wewnętrzne światło

 

Ja wciąż chora. Jednodniowy eksperyment z powrotem do pracy się nie powiódł i skończyło się powrotem choroby i utratą głosu.

Ale pomyślałam, że coś Wam napiszę. To wspomnienie sprzed dwóch tygodni. Rozmowa, która wciąż we mnie rozbrzmiewa, słowa, które ożywają jak dzwoneczki, gdy je delikatnie potrącić pamięcią.

Więc posłuchajcie…

*  *  *

– Tak bardzo kocham dusze czyśćcowe – mówi, a jej twarz jest pełna niezwykłego światła i zadumy.

– My też – odpowiadam z uśmiechem.

– Od kiedy Michał powiedział mi, że zawsze wsiadając do auta, modlicie się przed podróżą o ich opiekę, ja też tak robię. – wyznaje. – Teraz, gdy leciałyśmy samolotem, też pomodliłam się z dziewczynkami.

– Dusze czyśćcowe chrońcie nas i strzeżcie – recytuję.

– Tak, właśnie tak – potwierdza ona.

Inka jest piękną blondynką, troszkę młodszą ode mnie, ma dwie małe córeczki i męża, który ukrył przed ślubem, że jest narkomanem. Walczyła, ale po latach okazało się, że nic się nie zmienia, a prócz niej, cierpią też dzieci. Za parę dni sprawa rozwodowa. Inka bardzo chciała ze mną porozmawiać. Siedzimy obie nad małym białym stołem w jej mieszkaniu, córeczki poszły do babci, a my mamy dla siebie trochę czasu.

I o dziwo, bardzo mało rozmawiamy o jej mężu i bliskim rozwodzie. A bardzo dużo o Bogu, wierze, modlitwie, Matce najświętszej i Jej cudownym prowadzeniu. Inka opowiada mi o tym, o kolejnych wydarzeniach ostatnich miesięcy, o kolejnych krokach, o tym przyciąganiu.

Obu nam oczy płoną. Jestem jak zaczarowana, bo to, co opowiada Inka przypomina mi wszystko, co zdarzyło się w moim życiu dziesięć lat temu. Tak, to już dziesięć lat, jak nagle i niespodziewanie Maryja pociągnęła mnie ku sobie i rozkochała. To już dziesięć lat jak mnie prowadzi. Opowiadam o tym Ince.

I jeszcze dawniejsze dzieje – gdy Bóg przyciągnął mnie z olbrzymią siłą, gdy miałam zaledwie kilkanaście lat.

Opowiadamy sobie nawzajem, słuchamy siebie, śmiejemy się, rozrzewniamy nad herbatą i talerzykiem z ciasteczkami.

* * *

Jestem introwertykiem.

Pieska po długich ćwiczeniach można nauczyć tańczyć na dwóch nóżkach. Widziałam nawet takiego, którego nauczono malować obrazy. Tak i ja nauczyłam się rozmawiać o sprawach banalnych i powierzchownych, umiem wtopić się w ten świat, nie wychylać na co dzień, by nie zostać zranioną. Ale naprawdę żyję wtedy, gdy mogę czytać, słuchać, rozmawiać, pisać i myśleć o rzeczach wielkich i o głębokich tajemnicach. Wtedy wszystko we mnie ożywa, rozwija się, zazielenia, rozkwita. Płatki stulonego kwiatu rozchylają się i ukazują dno kielicha. W takich sytuacjach, w takich rozmowach. W ciszy i intymności.

Inka jest podobna, choć przyjęła inną taktykę. Na co dzień zdaje się być szorstka, zamknięta i twarda, jak w uszywnionym gorsecie, jak w zbroi.

– Rut, nie składaj mi życzeń – prosiła podczas łamania się opłatkiem w pracy – Ja wiem czego mi życzysz, ale nic nie mów, bo się rozpłaczę – mówiła, więc tylko przytuliłyśmy się mocno.

 

Teraz w jej oczach płoną łzy, a z jej ust wylewają się słowa gorące i rzewne.

Bo w środku jest zupełnie kimś innym. Zawsze to wiedziałam. Swój pozna swego:)

– Wiesz co zrobiły dla mnie dusze – jeszcze raz wraca do tematu – Tyle razy próbowałam rzucić palenie. I nigdy mi się nie udało, choć tak bardzo się starałam. I w końcu przeczytałam, że w trudnych sprawach trzeba prosić te dusze z czyśćca, które za życia miały podobne trudności. Więc pomodliłam się do dusz, które miały nałóg nikotynowy, prosiłam, by mi pomogły. I od następnego dnia już nigdy nie sięgnęłam po papierosa. To już cztery miesiące. Nie miałam ani razu głodu nikotynowego, nawet najmniejszej pokusy zapalenia. Jestem wolna.

 

Rozmawiamy tak jeszcze długo. Parę razy podnoszę się, by już wyjść i siadam spowrotem.

Obie oddychamy głęboko, jakbyśmy miały nie po dwa lecz po cztery płuca. Serca biją nam jakby w piersi był ich milion. A łzy lśnią na rzęsach jak krople rosy.

* * *

Nasze życie jest takie krótkie i takie ważne, a większość z nas przez jego większość żyje tak płytko, poświęcając czas i siły sprawom błahym i bezwartościowym, prowadząc nic nie znaczące dialogi i kręcąc się wkółko bez większego sensu.

Dlatego nie rośniemy i karlejemy jak rośliny bez wody.

Ach, zaczerpnąć czasem chaust światła w serce i żyć nim.

– Widzisz, ten rozwód – szepcze Inka – a ja jestem taka spokojna i nie boję się, bo wiem, że Ktoś mnie prowadzi, że nie jestem sama.

…i żyć dzięki niemu.

 

 

 

 

przyczyna zgonu:)

 

– Hania, to niegodziwe, że dałaś mi tę ksiązkę jak i tak mam katar i nie nadążam wyjmować chusteczek – upominam córkę znad dzieła pt.

” Między ustał a brzegiem pucharu”

*  *  *

– Ja nie mogę tego czytać!!! – krzyczę powstrzymując szloch – Odwodnię się!!!

Lecz córka tylko śmieje i pyta:

– Dlaczego płaczesz? Ja nie płakałam:)

 

Ot, dziecię bez serca wychowałam. Umierającą matkę do grobu takimi lekturami wpędza:)

 

nie brookliński most

 

Siedzę w łóżku. Już lepiej. Choroba się poddaje nieokiełzanym siłom drzemiącym w tak mikrym ludzkim organizmie. Jeszcze tym razem nie ona wygra. Jeszcze tym razem powstanę. Ile razy jeszcze się uda? – pytam za każdym razem rozłożona na łopatki jakąś słabością.

Teraz wirus zainteresował się bardziej łakomym kąskiem, czyli moim mężem:) Pokonać takie chuchro jak ja to żadne zwycięstwo, lecz pokonać takiego siłacza jak on, to prawdziwa gratka. I oto leży jak wielki dąb, powalony rosnącą gorączką.

Bardzo rzadko choruje. Ale tym razem nie dał rady. Co parę minut dzwonią klienci, a on zbolałym głosem odpowiada, że „później, bo nie ma siły nawet wstać”.

Ja piję kawę, która nie smakuje jak kawa i słucham płyty, którą włączyła Nusia. Stare Dobre Małżeństwo. Ach, jak ja ich kocham.

Właśnie leci piosenka ” Nie brookliński most”.

Uśmiecham się nad nią.

Pierwszy raz usłyszałam ją… Niech policzę.

To był chyba rok 1990, początek liceum. Mój kolega z klasy Grzesiek przyniósł przegrywaną dla mnie kasetę SDM i płytę winylową Jacka Kaczmarskiego. Siedzeliśmy w moim pokoju i słuchaliśmy. On, chłopak z gitarą i stary wyga poezji śpiewanej i ja – słuchająca jej po raz pierwszy w życiu. Zauroczona jakbym zobaczyła procesję aniołów zstępującą z nieba.

I nagle ta piosenka ” Nie brookliński most”, taki mocny dysonans, zgrzyt piłą po metalu wyrwała mnie z idyllycznego nastroju.

Nie rozumiałam jej i nie lubiłam. Przez wiele lat, przewijałam kasetę, gdy tylko zabrzmiały pierwsze jej akordy.

A teraz?

Uśmiecham się, dopijając swoją niesmakującą, gorzką kawę.

– Tak Rut – myślę do siebie – trzeba naprawdę dużo przejść żeby zrozumieć gorycz i to, że smutek i otarcie się o obłęd to nasz normalny ludzki los. Spróbowałaś tego wszystkiego i wiesz, że można przeżyć, przebić się na drugą stronę. Tego nie mogło wiedzieć dziecko, jakim wtedy byłaś. Widziałaś w tej piosence tylko słowa grozy, lecz nie rozumiałaś, że tak naprawdę jest piosenką o nadziei i o sile ludzkiego ducha, który jest w stanie przejść przez ogień i wodę, przez ciemność i ból, strzepnąć skrzydła na drugim brzegu i pójść dalej przez życie.

Teraz już wiesz, że żadne dzieła ludzkie nie są tak wielkie jak siła i piękno, które nosi ukryte w sobie człowiek.

Teraz już wiesz, że…

nie brookliński most, lecz na drugą stronę głową przebić się przez obłędu noc, to jest dopiero coś…

piosenka z pięknymi solówkami

Dorastamy do wszystkiego, nawet do piosenek.

Najdłużej dorastamy do największych tajemnic i do przyznania, że nigdy ich tutaj nie odgadniemy i że nie ma w tym nic złego, że nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania.

🌸🌸🌸🌸🌸🌸

Nie brookliński most

ale przemienić

w jasny nowy dzień

najsmutniejszą noc

to jest dopiero coś.

 

 

punkt skraplania rosy

 

Jest taki moment w chorobie, gdy samotnie leżysz w łóżku, że nie masz już siły odmawiać żadnych modlitw, czytać żadnych książek, nic oglądać, pisać ani rozmawiać, nawet słuchać muzyki, którą zwykle lubiłeś.

Po prostu leżysz i tylko w myślach raz po raz wzdychasz:

– Kocham Cię.

– Dziękuję za wszystko.

– Oddaję Ci to.

– Zrób z tym co chcesz.

– I ze mną. Co Ci się podoba.

 

Albo patrzysz na Niego.

Nic więcej.

Tylko tyle.

Patrzysz.

A On patrzy na ciebie.

* * *

Jest w fizyce punkt skraplania rosy.

To jest właśnie taki punkt.

Zupełnego milczenia przed Bogiem.

Punkt skraplania Boga w twojej duszy.

 

piec ognisty

 

Ta spokojna sobota z poprzedniego wpisu wydaje się być dziś tak odległa.

Jeśli myślałam, że to koniec kielicha wielkopostnego, to się pomyliłam.

Ale chyba raczej, nauczona doświadczeniem, tak nie myślałam i w głębi serca czekałam na zaproszenie w głębsze rekolekcje.

W sobotę wieczorem nagle, bez ostrzeżenia pojawił się duszący kaszel, tak uciążliwy, że trudno było mi zasnąć.

W niedzielę jednak mimo kaszlu pojechałam na mszę i zaraz na jej początku zaczęłam słabnąć, a moim ciałem zaczęła trząść febra. Mimo swetrów, kożuszka i grubego szalika. Modliłam się tylko, by dotrwać do Komunii i zaraz po jej przyjęciu, wyszliśmy z kościoła.

W domu zabrakło koców do przykrycia, więc mąż po wierzchu przykrył mnie kożuchem:) A temperatura wciąż rosła, oczy piekły, głowa bolała.

Cały dzień leżałam, odmawiam różaniec i patrzyłam na ściany sypialni. Wszędzie oblicze Jezusa, Matki, spoglądają święci z ikon. Gdy leżysz tu, to jakbyś spoczywał w samym środku nieba.

– Dziękuję Ci – myślę w Jego kierunku – za te rekolekcje.

Parę dni temu znalałam odpowiednią ramę do ikony, którą Ala MM. ofiarowała mi na moje półwiecze:) Ikona teraz otoczona jasnym passepartou i złotą ramą wisi na ścianie obok łóżka. Piekącymi od gorączki oczami patrzę na jej ogniste barwy, zmieszanie czerwieni, pomaranczu i żółci. Na pierwszy rzut oka nic na tym obrazku nie widać, ale gdy się zbliżysz, już wiesz co przedstawia.

Trzech młodzieńców spacerujących wśród płomieni. Pośród nich Anioł, który ich ochrania i razem z nimi wielbi Boga.

Na pewno znacie to biblijne opowiadanie, ale jeśli nie – poszukajcie go sobie w Księdze Daniela. To właśnie jego trzej przyjaciele zostali skazani na śmierć, za wierność przykazaniom, którą rozgniewali pogańskiego króla.

Patrzę na ikonę, płoną mi oczy i policzki, dygocę pod kocami i przypominam sobie jeden szczegół tej historii: król specjalnie dla tych chłopców kazał rozpalić piec siedmiokrotnie bardziej niż zwykle to czyniono.

Uśmiecham się blado.

– Czy i u mnie powtórzy się ta liczba siedem? W tym poście to już czwarta porcja opału, by ogień buzował. Czy czekają mnie jeszcze trzy ościenie, by się wypelniła miara?

Nieważne.

Najważniejsze co z tym zrobię i czy jak oni, mimo płomieni, nadal będę Go wysławiać:)

A potem – jeśli zechce – cudownie mnie wyprowadzi.

* * *

W poniedziałek o szóstej rano dostaję wiadomość od siostry Amelli. Jej mąż jest w coraz gorszym stanie. Od września jest diagnozowany, a naszą rodziną raz po raz wstrząsają kolejne doniesienia o jego stanie zdrowia. Przerażenie miesza się z nadzieją, jednego dnia dobre – jak odroczenie wyroku – wieści, a następnego nagłe pogorszenie.

Prawdopodobnie to rak trzustki. Wszystko po kolei wysiada w jego organizmie. Jeszcze szukają ratunku, kolejnych specjalistów, robią kolejne badania, zabiegi, ale mąż mojej siostry coraz bardziej słabnie.

– Już tylko mam nadzieję w Bogu – mówi ona, gdy rozmawiamy przez telefon. Ona też jest u kresu sił. Ta walka trwa już od września.

Więc jeszcze i ten smutek doklejam do krzyża i modlę się ile sił.

– Mam teraz dużo wolnego czasu, gdy leżę z gorączką, więc mogę się modlić – mówię jej.

– Dobrze, że Bóg tak sprawił. Nic nie jest przypadkiem – odpowiada.

 

Wzmaga się Wielki Post jak sztorm, jak wielka czarna nawałnica. Za oknem siąpi, dmie i szaro.

– Ty uniosłeś wszystko – mówię Mu – pomóż nam nieść nasze krzyże z miłością i bez buntu w sercu.

 

A Was proszę o modlitwę za mojego szwagra. Ma na imię Robert.

 

 

 

spokojna sobota

 

Lubię, gdy pada. Zwłaszcza nocą. W ciszy słychać każde stuknięcie jak drobnym dziecięcym paluszkiem.

Nie, nie o szyby. Nie na dole domu. Tutaj dach mamy na tyle wypuszczony, że jest jak czapka z daszkiem i deszcz nie dociera do okien. Tylko te dachowe zawsze są porządnie zmyte, a gdy jeszcze wiatr się dołączy, to także obsypane kolkami sosnowymi i oklejone listkami brzozy jak znaczkami pocztowymi.

Teraz deszcz bębni w przewodach wentylacyjnych, a srebre sznury łączące niebo z ziemią wypełniają ramę okna.

Jest dziewiąta. Piję kawę, słucham Starego Dobrego Małżeństwa, dziewczynki jeszcze śpią na poddaszu, koty nakarmione, w piecu napalone. Mąż pojechał na montaż do wielkiego miasta, a przy okazji zabierze naszego syna. Nareszcie skończył sesję i ma parę dni ferii. Odpoczynek w naszej przystani pod zielonym dachem, pomiędzy lasami.

*  *  *

Lubię ten mój dom, z wszystkimi jego odgłosami. Z wiatrem i deszczem w przewodach, z szumem garnków na kuchence, z muzyką wiecznie płynącą z wieży, z zapachem świec, kawy, drożdżowego ciasta, ze śmiechem i przekomarzankami naszych dzieci.

Wczoraj próbowałam bezskutecznie usnąć w ciągu dnia, ale szalone śmiechy moich córek udaremniły mi ten wyczyn:)

Siedziały wszystkie trzy w salonie na naszej wiecznie rozłożonej kanapie ( już jej nie składamy przykładnie nawet, gdy przychodzą goście, koniec z pozorami porządnej rodziny:), wszystkie przykryte jednym wielkim puchatym kocem.

– Jesteśmy gniazdowniki – śmiały się i porwawszy moją komórkę, oglądały cuda w chińskim sklepie internetowym;)

A dziwaczne nazwy produktów raz po raz wywoływały salwę zbiorowego śmiechu.

„Światło księżyca na słupku” to na przykład lampka w ksztalcie kuli, „zwisające frędzle” to kolczyki, a „zima, ciepły, zagęszczony” to rękawiczki:)

Gdy byłam mała, miałam naprawdę bujną wyobraźnię. Dość wspomnieć, że naprawdę widziałam krasnoludki mieszkające w małym domku z zapałek, stojącym na półce w pokoju. Zaglądałam przez okienko, lub rozchylałam drzwi i widziałam co robią krasnoludki:)

A moim największym marzeniem było mieć własnego gołego krasnoludka, któremu mogłabym uszyć ubranka i opiekować się nim.

– Twoje marzenie się spełniło – czasem mówią mi dzieci – masz nas.

– No tak. I nawet nagusieńcy się urodziliście. Cztery gołe krasnoludki. Wszystko się spełniło – przytakuję skwapliwie.

Moja wyobraźnia dziecka podpowiedziała mi też, że kiedyś nadejdą czasy, gdy będę miała mały własny telewizorek, w którym będę mogła oglądać wszystkie filmy siedząc w łóżku, nawet całą noc. (Rodzice oczywiście zabraniali nam oglądać wielu filmów i to z tej złości wymyśliłam mały telewizorek;)

No i czasem sama się śmieję, gdy siedzę wieczorem w łóżku i oglądam sobie co chcę w moim smartfonie. Mały telewizorek z niezliczoną ilością filmów.

 

Nigdy jednak, przenigdy nie wyśniłam takiej sytuacji jak ta wczorajsza. Że moje córki zakutane w biały koc, na kanapie w salonie, roześmiane od ucha do ucha będą robiły zakupy w chińskim sklepie😁

 

To tylko potwierdza dość starą tezę, że

” niektóre rzeczy nawet filozofom się nie śniły”.

To, że będę mogła pisać na małym ekraniku, który zawsze będę miała przy sobie, też mi nigdy do głowy nie przyszło;)

A teraz siedzę i piszę.

A tymczasem deszcz ustał, kawa skończyła się w moim kubku z fiołkami, a SDM dośpiewał już swój repertuar, więc włączę teraz Norę Jones i… czas iść zajrzeć do pieca i obierać ziemniaki na obiad.

Dobrej soboty Wam życzę🌼

Spokojnej.

 

 

Środa Popielcowa

 

Zaczął się Wielki Post i – jak to zwykle u nas – od cierpienia.

Nagle, w Środę Popielcową zaczął mnie boleć ząb i dopadła mnie inna bardzo bolesna przypadłość. Ale żeby duch nie był poszkodowany, otrzymałam informację od koleżanki o personalnych atakach na mnie jako nauczyciela religii. Medialna nagonka i wrogie nastawienie rządzących nie pozostały bez echa:(

Więc boli. Wszystko.

Na ząb nie działały nawet leki przeciwbólowe, na szczęście moja dentystka wcisnęła mnie jakoś w grafik i rozwierciła ząb, bo zrobił się zgorzel i stan zapalny. Biorę antybiotyk i czekam aż ząb oczyści się z zalegającej ropy. Może za tydzień będzie już lepiej. Z drugą bolesną przypadłością będę się musiała borykać parę tygodni, a z poczuciem krzywdy w sercu może jeszcze dłużej.

Ale wiecie co?

Cieszę się, że krzyż dotknął tylko mnie. Że sama sobie z nim poradzę i poniosę raźno. Jakoś dam radę.

Bo mój mąż z ostatniej wizyty u onkologa ma tylko dobre wieści. Wszystko dobrze. Chemia działa. Rak się zatrzymał.

Mój syn dwa dni temu ze szczęściem w głosie powiedział: Zdałem!

To był trudny egzamin i zdało go może parę osób. Fundamenty:) Jak to na budownictwie.

– A wiesz jak ja się modliłam – odpowiadam mu – Do anioła stróża osoby, która będzie sprawdzała twoją pracę. O wyrozumiałość i łagodność – śmieję się.

– Nie tylko ty się modliłaś – mówi syn – Ten św. Józef z Kupertynu świetny jest – dodaje.

Alusia przyjechała, śmieją się z siostrami i chichoczą w salonie.

Za oknem słońce, tulipany wyrosły już na prawie 10 cm, ptaki kwilą, kwitnie leszczyna, w lesie obok pracuje piła, ponoć wróciły żurawie. Wiosna.

I cierpię tylko ja. Co za szczęście. Nikt więcej z tych, których kocham.

Więc to cierpienie wydaje mi się takie malutkie i prawie przyjemne.

Szepczę Mu podczas nieprzespanej nocy:

– Pomogę Ci cierpieć, będziemy to robić razem. Moje drobne boleści przykleję jak mały plasterek do Twojego cierpienia. Nic się nie zmarnuje.

 

 

 

 

przepis na lepszy świat

 

Wejść do pokoju w różowej bluzeczce, uśmiechnąć się od progu, powiedzieć głośno:

– Witajcie kochani!

Przytulić kogoś, wpaść komuś w ramiona, szepnąć „tęskniłam za tobą”, zapytać o jakiś drobiazg, podzielić się jakąś nowiną lub radością, zażartwować, pochwalić sweterek, podziękować za miły sms.

Popatrzcie – powiedzieć – jaka dziś piękna wiosna, tak ciepło, że można już chodzić bez czapki.

– Damy radę – przerwać, gdy ktoś zacznie litanię rad, zebrań, papierów, szkoleń i obowiązków oraz niepewnych perspektyw – damy radę, kto jak nie my – powtórzyć z wigorem i złapać wszystkich w sieć uśmiechu.

A potem zmienić temat i opowiedzieć śmieszną dykteryjkę.

Pożyczyć komuś długopis, nalać więcej wody do czajnika, by starczyło na herbatę dla innych, podsunąć się na krześle, by ktoś inny mógł przysiąść choć na chwilę, położyć mu głowę na ramieniu, czule odgarnąć włosy z czoła, wysłuchać, że jest smutna, bo zbliża się rozwód, okryć plecy swetrem, podpowiedzieć sposób na bolące stawy …

 

Jest tyle sposobów, by dzień uczynić najlepszym z możliwych. A wszystkie takie tanie i proste w realizacji:)

Można przemieniać miejsca i czasy w tak niebywały sposób, prostymi środkami. Można pozyskiwać ludzi nie pieniędzmi lecz dobrocią, uwagą i uśmiechem.

A do tego wszystkiego atom modlitwy.

Gdybyśmy wszyscy od dziś spróbowali tych prostych rzeczy i kontynuowali to wiernie przez dłuższy czas, jak szybko i jak bardzo zmieniłby się świat wokół nas.

Zaczyn.

O tym mówił Jezus.

Być zaczynem tam, gdzie jestem. Od dziś. Na zawsze. Nie oglądając się na nikogo. Nie narzekając, że ciemno i zimno.

 

Niektórzy tylko takiego Jezusa spotkają – Jezusa przyniesionego we mnie.

W szczupłej blondynce ubranej w różową bluzeczkę, która śmieje się od progu i mówi:

– Witajcie kochani!

 

 

 

 

koszyk

 

– Ja mamo potrzymam ten kosz na kolanach – deklaruje Hania i sięga po ciężki kosz z podarkami, stojący na tylnym siedzeniu auta.

Dostałam go od wdzięcznej koleżanki za … poprawienie obrazu 🙂

A właściwie sprawienie, by wizerunek anioła wydrukowany cyfrowo na płótnie, wyglądał jak prawdziwy obraz, taki z widocznymi śladami farby, pociągnięć pędzla i szpachelki.

W domu kosz rozpakowaliśmy i znaleźliśmy w nim mój ulubiony miód akacjowy.

– To ostatni taki słoik – napisała mi inna koleżanka – ta, która podpowiedziała tej pierwszej jaki miód lubię najbardziej, a potem go dostarczyła z własnej pasieki.

W koszu była ulubiona kawa mojego męża i ziarnista, tak jak lubię dla mnie, czekoladki dla dzieci, grzane wino, hiacynt i żonkile w doniczkach, bo domyśliła się, że kocham kwiaty.

Wszystko pięknie zapakowane i ozdobione kokardką.

– Ja wiedziałam, że nie będziesz chciała pieniędzy – zaśmiała się koleżanka, gdy po kawce, pączkach, bloku czekoladowym, zwierzeniach, żartach i miłych dwóch godzinkach, zaczęłam się zbierać do wyjścia, by jeszcze odebrać Nusię i zdążyć na mszę.

– Więc – dodała i zza blatu kuchennego wyjęła szeleszczący kosz – Wszystko tak jak lubicie – oświadczyła.

Wiecie i właśnie to „wszystko jak lubicie” ujęło mnie najbardziej. Tak bardzo, że już nie dyskutowałam i nie wymigiwałam się od przyjęcia, jak to mam w zwyczaju:)

– Sama wszystko kupiłaś? – zapytałam tylko.

– Tak, tylko nie było takiej kawy jak mówiłaś, więc kupiłam inną – uśmiechnęła się ona.

„A przecież mogła kupić zwykły kosz delikatesowy dostępny w sklepie”. – przeleciało mi przez głowę.

Wszystko jak lubisz.

Ile w tym zdaniu troski, wiedzy i dobroci, ile starania, zachodu i życzliwości, wyprzedzającej czas miłości.

 

Czy nie na tym będzie właśnie polegało niebo?

On ogarnie nas na progu swym ramieniem i powie: „Chodź ze Mną. Przygotowałem wszystko dla ciebie, tak jak lubisz” ☺️

 

Bo co innego jest dać cokolwiek, a co innego ofiarować coś, co będzie dedykowane temu jednemu komuś.

Więc – myślę – sporo będzie tych odcieni nieba. I każdy z nas dostanie nieco inny kosz prezentów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

spotkania z dobrem

 

Ostatni tydzień był szalony, napęczniały od spotkań, odwiedzin, maili, gości, sms- ów, śmiechu, herbatki, kawy, telefonów, ciasta, miłych miejsc i dobrych, głębokich, wzruszających rozmów.

Aż w głowie mi się kręci.

Wirują słowa, obrazy, twarze przyjaciół, uśmiechy, łzy wzruszenia, opowieści. Już chwilami nie mogę sobie przypomnieć które ze słów przypisać której osobie albo którą opowieść przykleić do którego miejsca, ani którego to było dnia, ani godziny.

Wiem tylko jedno: na świecie jest wielu wspaniałych, mądrych, życzliwych ludzi i – choć nie wiem jak to możliwe – chyba mamy to szczęście znać większość z nich:)

Wszystko lśni i błyszczy od ich obecności, od ich zwierzeń, od ich ciepłego milczenia po drugiej stronie stolika, nad płomieniem świecy, od ich łez i okrzyków radości.

Wszystko topnieje od ich wzroku pełnego pytań lub odpowiedzi.

Wszystko śpiewa od ich cichego szeptu, wartkiego prądu słów, od ich historii całkiem poważnych i od ich małych historynek.

Znać ich, śmiać się z nimi, pochylać nad albumem ze zdjęciami, pić z nimi herbatę, zamyślać się z nimi, słuchać ich, opowiadać siebie, błąkać się wraz z nimi wśród dylematów i szukać z nimi rozwiązań to cudowna, niekończąca się przygoda.

Dlatego po tygodniu takich spotkań jestem jak pijana. Muszę teraz wszystko na nowo przemyśleć, ułożyć na półkach, wkomponować w to, co dotąd nosiłam w sobie.

Bo każde spotkanie nas zmienia, a ważne rozmowy – przemieniają tak bardzo, jakby zima przeszła w wiosnę lub lato w jesień. Popychają coś do przodu o całe mile, sprawiają, że budzimy się inni.

Ktoś coś mówi i nagle odkrywasz, że to słowa – klucze, których szukałeś od tak dawna i bez których nie mogłeś przejść dalej w swej podróży.

Albo inaczej – nagle w rozmowie zostajesz tak blisko podprowadzony, że sam wypowiadasz nagle zdanie, które jest rozwiązaniem zagadki, nad którą głowiłeś się od lat.

*  *  *

Tyle kluczy ostatnio dostałam, tyle zagadek rozwiązałam. Po prostu spotykając się z dobrymi ludźmi.

Otworzyły się nowe drogi, zaszumiały nowe rozległe przestrzenie, płuca wzdęły jak żagle do dalszej wędrówki. Nowe światła, drogowskazy już jasno wskazujące, nie rozmazane przez mgłę.

Jakby na moment podciągnięto wszystkie zasłony w teatrze, pokazano wszystkie możliwe scenografie i odtajniono jaki będzie epilog sztuki.

Na jej końcu będzie po prostu…

… DOBRO.