zarobkowanie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


System płatności za oceny nadal
funkcjonuje, więc…

– Tato, jeszcze mi nie dałeś 10
złotych za oceny i 5 kieszonkowego. – zgłasza nieśmiałą sugestię najstarsza
córka.

– Oho-ho!!! – wykrzykuje dłużnik
– Aż 15 złotych!!!?

– No co? – przymila się córka –
Ja też muszę zarabiać:)

 

– Pamiętaj, że wstrzymywanie
zapłaty robotnikom to grzech wołający o pomstę do nieba. – dorzuca trzy grosze
Rutka, co by już zupełnie roztrząsnąć pracodawcy sumienie.

 

Sprawiedliwości musi stać się
zadość, choćby kosztem kosztów:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

wielka wyprawa dla jednej chwili

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Wielka wyprawa.

Długa, męcząca, w chłodny
listopadowy dzień, w jeden z tych dzielnych dni, które walczą z szarą płachtą
chmur.

Wielka wyprawa do małej kropelki.

Setki kilometrów, a na końcu kilka
chwil u stóp czerwonej plamki na białym korporale.

Mrok kościoła przepasany
miejscami szarfą światła z okien, stukot obcasów tłumiony starymi dywanami,
szmer modlitw wplątany w twarde odgłosy remontu, ludzie przytuleni do
zniszczonych ścian, jakby zagubieni, a jednak doskonale odnalezieni właśnie tu.

Klękamy.

Ja , Miś, Ksawery, nasza
koleżanka Maria, którą wciągnęlismy w całą eskapadę, obok nas Nusia i Laurcia.
Ta ostatnia dosłownie na ułamek sekundy, bo wielka, nieznana przestrzeń kusi,
by ją zwiedzać, schodek wprost zaprasza, by zeń skakać, aniołek, by go dotknąć,
cisza, by ją skalać choć szmerem wpuszczonym w ucho siostry…

Kątem oka obserwuję, kątem ucha
śledzę, dłonią asekuruję, palec przykładam do ust, tłumaczę nabożnym szeptem…

Gdzieś pomiędzy miga mi czerwona
plamka, dla której tu jestem, która tu dla mnie trwa.

Chwila twarzą w twarz, krótka,
intensywa, musząca wystarczyć za godzinne adoracje.

 

 Bo… przedmiot mojej codziennej adoracji jest
ruchomy. Bardzo. I równie nieprzewidywalny.

Właśnie idzie raźno główną nawą.

 

– Wiesz – zwierzam sie mężowi już
w domu, gdy dzielimy się wrażeniami z wielkiej wyprawy – przez ostatnie lata
tak rzadko bywam w kościele sama, bez dzieci, bez pilnowania ich, że kiedy już
mi się zdarzy, od progu kościoła wpadam niemalże w ekstazę. Świat przestaje
istnieć, ludzie znikają.

– To taki czas – mówi on – jest
nam potrzebny, Bóg wie po co. Jesteśmy rodzicami, kiedyś dzieci odejdą i
wszystko się zmieni.

 

Tam też chciałam się zapatrzeć w
czerwoną kropelkę, może rozwikłać niejedną swoją życiową zagadkę, odbyć kojący
dialog, nazwać nienazwane, odfrunąć na chwilę, ale… obok mnie było moje  trzyletnie dziecko – pępowina łącząca mnie ze
światem, krew z mojej krwi, oddech z mego oddechu, istota z mojej istoty,
tysiąc pytań jeszcze bez odpowiedzi.

 

Jem ukradkiem, śpię ukradkiem,
modlę się ukradkiem, ukradkiem czytam, piszę, jestem nawet ukradkiem. 

Na Ciebie drobino Ciała patrzę
ukradkiem. Ale widzę Cię zupełnie dobrze i – co o wiele ważniejsze – Ty widzisz
mnie. Śledzisz mój każdy krok, dłoń wyciągasz asekurując, wsłuchujesz się w mój
oddech, gdy śpię, czuwasz nieustannie, Jesteś cały dla mnie, tylko dla mnie, wyłącznie.

Gdybym nie była matką, nigdy nie
pojęłabym tego. Musiałam zostać matką, bo to jedyna zrozumiała dla mnie lekcja.

Żaden najmądrzejszy teolog nie
wytłumaczyłby mi czym jest tak nachylić się ku drugiemu, że powoli rezygnować z
siebie.

Wykrwawić dla drugiego swój czas,
swoje siły, swoje plany, talenty, swoje „ego”. I nie spodziewać sie za to
niczego, starać się nie czekać na żadną zapłatę. Nigdy.

 

Kropelko brocząca zawsze dla …
mnie.

 

Kropelko, do której odbyłam długą
podróż, by spotkać cię na kilka sekund.

 

 

 

Ps. Sokółka.

Jeśli Wasze trasy
kiedyś tam będą biegły gdzieś obok, wstąpcie na chwilę.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

sama słodycz

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


W domu, gdzie są dzieci, muszą
być słodycze.

Aktualnie ze słodkości mamy:

    1. cukierki ziołowe od cioci Anett ( sterta
      innych pyszności już zniknęła nie wiedzieć jak, gdzie i kiedy:),
    2. zawinięte w ściereczkę ciasto na pierniczki,
      które dojrzewa na strychu ( Czas dojrzewania – tylko 4 tygodnie.
      Pozazdrościć:) Ja dojrzewam już prawie cztery dekady i wciąż mi wiele
      brakuje:).
    3. mamy też kopczyk mandarynek, które aromatem
      zaczarowują atmosferę w mniej słotno-jesienną, a bardziej
      przedświąteczną.
    4. i … cztery pociechy z funkcją zmiennego
      poziomu słodyczy zależnie od humoru, pogody, stopnia wyspania i
      najedzenia (  dwie ostatnie zmienne
      mają zasadniczy wpływ zwłaszcza na słodkość Laurki)

 

To – na
dzień dzisiejszy – tyle.

Niemniej
– jak dobrze poszukać – słodyczy znajdzie się więcej.

Trzeba
tylko umieć szukać.

 

– Ale
on śłodziutki!!! – roztkliwia się Lala trzymając w rączce umięśnionego plastikowego
wojownika z marsową miną . Na jego muskularnym torsie miga alarmująco czerwona
lampka. To pewnie wskaźnik zawartosci cukru:)

Wojownik
swego czasu należał do małego Dusia i odgrywał główne role w zabawach
strategiczno- militarnych, gdzie gro dialogów brzmiało w podobny sposób:


Aaaa!!!

– Łup,
łup.


Aaaa!!!

 Teraz „napakowany” twardziel  przebywa na emeryturze, głównie na strychu,
bądź też – na skutek nagłej odmiany losu – w pudle z zabawkami w pokoju
dziecięcym i nigdy pewnie, w najśmieszniejszych snach, nie śniło mu się, że
ktoś nazwie go „Panem śłodziutkim”.

Cóż za
obelga!  I jakże niezasłużona!

Poziomem
słodyczy może mu bowiem dorównać chyba tylko czerwony tyranozaur z
wyszczerzonymi zębiskami i małymi szpetnymi oczkami, który również mieszka w
tekturowym pudle. Też emeryt.

 

Tymczasem Lala namierzyła już
kolejny obiekt:

– Ma takie śłotkie oćkaaaa.

Tym razem wyszukany komplement
dotyczy świeżo narysowanego bąka, który ozdobił swymi wdziękami stary
podręcznik Nusi. Bąk głównie składa sie z wybałuszonych oczu i jest pierwszym
owadem, jaki wyszedł spod rączek małej rysowniczki. Może dlatego tyle w nim
słodyczy, bo dzieło zawsze jakoś emanuje cechami swego twórcy.

 

Słodko, słodko, coraz słodziej:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

na targu próżności:)

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– A ja mam najciemniejsze
włosy!!! – chwali się Nusia prawie kruczowłosa.

– A moje się podkręcają!!! –
licytuje Ala zawijając na palec złocisty kędziorek koło policzka.

– A ja mam czarne włosy na
nogach!!! – podbija stawkę kruczowłosa.

 

– Oooo – włącza się do dysputy
tata, znawca i wielbiciel kobiet wielu – to to akurat nie jest dla ciebie
wielkie szczęście.

 

I – trzeba mu przyznać – zna się
na rzeczy:)

ps. Mąż do żony: Masz nogi jak sarenka.

     żona: Takie zgrabne?

    mąż: nie, takie włochate:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

ze sterty śmieci

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Laurka bywa też taka.

 

Zmięła kartkę i rzuciła na
podłogę.

– Chcie dlugą kaltke, ta była
pomnięta!

– Nie, nie była pomnięta. Ty ją
pomięłaś i rzuciłaś na podłogę. Dostaniesz drugą jak wrzucisz tą do kosza.

– Ale Helena tak rzuca!!! –
wykrzykuje ostateczny argument, a decybele omalże nie wybijają szyb z okien.

– Ale ty nie jesteś Helena tylko
Laura. – ripostuję szybko, choć w głowie panicznie poszukuję odpowiedzi na
pytanie: Kim jest Helena, czy to ta Trojańska i dlaczego daje zły przykład memu
dziecku ?

 

Wieczorkiem, już w pidżamce leży
na naszym wielkim łożu i maluje kolorowankę. Nagle siada, wydobywa z pudełka
kredkę bambino i…

– Mamo, mozieś zie mną śkubać. –
zezwala łaskawie, rozpoczynając obdzieranie kredki z papierka.

– O ludzie, na naszym łóżku!!! –
pomstuję teatralnie – ja nie chcę spać na śmieciach!

– Śkubaj, śkubaj. – nie
przerywając sobie pracy, motywuje ze stoickim spokojem córeczka.

 

Ostatnio połknęłam ( bo to
książka na jeden mały kęsek:) „Tacierzyństwo” Daniela W. Driscoll’a. Autor –
ojciec czwórki dzieci – dokładnie opisuje moje życie i czuję się chwilami
jakbym tę książkę popełniła sama.

 

Wśród wielu złotych myśli jest i
taka:

 

„…Bóg błogosławi nam w naszej niewiedzy.

Gdybyśmy
wiedzieli, jakie konsekwencje pociąga za sobą rodzicielstwo, być może nie
wystarczyłoby nam nawet posiadanie odwagi całego świata.”

 

Choć – gdybym Bóg dał mi jeszcze
jedną szansę i cofnął mnie w czasie – i tak wybrałabym to samo życie pełne
pomiętych kartek na podłogach i obdzieranych ze skóry kredek:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

odkurzanie dnia

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Piątek to dzień kiedy dłużej mogę
pobyć z  Laurką.

Ja smażę rybę, a ona się bawi na
podłodze. Raczymy się czekoladą z bakaliami. Ziemniaczki na kuchni bulgoczą
przyjemnie. Trę jabłka na surówkę, a ona zjada już pierwsze usmażone kawałki
ryby. Kiedy kroję tę rybę na mniejsze kawałeczki żeby łatwiej mogła brać je na
widelec, ukradkiem przymilnie całuje rękaw mego swetra. Ktoś patrząc na to z
boku pomyślałby, że to jakiś wytresowany gest szacunku rodem ze średniowiecza,
ale nikt jej tego nigdy nie uczył, nikt nie wymagał. Skąd u niej takie gesty
nie wiem. Chyba prosto z małego serca.

Jesteśmy same późnym
przedpołudniem. Słońce nam tylko ściele się na stole, pachnące już zimowo
powietrze wplata się w firankę.

Gdy obiad gotowy, bierzemy się za
drobne porządki, preludium – rzec można – porządków generalnych, sobotnich.
Kuchnia aż prosi się o odkurzenie, bo z okruszków pod stołem wyczytać można
menu kilku ubiegłych dni. Potem myjemy lodówkę; ja – w środku, Lala myje w
brodziku dwie plastikowe szuflady. Oddana pracy zupełnie naturalnie przechodzi
od mycia pojemników do szorowania szyb brodzika, a potem sedesu. Tą samą
gąbeczką!!! Na szczęście, gdy zamierza powrócić do szuflad, wchodzę do łazienki
i używając metod stosowanych w dyplomacji, kończę szeroko zakrojoną akcję
„Mycie”.

Teraz trzeba zmienić bluzeczkę,
której rękawy ucierpiały w boju.

Za chwilę wróci tatuś, wraz z nim
Nusia i Maja( cioteczna siostra naszych dzieci), a potem Dusio, Ala o północy z
wycieczki.

 

Zwyczajny dzień, a jednak
niezwykły.

Podobny do wielu innych, a jeden
jedyny.

Czy warto o nim pisać?

O zwykłościach zwyczajnych, rybach,
ziemniakach, firankach, gąbeczkach, rękawach – ich całowaniu i moczeniu?

Warto.

 

Gdy o tym myślę, gdy piszę, czuję
jakbym brała do rąk zakurzony wazon i powoli ocierała go z tego, co przesłania
jego kształt i barwy. Miliony spraw, trosk, kłopotów, zmęczenie i zabieganie
sprawiają, że z trudnością dostrzegam jakim skarbem jest zwyczajny dzień.

Pisanie często przywraca mi
wzrok.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

folia bąbelkowa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Czy lubicie przebijać folię
bąbelkową?

 

Ach, ten odgłos plaskającego
bąbelka!

Słyszałam kiedyś, że naukowcom
udało się odkryć źródło fenomenu miłości do przebijania malutkich pęcherzyków
powietrza.

Cała tajemnica tkwi w naszej
potrzebie sukcesu i w hormonie szczęścia, który uwalnia się za każdym razem do
krwi.

Wyobraźnie sobie: dziesiątki,
setki drobnych zwycięstw i szczęście sączące się kropelka po kropelce do krwi.

 

To dlatego nawet w Internecie są
gry z kwadracikiem folii do przebijania. Choć to niezupełnie ten sam efekt i
doznanie klikać myszką, a czuć pod palcami najpierw opór materii, a potem…

Ach , ten odgłos plaskającego
bąbelka.

 

Jest nawet Dzień Uznania Dla
Folii Bąbelkowej!

31 stycznia:)

 

Więc w zabawie bąbelkami chodzi
zwyczajnie o radość z tego, że mi się udało.

A może nie potrzeba szukać folii.
Może wystarczy zmienić optykę patrzenia na moje dni. Nie skupiać się na
potknięciach i porażkach, nie podsumowywać dnia słowami: znowu to i to mi się
nie udało, jestem do niczego, same błędy.

Bo – jeśli uważniej się przyjrzeć
– każdy dzień to ciąg drobnych sukcesów.

Udało mi się opanować moją
senność i wstać o szóstej piętnaście, udało mi się zamienić z mężem kilka słów,
usłyszeć świergot wróbli zanim ruszył uliczny szum, udało mi się ubrać w pięć
minut, udało mi się …, udała mi się zupa na obiad, udało mi się wyjaśnić prosto
rzecz skomplikowaną, udało mi się uśmiechnąć do kogoś choć było mi smutno,
udało mi się spotkać z koleżanką, wyjechać na główną ulicę nim nadciągnęła
karawana aut, udało mi się spędzić kilka chwil z małą córeczką, udało mi się
przeczytać książkę tak, że się z tego śmiała, udało mi się zrobić różową masę
do tortu, kupić suwak, jakiego potrzebowałam, udała mi się herbata, jajecznica
na kolację, udało mi się wyrwać na chwilę z mężem na spacer nad wodę, popatrzeć
na stalowe zmarszczki na powierzchni jeziora, udało mi się wcześniej zakończyć
codziennym maraton, dzieci pomyć, łóżko rozścielić, włosy wysuszyć…

 

– Kąpiel, pidżamka, kolacja,
ząbki i teraz wskakuję pod ciepłą kołderkę. I nie ma mnie. Nie ma Rutki. –
oznajmiam mężowi chowając się z głową pod kołdrę w chmurki.

 On się śmieje, bo jestem dziecinna. Wiem, że jestem.

 

Gdyby umieć tak patrzeć na swoje
życie częściej. Ucieszyć się, zauważyć, czasem nawet nagrodzić samego siebie za te drobiazgi.

Odgłos plaskających bąbelków.

Nieprzerwany korowód małych
zwycięstw.

PS.

Może wtedy też umielibyśmy bardziej cieszyć się i tymi zwycięstwami przez duże Z.

Za dwa dni będzie okazja.

Czy umiemy się ucieszyć naszą niepodległością?

Czasami odnoszę wrażenie, że tego dnia robimy kwerendę naszych porażek, pretensji i żalów za straconymi szansami.

A jest to dzień wprost stworzony na odgłos bąbelków.

Tych plaskających, i tych szumiących , szampańskich:)

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

ciepły kokon

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Kiedy dostaniesz nagrodę,
spodziewaj się dostać też coś innego. Po głowie, po karku, po tyłku – jak
wolisz.

Rut dostała.

I nagrodę – szumnie zwaną nagrodą
dyrektora, i to drugie:)

Tak to już jest – zaraz potem, gdy
ktoś wyrazi ci uznanie; znajdzie się ktoś, kto cię sprowadzi na ziemię, albo i
pięć metrów pod.

Więc Rut wraca ze swoją piekącą
raną do domu, odprute serce dynda na ostatniej niteczce i tylko jednego pragnie
– schować się w jakiejś ciemnej jamce i przeczekać. Może zasnąć.

Ale u szczytu schodów jak zwykle
malutka córeczka i jej sakramentalne pytanie: Maś cioś dla mnie?

W kuchni wir życia, smaki obiadu
przygotowanego przez męża rozsiane, nuty płynące z radia wiszą w powietrzu jak
dzwonki.

– Nie, nie jestem głodna. Gardło
mnie boli.

Rut pije herbatę i szuka na oślep
w głowie sposobu jak otarcie na sercu szybko znieczulić.

Mała córeczka wspina się na
kolana, opowiada „cio lobiła”, do zabawy próbuje wkręcić.

Rut słucha, myśląc tylko o
jednym.

Milczy.

Tak trudno przekroczyć próg
milczenia. Trzeba wielkiej siły, by wyjść z siebie, kiedy czujesz się zraniony.
Ale ona dobrze wie, że trzeba, bo tkwić w swoich tylko myślach to ślepy zaułek,
a ślepe zaułki bywają niebezpieczne. Trzeba otworzyć drzwi do swojego smutku,
choć to czasem tak trudne jak przebijać ścianę głową.

Potem wyjść.

Więc wychodzi.

Jedno słowo.

– No i co? – dopytuje mąż.

Drugie słowo, trzecie… On patrzy,
słucha. Potok słów toczy się coraz prędzej. Rana oczyszcza się, przestaje
jątrzyć.

Rozmawiają. Rut czuje, że siły
wracają.

Bierze się za codzienne
obowiązki. Pranie, ogarnianie domu, potem kilka chwil na działce. Sadzi z mężem
hortensję ogrodową, której sadzonkę dostała od koleżanki z pracy, opatula głóg
i paulownię. Chłodny , pachnący liśćmi wiatr chłodzi smutek. Dumę urażoną?

W domu córeczka wciąż świergocze,
układa swoją urodzinową lalę-bobaska w łóżeczku, karmi mleczkiem z butelki,
przebiera. Syn wbrew zakazom gra w nogę w pokoju, najstarsza córka zniknęła
cała w Mc Dusi, a Nusia rozstrzyga jakie chce jutro zrobić zdjęcie w szkole.

Zwykłe rodzinne sprawy otaczają
Rut szczelnie. Jak kokon. Czymże są rysy na powierzchni serca wobec morza
miłości zalewającego ją co dzień.

Kiedy łaskocze swoją najmłodszą,
kiedy wtula się w jej włoski, kiedy układa drewniane klocki na podłodze
niepostrzeżenie, milimetr po milimetrze otarty naskórek serca się zabliźnia.
Boli jeszcze i będzie bolało długo, ale draśnięcie jest już opatrzone. Plaster
przyklejony.

– Gdyby nie rodzina…- zaczyna
myśl Rut – Gdyby nie oni, bliscy…wiele porażek byłaby ciosem śmiertelnym, z
klęczek podnosiłabym się miesiącami. Gdybym miała wracać po takim dniu do chłodnych ścian mieszkania…- tej myśli już nie kończy. Nie umie.

 ***

Więc za nich najbardziej
dziękuję.

Bo bez nich mnie nie ma.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}