Ewą, gdy jeszcze żyła. Pewnego dnia temat zszedł właśnie na wybory.

– Wiesz, ja się nie przyznaję znajomym, nawet tym najbliższym, że głosuję na prawicę. Zjedli by mnie – powiedziała.

– Wiem – odrzekłam – Wiesz ile słów nienawiści słyszę co dzień, nawet podczas wigilii, od mojego rodzeństwa, w pracy, na spotkaniach towarzyskich.

 

Może prześladowania mają dziś taką formę?

Nie przypominają żywych pochodni Nerona, a jednak…

To jednak nie spowoduje, że zmienię zdanie.

 

 

Ps. Dla zainteresowanych, fragment z wypowiedzi Episkopatu, inspirowanej Katolicką Nauką Społeczną:

„Właściwie ukształtowane sumienie chrześcijańskie nie pozwala nikomu przyczyniać się przez oddanie głosu do realizacji programu politycznego lub konkretnej ustawy, które podważają podstawowe zasady wiary i moralności”.

Za chwilę cisza wyborcza. Niech w tej ciszy słychać będzie tchnienie Ducha Świętego. Oby zstąpił i –  jak prosił Jan Paweł II – odnowił oblicze naszej ziemi.

Ona tak bardzo tego potrzebuje.

 

 

 

dżem:)

 

Każdy ma swoje upodobania, miłości, antypatie i uprzedzenia.

Ja np. nie lubię koloru pomarańczowego i fioletowego, ale uwielbiam lawendowy i lazurowy. Znałam jednak osobę, a nawet z nią mieszkałam parę lat, która ubierała się tylko na fioletowo i to w tym odcieniu, którego nie znoszę najbardziej, a który nazywam fioletem pogrzebowym:)

Podobnie ze smakami. Jestem z domu, w którym na porządku dziennym było jedzenie cebuli i to na surowo. Jako dzieci jedliśmy cebulę jak jabłka, chrupiąc z lubością. Czosnek też lubiliśmy. Niestety mój mąż nie znosi tych dwóch rzeczy i gdy nawet obiorę ząbek czosnku, a on poczuje zapach, wykrzykuje teatralnie:

– Znowu chciałaś mnie uśmiercić!

😁

 

Ostatnio pisałam wam, że przyczepił się do mnie jakis wirus i wyraźnie czułam, że zaczyna mnie „rozkładać na łopatki”. Ksawery polecił mi więc cudowny środek: miód lipowy wymieszać z mielonymi ziarnami kopru włoskiego i zmiażdżonym czosnkiem. Zrobiłam więc sobie specyfik, włożyłam go w słoik i do lodówki.

– Mamo, mamo!!! – krzyczy Laurka któregoś wieczoru – Wiesz co się stało? Tata znalazł dżem brzoskwiniowy w lodówce, odkręcił go i prawie zemdlał:)

– Chciałaś mnie podstępnie uśmiercić – grobowym głosem odezwał się mężulek.

Tym razem nie:)

Tym razem moim zamiarem było uniknięcie mojej własnej śmierci. A specyfik działa, bo chyba nawet wirus nie lubi zapachu czosnku z koprem i miodem.

Ja lubię😁

 

 

dzień dobry

 

Można komuś rozświetlić dzień drobnym gestem. To takie nie-trudne, a tak cenne.

– O, moje skrętniki!!! – krzyczę, gdy na progu pokoju nauczycielskiego zjawia się Ania – Pamiętałaś!!!

– Tak, wiedziałam, że tu będziesz – mówi i podaje małą reklamóweczkę z wystającymi zeń paroma listkami.

– Jesteś kochana – przytulam ją.

Ania w tym roku jest na urlopie i przyszła nas odwiedzić. Obiecała mi zaszczepki skrętników jeszcze w tamtym roku i szczerze mówiąc myślałam, że zapomniała. A tu taka niespodzianka.

Od razu mi świat pojaśniał, choć głowa uporczywie boli i ewidentnie jakiś wirus próbuje się do mnie dobrać.

Ale to nie muszą być aż kwiaty.

Ktoś kogoś przytuli na korytarzu, ktoś zapyta: jak zdrowie?, ktoś doradzi, zastąpi na dyżurze, zatrzyma się na chwilę, by posłuchać, uśmiechnie się w przelocie, poda klucz do ręki, powie: „miłego dnia”, zajrzy w oczy ze zrozumieniem, zainteresuje się chorobą wnusi lub ślubem córki, obieca modlitwę, pożyczy długopis…

A potem, od tego wszystkiego jak z małych zaszczepek wyrasta kolejne i kolejne małe dobro, oplata gałązkami wszystko, kwitnie, owocuje, syci wkoło.

Już się przekonałam jak ciemno potrafi się zrobić z samych tylko narzekań, a nawet tylko ich słuchania i widziałam jak świat jaśnieje od paru dobrych słów rzuconych w przelocie. Wiele razy doświadczyłam jak dobro do mnie wraca podwojone, potrojone, pomnożone tak, że wydaje się mnie otulać zewsząd.

To nie jest tylko pusty frazes, że „dobro podwojone wraca”.

Tak sobie myślę, sadząc moje skrętniki. Potem stawiam je na parapecie okna i piszę sms-a do Ani: „Dziękuję. Jesteś kochana, że pamiętałaś. Już posadziłam”.

Pik-pik

Za chwilę dostaję odpowiedź:

„Niech ci pięknie kwitną”.

Czy ludzie nie są cudowni, a życie przeurocze?

Wystarczy naprawdę niewiele, by tak było zawsze i wszędzie.

 

Ps. To coś na obrazku to oczywiście nie jest skrętnik, lecz mój nowy nabytek – biały fiołek afrykański. Namiętnie je hoduję, a brakowało mi tego koloru. Gdy zaś poprosiłam o listek na zaszczepkę, dostałam cały kwiatek, z doniczką i podstawką. I szerokim uśmiechem:)

Gdybyście mieli jakieś fajne kolory fiołków, chętnie przygarnę jeden listek.