na walizkach

– Czy to jest różowe pudełko? – pada dziwnie nie pasujące do scenariusza pytanie. Bo oto przygotowania do ślubu idą pełną parą, a tu nagle jakieś różowe pudełko.

– Czy to jest pudełko?!!! – ktoś uporczywie chce wiedzieć.

Ten ktoś pochyla się nad moją głowa i nosi już ślady zniecierpliwienia na dnie brązowych oczu.
Ach, to był sen!!! – dociera do mnie.
Ten o ślubie.
Bo pudełko to już najrealniejsza realność i jest tylko ciągiem dalszym odmawianej od dni kilku  Nusiowej litanii.
Bo trzy dni temu –jak co dzień – zadzwoniła Ala znad morza i wygadała się, że kupiła dla siostry różowy prezent.
– Typowo morski – dodała.
Reszty wyjawić niestety nie chciała. Więc się zaczęło:
– Mamo, zadzwoń jeszcze raz i zapytaj czy to różowe klapki?
Spinka?
Muszelka?
Rybka?
Delfiny?
Wiaderko?
Torebka?
Sukienka?

– Czy to jest różowe pudełko? – głosik ponawia swą interpelację.
– Nie. – odpowiadam zbierając okruszki świadomości – Pudełko nie jest typowo morskie.
– Eeee – zawodzi zawiedziony głosik.
Na szczęście zawód nie trwa długo, bo trzeba natychmiast  „wykarmarzyć się” z pościeli i szykować spiesznie, bo zawodzący głosik wraz z resztą właścicielki też dziś rusza w daleki świat. Nie tak daleki jak siostra, a jednak świat poza ramionami rodziców.
Nusia wyjeżdża na całodniową wycieczkę szkolną!!!
Pakuje do swego liliowego plecaka drożdżówki, dwie butelki picia, ciasteczka, chusteczki i wszelkie niezbędne traperskie wyposażenie. Potem idzie do kuchni posilić się przed wyprawą.
Nagle w korytarzu słychać najpierw posuwiste szuuuuuur!!!, a potem wyłania się Laucia.
Stęka mocno i po swojemu mamrocze pod noskiem utyskując na ciężar, a za nią ciągniony liliowy plecak szuuuura po wykładzinie.
– Luciu, kochanie, ty nigdzie nie jedziesz. – tłumaczę.
A Laucia na to:
– E-klchrm purf!!!
…czyli ( w wolnym przekładzie) : To niesprawiedliwe!!!

A – jakby tego było mało – za dwa dni Dusio wyjeżdża. W stronę odwrotnie proporcjonalną do morza. Więc jest szansa, że kupi siostrom…
                                                             
                                                         … typowo nie-morskie różowe pudełko:)


orzeczenie lekarskie

Wracamy z działki.

W miarowy odgłos pracującego silnika samochodowego wplata się dysonansik w postaci napadowego kaszlu Dusia.

– Niech on nie idzie lepiej na basen. –  Rut zgłasza projekt ustawy – przecież on niedługo płuca wypluje – roztacza wizję nieco przesadzoną, mająca jednak skłonić Wysoką Izbę do refleksji.
– Nie wypluje. – rzeczowo na to Nusia – przecież są za duże.

Tu dusić się zaczęła reszta rodzinki. Tym razem ze śmiechu.

Kariera pulmonologa stoi  przedeń otworem:)

zdarzenia w deszcz oprawione


Wszyscy poszli spać.

Cisza – gość rzadki, wsunęła się przez uchylone w noc okno. Usiadłam na fotelu ze zwykłą o tej porze myślą, że nie chcę jeszcze iść spać, że chcę wykorzystać tę ciszę i samotność, delektować się nimi okruszek po okruszku.
„Jesteś z nimi, słyszysz ich delikatne oddechy. – szepnęła myśl – To nie jest prawdziwa cisza i prawdziwa samotność. Gdyby tak było Rut, twoje serce nie biło by tak spokojnie.”
– Masz rację – zgodziłam się i podniosłam z podłogi Buraska Dużego, wtuliłam nos w jego miękkie futro i wtedy napłynęły wspomnienia z dnia prawie zamkniętego północą.

Pierwszy raz dziś pieliłam w ten sposób. Z filiżanką kawy w lewej dłoni. Georginie moje pierwsze listki puściły, a filiżanka była malutka, biała, w błękitne kwiaty.
Żeby było ciekawiej i na pewno pierwszy raz i ostatni – deszcz siąpił z nieba na moją głowę, listki georginii i do ciemnej kawy.

Pierwszy raz dziś mąż wiózł na taczce pięć brzózek maleńkich.
– Tak lubię brzozy, że mógłbym nimi wszystko obsadzić – mówił kopiąc kolejne dołki.
A żeby był to na pewno raz jedyny, drobny deszcz srebrnym szelestem wplatał się w jego słowa.

Pierwszy raz dziś w tym saloniku siadłam za starym okrągłym stołem i spojrzałam przez okno świeżo umyte, żywicą magicznie pachnące. Za nim widok jak arras królewski z traw i kwiatów utkany.
A żebym nigdy nie zapomniała, krople deszczu hieroglify rysowały na szybach.

Pierwszy raz dziś Ala wyskoczyła przez okno i pęk irysów wycięła dla Matki Boskiej.
A żeby gest ten stał się modlitwą jedną jedyną z bladożółtych płatków spływały deszczu krople.

Nigdy już tak się nie stanie.
Raz jeden dane było to przeżyć.

Niepowtarzalny smak rzeczy pierwszych i ostatnich.

Esencja życia.


dużo uśmiechu na co dzień…


Produkujemy z pięciolatkami portrety na Dzień Mamy.

Narysowałam półprodukt w postaci szablonu z zarysem postaci, a maluchy mają go uzupełnić o szczegóły typu: oczy, nosek, usta, wzorki na bluzce, kolczyki itd.
W międzyczasie dialogujemy sobie kulturalnie, a w kuluarach ( jak się odwrócę) mniej kulturalnie, niektórzy prawie parlamentarnie:)

Podchodzi Kamilka:
– Mama się strasznie ucieszy jak to zobaczy. – zwierza się pokazując swoje dzieło.
– Na pewno. Tak pięknie narysowałaś.
Kamilka zadowolona odchodzi i dorysowuje kwiatki na bluzce. Po chwili wraca z rysunkiem i dodaje rozpromieniona wizją przyszłości:
– Nie, raczej się rozpłacze…

:):):)

No, w każdym bądź razie jej emocje po ujrzeniu portretu ulegną chwilowemu zachwianiu.

tym bardziej, że…

– Twoja mama ma jasne włosy jak ty. – podpowiadam Kamilce
-Nie, teraz ma czerwone. – dziewczynka z przekonaniem zaprzecza, wprawiając mnie w osłupienie, bo przysięgłabym, że rano widziałam mamę Kamilki i że miała włosy koloru blond.

Kamilka bierze czerwoną kredkę.

Mama raczej się rozpłacze:)

z górki

Dziecko trzeba najpierw wynosić, potem urodzić, potem nauczyć chodzić, a potem…
                          … jeździć na rowerze!

Z tą ostatnia umiejętnością jest ( szczególnie w przypadku naszych dziewczynek) większy problem. Z przedostatnią zresztą też.
Wszystko się bowiem rozbija o utrzymanie równowagi i pogodzenie się z perspektywą upadku i jego skutków ( czyt. guzów, siniaków, zadrapań i rozbitego nosa:)

Muszę od razu przyznać się bez bicia, że defekt nie trzymania równowagi i nie pogodzenia się z w/w zdarzeniami losowymi jest dziedziczony po mnie. Do dziś mama wspomina moją naukę chodzenia, gdy musiałam się czegoś trzymać, choćby to było źdźbło trawy, a odebranie tej solidnej podpory natychmiast zwalało mnie z nóg.

Mimo tej spuścizny genetycznej udało nam się dzieci wykierować na ludzi i z dobrym powodzeniem nauczyć chodzić i używać pojazdu dwukołowego. Starsze dzieci.

Ostatnie zaś tygodnie obfitowały w treningi Nusiowe.

Kończyły się zwykle obopólnym niezadowoleniem, bo Nusia była zawiedziona, że jej nie idzie samodzielna jazda, a rodzice – uwieszeni u kija wetkniętego w Nusiowy rowerek, spoceni i zgrzani, z nadwyrężonym mięśniami ramienia i przedramienia, z wywichniętym nadgarstkiem i podrapanymi nogami, dalecy byli od chęci ponawiania prób.
Inne czynniki również nie sprzyjały przedsięwzięciu.
Wśród nich zaś dwa główne:
multum roboty na działce i Laucia, która musi być nieustannie pilnowana, gdyż boi się ostatnio:
 a) kosiarki
b) traktorów
c) innych pojazdów szybko i wolnobieżnych od których roi się na wsi
d) samolotów
c) szumu wiatru
d) że mama zniknie na zawsze!!!

Zaczęliśmy więc po cichu godzić się z myślą, że sztukę jeżdżenia na dwóch kółkach Nusia opanuje raczej nie w tym sezonie.

Jakże jednak nie docenialiśmy naszej córeczki, która przecież niedawno zaprzeczyła wszelkim prawom genetyki i nauczyła się zwijać język w rurkę:)
Nusia jest uparta jak kozioł – pozwolę sobie zacytować Astrid L. z „Dzieci z ulicy Awanturników”. Ten defekt/ zaletę z kolei w równej mierze dziedziczy po obu rodzicach:)
Postanowiła więc trenować sama.
Znalazła na podwórku nieco pochyloną część trawnika i dalejże… zjeżdżać odpychając się nogami. Potem nogi, nie wiedzieć kiedy, same wskoczyły na pedały, obróciły raz i drugi, a uśmiech zakwitł na małej buzi jak piwonia wielki. Zachęcona tym sukcesem Nusia podprowadziła znów rower na wzniesienie i wyczyn powtórzyła, tym razem pokonując dłuższy dystans.

Patrzyliśmy z niedowierzaniem.
Tyle potu, tyle nerwów, tyle tłumaczeń, prezentacji, a metoda okazała się stara i prosta jak w państwie faraonów.


Po
      prostu
              wystarczyło…
                                zjeżdżać
                                                  z
                                                    górki!

Po kilkunastu próbach Nusia śmigała na rowerze z rozwianym włosem jakby nic innego od urodzenia nie robiła.
Niniejszym więc odtrąbiamy wielki sukces naszego malucha i… zdrowego rozsądku nad rodzicielskim doświadczeniem.

I kupujemy pudełko lodów:)
…tym bardziej, że powodów do świętowania jest więcej.

Dziecko najpierw trzeba urodzić, potem nauczyć chodzić i jeździć na rowerze.
No, chyba, że się SAMO nauczy.

obrazy i myśli

Kontemplacja to trwanie przed Jezusem podobnie jak płótno trwa przed artystą, który maluje na nim obraz

Jean Ladame



****

Demon bardzo zazdrości człowiekowi, który się modli, i używa wszelkiego podstępu, by udaremnić jego zamiar. Dlatego, posługując się pamięcią, nie przestaje wzniecać myśli o różnych sprawach, a także za pośrednictwem ciała pobudzać wszelkich namiętności. Czyni to, by mu przeszkodzić w jego najwspanialszej drodze i wędrówce ku Bogu

Ewagriusz z Pontu



****

Nasza droga z Bogiem, nasze dochodzenie do pełni, której On dla nas pragnie, czasami jest drogą kuśtykania, ale nawet kuśtykając, podążamy, zbliżamy się do naszego celu, zbliżamy się do pełniejszego zbawienia

Wojciech Jędrzejewski OP

***


Istnieje taka radość, którą może dać tylko Bóg, bo nie ma jej w
niczym i nikim innym. Taka radość pojawia się w życiu bardzo rzadko. To
jest olśnienie pełne szczęścia, które otrzymuje się na modlitwie albo
gdy człowiek patrzy na dzieło stworzenia. Radość połączona jest wówczas z
wewnętrznym szczęściem i światłem. Przynosi pewność, że jest Bóg


o. Michał Legan OSPPE


matczyne apele

– Dusio, oddaj jej ryjek świni!!!
– Lauciu, żyrandole naprawdę nie rzucają się na ludzi i nie pożerają ich!!!
– Położyłeś się na cukierniczce???!!!

Po wygłoszeniu tych zdań, Rut włącza się tryb autoironiczny. „Życie jest szokująco-zadziwiające” – myśli, a potem śmiejąc się, zwraca się do męża:

– Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę zmuszona wygłaszać tego typu kwestie:)

Grunt to nie brać siebie samego i swego życia zbyt serio.

Dar poczucia humoru jest wielce niedocenianym darem.
Sprawia, że nie tracimy z oczu właściwej miary rzeczy i zdarzeń.

zlecenie


– Pamiętaj. Trzy rzeczy z szatni nauczycielskiej. – koduję twardy dysk mężulka, który musi mi przewieźć kilka sprzętów potrzebnych do przedstawienia.
– Tylko trzy? – nieco ironicznie odrzeka właściciel dysku, który ma multum swoich spraw do załatwienia.
– A właściwie… – udaję namysł – tam jest dziś takie mnóstwo pięknych parasoli. Weź kilka. Przydadzą się. Tym bardziej – ciągnę uzasadnienie – że trochę wstydzę się chodzić z tym z napisem Perła. To niepedagogiczne:)


No i kryptoreklama bądź co bądź:)

obietnica

Udało się.
Udało się!!!
Po nastu latach udało nam się pojechać na imprezę bez żadnej pociechy uwieszonej u spódnicy, względnie nogawek spodni. Bez torebki wypchanej pampersami i mokrymi chusteczkami, bez ubranek na zmianę, poduszek i kocyka na wszelki wypadek.
Okazja była wielka, bo koleżanka nasza ze studiów za mąż wychodziła.
Nie powiem jak się czuliśmy widząc ją na ślubnym kobiercu z głową w obłoczkach różowych, bo wszystko przed nią jeszcze. A my rodzice dzieci nastoletnich, małoletnich i nieletnich, po rocznicy koronkowej, za którymi już tak wiele, że mgła zaczyna osnuwać najdalsze wspomnienia.
Nie powiem…

Wesele było pięknie dopracowane. No, może oprócz zespołu, którego muzycznym byśmy raczej nie nazwali, bo z tą szlachetną dziedziną sztuki niewiele miał wspólnego.
Niemniej udało się.
Byliśmy.
Krótko to krótko, ale jednak.

Rozochoceni sukcesem snujemy dalsze plany.
– Może by tak do kawiarni bez dzieci się wybrać. – nęcę mężulka – Kiedy mnie zaprosisz? Ponoć serniczek dobry mają…
– Ja chcę iść z wami. – w słowo wchodzi Nusia.
– O nie!!! – protestujemy – żadnych marud  nie bierzemy ze sobą.
– Ale ja nie będę marudzić – zapewnia wybitnie marudna ostatnio prawie sześciolatka.
W odpowiedzi zaś na nasze wątpiące spojrzenia dorzuca prędko:

– W kawiarni nie będę.
 
Acha:)


 

marne skutki dbania

Dyżur.
Chodzę po szkolnym korytarzu.
Huk, hałas, piski nieziemskie, tupot dziesiątek nóg.
Przyzwyczajonam.
Słuch przytępiony, nerwy jak ze stali.


 Raz po raz kogoś reprymenduję, zziajanych karnie sadzam na ławce w celu ostygnięcia…Oglądam sobie w międzyczasie i delektuję się sztuką porozwieszaną w formie plakatów małych i większych a to na ścianach, a to na szybach, a to na drzwiach. Dzień ziemi był niedawno, więc tematyka ściśle określona. Ekologiczna. Z każdego obrazka wyłania się okrąg ziemi w różnych fazach dewastacji poczynionej ręką ludzką.

Nagle jeden rysunek na dłużej przykuwa moją uwagę konesera sztuki.

Kartka A3 podzielona na dwie części. Na jednej z nich glob ziemski próchnieje pięcioma czarnymi planetami i równie czarnymi dwoma wysepkami. Podpis nie pozostawia złudzeń. „Przed zadbaniem ziemi” – głosi 🙂
Ale zamysłem autora było dać ludzkości promyk nadziei, bo oto druga część obrazka optymistycznie lśni pięcioma zielonymi planetami. „Po zadbaniu ziemi” – dodał autor co by nie było wątpliwości nijakich.

A jednak…
Coś mi nie daje spokoju.

Patrzę. Myślę. Odchodzę. I znów wracam stukając obcasami.

 W końcu liczę.

I nagle olśniło mnie.
Gdzie są te dwie wysepki?

Po zadbaniu ziemi zniknęły bezpowrotnie:)

**********

Oby autor nie był wieszczem i nie okazało się kiedyś, że nasze – skrajne czasem – poczynania ekologiczne wyrządziły więcej szkody niż pożytku.