z inspiracji pana Brzechwy

 

Kiedy mama jest dziecku najbardziej potrzebna?

Kiedy płacze?

Nie.

Kiedy chce jeść?

Nie.

Kiedy jest chore?

Nie.

Więc kiedy mama dziecku jest najbardziej potrzebna? Wręcz niezbędna?

Wtedy, gdy mama właśnie weszła do WC:)

– Mamo, mamo, gdzie jesteś?!!! – rozlega się natychmiast inwokacja.

– W ubikacji!!! – odkrzykuję co by nie siać dalszej paniki.

Chwila ciszy i nagle za drzwiami słyszę naprędce skonstruowaną przyśpiewkę:

 

„W ubikacji

W ubikacji

Jesteś już od czwaltku.”


Na ludową nutę:)

– Nie, nie jestem od czwartku. – protestuję w obronie swej godności, choć jest dopiero piątek.

 

Wszystko przez to, że wczoraj czytaliśmy „Na straganie” Brzechwy. Jedno z warzyw skarży się tam bolejącym głosem: „leżę tutaj już od wtorku”. A potem jeszcze śpiewaliśmy przed snem ludowe piosenki.

Nie czytajcie dzieciom zbyt wielu książek. Są zbyt inspirujące:)

 

 


magia domu

 

Wracam do domu, rzucam torbę i teczkę za drzwi żeby ich nie widzieć na oczy, szybko zrzucam służbowe ubranie, wciągam błękitne dresy i włochaty obszerny sweter z kapturem, a na nogi – fioletowe miękkie baleriny, zmywam część makijażu, zdejmuję kolczyki, odpinam zegarek z nadgarstka i … zaczynam jakby od nowa. Kłopotliwe tylko bywają myśli – ich nie da się tak łatwo zdjąć, zrzucić, zmyć, odpiąć i odłożyć. Turkoczą w głowie i nie pozwalają się zatrzymać.

Siadam za stołem kuchennym, włączam muzykę. Dociera do mnie oszałamiający zapach trzech hiacyntów, a wraz z nim kojąca myśl, że przeżyłam kolejny długi i trudny dzień.

Wypijam herbatę z jarzębiny. Obok siedzi mąż, rozmawiamy. Świergoczą dzieci jak swarliwe wróble. Każdy łyk i każde słowo unieszkodliwia turkoczące myśli.

A w pokoju skrzy się jeszcze choinka. Stoi już w zielonej kałuży opadłego igliwia, lecz wciąż się uśmiecha złotymi łańcuchami. Pod drzewkiem mała szopka, z której dzień w dzień – nie wiedzieć czemu – wychodzi na dywan Maryja, żłóbek z Jezuskiem i liczne anielskie grono.

Domniemana sprawczyni wyprowadzek właśnie organizuje na kanapie dom.

– Tu jest moja kuchnia, mamo. – tłumaczy, ustawiając na poręczy dwie plastikowe miseczki: jedną z suszonymi jabłkami, drugą z czekoladowymi płatkami.

– A tu jest moje łóżko i mojego dzidziusia – oprowadza dalej jak rasowa gospodyni.

Siadam sobie w samym kątku kanapy, opatulam się mocniej swetrem.

Laurka pochyla się nad lalą – bobasem i głaszcząc ją po główce mówi:

– Spacznie śmij:)

 

Nareszcie.

 

Jestem w domu.

 

 

 

 

mały Salomon

 

Jedziemy na zakupy.

Wsiadamy do małego czerwonego autka. Laurka sadowi się na swoim foteliku, ja siadam na przednim siedzeniu pasażera. Wyjątkowo, bo na co dzień autkiem sunę do i z pracy.

– Ty lepiej mamo kielujesz. – chwali mnie córeczka w różowej czapeczce.

Moje ego puchnie w momencie jak sylwestrowy balonik. W chwilę potem wsiada za kierownicę Miś, lecz nim drzwi auta trzasną…

– Ty tato tez lepiej kielujesz. – spływa z tylnego siedzenia komplemencik.

 

Gramy w memory.

Na naszym kuchennym stole ubranym w żółty obrus w kratkę. Laura jest naprawdę dobra i błyskawicznie znajduje pary obrazków. Czasem tylko uda się z nią wygrać. Zwykle to ona jest zwycięzcą.

– Jestem lepsa. – kwituje kolejny swój tryumf.

– O nie!!! – udaję, że się złoszczę, na co Laurka momentalnie znajduje pociechę:

– Ty tes jesteś mamo lepsa. – mówi z krzepiącym uśmiechem.

 

Zaiste – Salomonowe to wyroki:)

 

Rentgen przyjaciela

 

Wracam z pracy.

Funkcjonuję normalnie. Jem, rozmawiam, ustalamy co kupić, szukamy w necie jaki tort zrobić na moje urodziny. Mąż jedzie na chwilę do swojej pracy. Rozpalam w piecach.

Wszystko jest OK, choć piece trochę dymią. Piję melisę z pomarańczą, śmieję się, oglądamy Teleekspres, bawię się z Laurką w sklep.

Nic złego się nie dzieje. Myję córkę pod prysznicem, zaganiam resztę dzieciaków, z synem rozgrywam partyjkę scraabli, opowiadam mężowi co tam w pracy, czytam chwilę, jem kanapkę z twarożkiem.

Naprawdę nic takiego.

– Dlaczego jesteś smutna? – pyta nagle mąż zaglądając mi w oczy.

– Nie, nie jestem. – zaprzeczam – Tylko się zamyśliłam.

– Cały czas się zamyślasz. Czymś się martwisz, prawda?

– Nie. Nic się nie dzieje. – staram się uśmiechnąć przekonująco.

– Widzę. – mówi on.

I wtedy się poddaję.

Nagle ze zdumieniem dostrzegam, że nie uda mi się oszukać kogoś, kto tak mnie zna. Wszystkie maski, pozy i gry przenika na wylot. Łatwiej oszukam samą siebie niż jego.

– Tak, jest mi smutno i się martwię. – mówię cicho – Później ci powiem. – dodaję oglądając się na dzieci.

 

Życie bywa trudne i skomplikowane, ale udając, że tak nie jest, jeszcze bardziej je komplikujemy. Dlatego potrzebujemy przyjaciela o bystrym wzroku i odwadze, by zadawać pytania i burzyć pozory. I tak się dobrze składa, że moim przyjacielem jest mój mąż.

 

„Znasz mnie i przenikasz… nie tajna ci moja istota” – chciałoby się wyszeptać za biblijnym mędrcem.

 

być kobietą, być kobietą

 

Trzy siostry paplają w kuchni.

Rozmowa – jak to między kobietami – musi w końcu zejść na ciuchy.

– Ja już nie mieszczę się w pasie. – zwierza się najstarsza Ala pociągając za brzeg dżinsów.

Nusia kiwa ze zrozumieniem głową. Tym skwapliwiej, że w związku z takim obrotem sprawy, dżinsy za jakiś czas przejmie w spadku:)

Tylko najmłodsza siostra nie do końca – jak to mówią – „czai bazę”.

– Ale gdzie to jest? Ale gdzie to jest? – dopytuje, podskakując obok długich nóg Alusi.

– Ale co gdzie jest?

– No, ten PAS, w któlym się nie mieścis:)

 


być mężczyzną, być mężczyzną…

 

Z pokoju Dusia dobiegają jakieś „techniczne dźwięki”. A to coś po czymś szoruje, a to stuka, a to wiruje jazgotliwie.

– Synu!!! – krzyczę – To brzmi jak wiertło dentystyczne!

Zza drzwi wyłania się Laurka.

– Dusio lobi jakiś swój nowy wynalazek – komunikuje bez zbędnej emfazy jak ktoś kto już niejedno widział i niewiele go zdziwić potrafi.

Dusio nas do pewnych rzeczy przyzwyczaił metodą kropli drążącej skałę. Jeśli robisz coś stosunkowo często i z uporem maniaka, to w końcu najzagorzalsi nawet oponenci dadzą się przekonać, że to normalne.

I tak daliśmy się przekonać…

Do tego, że wiaderko na drewniane klocki wisi nieustannie na drzwiach szafy i udaje kosz do gry w kosza. Oczywiście po uprzednim wysypaniu klocków byle gdzie i wyjęciu dna:)

Do tego, że nasz duży pokój to boisko piłkarskie, a kanapa i kufer to dwie bramki. Szkoda tylko, że w trakcie rozrywek choinka zbyt systematycznie jest pozbawiana igliwia.

Do tego, że Dusiowe biurko bardziej podobne jest do warsztatu stolarza lub mechanika niż do miejsca przeznaczonego na naukę.

Do pochlebstw , które płyną z ust Dusia jak wezbrana rzeka miodu, gdy chce, by siostry rozegrały z nim mecz. Takich męskich pochlebstw – nasyconych w treści, ale nie wylewnych – typu: „jesteś naprawdę dobra w obronie i zwody ci już nieźle idą”. Cokolwiek to znaczy:)

Do dzikich zabaw, do których zawsze – nie wiedzieć jak – zwerbuje amatorów.

Do oglądania „Galileo” o każdej porze dnia w ilościach przekraczających wszelkie dozwolone dawki.

No i… do wynalazków Dusia, które testowane są na bieżąco w przestrzeni domowej jak np. indiańska strzałka ze śruby, która wbiła się w szkło obrazka na ścianie. Dobrze, że po drodze nie było niczyjego oka:) Choć – w sumie – co nas nie zabije, to nas wzmocni:)

 

Może zabrzmię kontrowersyjnie w epoce  idei gender, ale jedyne co przystaje do rzeczywistości to stwierdzenie, że :bycie chłopakiem to coś zupełnie innego niż bycie dziewczynką:) Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to nie wiem z jakiej jest planety, ale nie z tej samej, po której ja stąpam codziennie. A twardo stąpam, zawadzając nogą o rozsypane klocki, śruby, kawałki rozłupanego drewna, śrubokręty, indiańskie strzałki i piłki wszelkiego kalibru:)

 

co się dziedziczy?

 

– Babcia mi powiedziała o mamie dziadka Lyśka. – relacjonuje odwiedziny „na dole” u babci.

– Jak ulodzę moje dzieci, to powiem im jak się nazywała moja mama. – zapewnia mnie.

– Dobrze, powiedz im. Ja będę ich babcią, wiesz?

– Tak, a tatuś dziadkiem. – dodaje.

– A dużo urodzisz tych dzieci? – pytam ciekawa czy wielodzietność nadal jest dziedziczna.

– Taaak. I będę ucyć i będzie mnie ksys bolał od ksycenia na dzieci w skole:)

 

Bycie belfrem – jak się okazuje – też przechodzi z genami:)

 

A ksyceć ksycę rzadko, bo mi gardło na to nie pozwala. Że o krzyżu nie wspomnę:)

 


nauka bycia człowiekiem

 

Ranki są chłodne. Miś ubiera Laurkę w polarek.

Już nauczył ją rozwiązywać problem z zawijającymi się przy tej okazji rękawami bluzeczki. Córka wciska rączkę, mocno trzymając brzeg materiału, a bluzeczka dziś czarna ze srebrnym serduszkiem.

– A teraz puść. – instruuje tato.

– Nie mogę. Lęka mi się zaklinowała. – sapie pociecha, usiłując w tubie rękawa rozluźnić piąstkę.

 

  Hmmm. Zaklinowana ręka.  Jeszcze kilka kursów instruktażowych i osiągniemy sukces:)

 

 

Iluż rzeczy trzeba się nauczyć w byciu człowiekiem.

Odczytywania grymasów ludzkich twarzy, intonacji na czas radości i smutku, obsługi sztućców, nazywania kolorów, mrużenia oczu w słońcu, wspinania się po schodach, trzymania mydła w dłoni, wypluwania pestek wiśni, gwizdania i dmuchania nosa, gdy katar dopadnie, odróżniania prawo od lewo, wystrzegania się pokrzywy i ostu, ostrożnej czujności przy ogniu, mówienia o sobie „ja” i wyczucia kiedy o sobie nic nie mówić , sznurowania butów, czesania włosów, trzymania kredki, zapinania guzików, splatania słów w zdania i kwiatów mleczu w wianki, picia przez słomkę, wkładania rąk w rękawy.

A to tylko najprostsze z lekcji. Bo są jeszcze miłość, wiara, ufność, odpowiedzialność, lojalność… Są jeszcze pytania: Kim jestem? Po co jestem? Dokąd zmierzam poza zmierzaniem do domu, pracy, sklepu w mroźny/słoneczny/wietrzny dzień w moje 41 urodziny?


Nie, to jeszcze nie dzisiaj:) Jeszcze chwila do tortu, może ze świeczkami i hymnu życzeniowego pt. „Sto lat”.

Ale takie myśli i pytania nie czekają na specjalne okazje. Mam je dzisiaj. Od… nie pamiętam kiedy i oby na zawsze.

 

 Trudna sztuka zamyślania się nad swoim życiem.

 

 

 

„bójka” inaczej

 

– W tym roku święty Mikołaj przyniesie naszym rodakom głównie prezenty książkowe – stwierdzał proroczo spiker radiowy tuż przed Bożym Narodzeniem.

I rzeczywiście!

Ja dostałam dwa tomiki wierszy, Ala serię albumów dla początkujących tropicieli zwierząt, Laurka – 101 książeczek ( naprawdę:), a Nusia – „Jaśki”, które od razu rzuciły się świętemu w oczy, bo w formule podobnej do naszego ulubionego „Mikołajka”.

Wszyscy uradowani pogrążyli się w lekturze.

Jedni odpływają z tego świata w łódeczkach wierszy, drudzy- wręcz przeciwnie – zaczynają uważniej przyglądać się ziemi pobudzeni lekturą przyrodniczą, trzeci noszą się ze swoim pudłem z książkami i wymyślają – ku uciesze rodziny- nowe wersje bajki o brzydkim kaczątku, a ostatni – pochłonięci literaturą bądź co bądź chłopacką – miewają dylematy…

– Mamo, co to jest BIJATYKA? – pyta Nusia z tomiszczem „Jaśków” pod pachą.

– Jak ktoś się z kimś bije.

– Aaaa. Bo nie rozumiem tego słowa, a to jest w tej książce.

 


 

No tak.

Nusia ma tylko jednego brata i choć ten stara się jak może, by wprowadzić element walki w spokojne życie sióstr, to stanowczo za mało, by znać termin „bijatyka” .

Bo licznych utarczek werbalnych nazwać tak nie sposób:)