z górki

Dziecko trzeba najpierw wynosić, potem urodzić, potem nauczyć chodzić, a potem…
                          … jeździć na rowerze!

Z tą ostatnia umiejętnością jest ( szczególnie w przypadku naszych dziewczynek) większy problem. Z przedostatnią zresztą też.
Wszystko się bowiem rozbija o utrzymanie równowagi i pogodzenie się z perspektywą upadku i jego skutków ( czyt. guzów, siniaków, zadrapań i rozbitego nosa:)

Muszę od razu przyznać się bez bicia, że defekt nie trzymania równowagi i nie pogodzenia się z w/w zdarzeniami losowymi jest dziedziczony po mnie. Do dziś mama wspomina moją naukę chodzenia, gdy musiałam się czegoś trzymać, choćby to było źdźbło trawy, a odebranie tej solidnej podpory natychmiast zwalało mnie z nóg.

Mimo tej spuścizny genetycznej udało nam się dzieci wykierować na ludzi i z dobrym powodzeniem nauczyć chodzić i używać pojazdu dwukołowego. Starsze dzieci.

Ostatnie zaś tygodnie obfitowały w treningi Nusiowe.

Kończyły się zwykle obopólnym niezadowoleniem, bo Nusia była zawiedziona, że jej nie idzie samodzielna jazda, a rodzice – uwieszeni u kija wetkniętego w Nusiowy rowerek, spoceni i zgrzani, z nadwyrężonym mięśniami ramienia i przedramienia, z wywichniętym nadgarstkiem i podrapanymi nogami, dalecy byli od chęci ponawiania prób.
Inne czynniki również nie sprzyjały przedsięwzięciu.
Wśród nich zaś dwa główne:
multum roboty na działce i Laucia, która musi być nieustannie pilnowana, gdyż boi się ostatnio:
 a) kosiarki
b) traktorów
c) innych pojazdów szybko i wolnobieżnych od których roi się na wsi
d) samolotów
c) szumu wiatru
d) że mama zniknie na zawsze!!!

Zaczęliśmy więc po cichu godzić się z myślą, że sztukę jeżdżenia na dwóch kółkach Nusia opanuje raczej nie w tym sezonie.

Jakże jednak nie docenialiśmy naszej córeczki, która przecież niedawno zaprzeczyła wszelkim prawom genetyki i nauczyła się zwijać język w rurkę:)
Nusia jest uparta jak kozioł – pozwolę sobie zacytować Astrid L. z „Dzieci z ulicy Awanturników”. Ten defekt/ zaletę z kolei w równej mierze dziedziczy po obu rodzicach:)
Postanowiła więc trenować sama.
Znalazła na podwórku nieco pochyloną część trawnika i dalejże… zjeżdżać odpychając się nogami. Potem nogi, nie wiedzieć kiedy, same wskoczyły na pedały, obróciły raz i drugi, a uśmiech zakwitł na małej buzi jak piwonia wielki. Zachęcona tym sukcesem Nusia podprowadziła znów rower na wzniesienie i wyczyn powtórzyła, tym razem pokonując dłuższy dystans.

Patrzyliśmy z niedowierzaniem.
Tyle potu, tyle nerwów, tyle tłumaczeń, prezentacji, a metoda okazała się stara i prosta jak w państwie faraonów.


Po
      prostu
              wystarczyło…
                                zjeżdżać
                                                  z
                                                    górki!

Po kilkunastu próbach Nusia śmigała na rowerze z rozwianym włosem jakby nic innego od urodzenia nie robiła.
Niniejszym więc odtrąbiamy wielki sukces naszego malucha i… zdrowego rozsądku nad rodzicielskim doświadczeniem.

I kupujemy pudełko lodów:)
…tym bardziej, że powodów do świętowania jest więcej.

Dziecko najpierw trzeba urodzić, potem nauczyć chodzić i jeździć na rowerze.
No, chyba, że się SAMO nauczy.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *