* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

* * *

Codzienność to małe okruszki, które zebrane razem potrafią nasycić.
Parę kadrów z mojego dnia powszedniego…

gdy odsuwam zasłony w sypialni,

mój parapet w pracy,

naklejka na moim laptopie:)

popołudniowa kawa,

plany na najbliższą przyszłość;)

a tu często spotykam Go w nocy – adoracja on line💙
Pewnego marcowego wieczoru, już po zmroku usłyszeliśmy w radio zapowiedź śniegu i mrozu.
– Ojej, moje żonkile! – jęknęłam – Te, które są w pączkach jakoś przetrwają, ale te, które już kwitną – zmarnieją – zaczęłam szybko tłumaczyć.
Szkoda mi było ich piękna tak długo wyczekiwanego.
Nie było więc rady. Ubrałam się ciepło, założyłam na głowę latarkę czołówkę i z nożyczkami poszłam do ogródka.
Śmiesznie tak ścinać kwiaty w ciemności nocy, wśród gęstniejącego zimna, w małej smudze światła, skostniałymi dłońmi.
Gdyby ktoś mnie tak zobaczył, pomyślałby, że zwariowałam.
Narwałam ich cały bukiet. Wstawiłam do wazonu w ciepłym domu. Zapłonęły na stole jak lampa.
– Ależ piękne! – zachwycały się dzieci i mąż.
A ja patrząc na nie, wciąż myślałam: Czy nie na tym polega dylemat Boga?

* * *
Ściąć żonkile i uchronić je przed śniegiem przenosząc do domu.
W ciemności nocy, w ostatniej chwili.
Ściąć i zabrać do Domu.
Całe naręcze.
Póki zimny powiew nie zwarzy ich piękna.
A my myślimy, że to niedorzeczne i że brak w tym logiki i miłości.
* * *

Jakiś czas temu zapytałam mojego męża:
– Gdybyś miał mnie opisać jednym tylko zdaniem, co byś o mnie powiedział?
Nie zastanawiał się długo.
– Że jesteś człowiekiem, który dużo od siebie wymaga – powiedział niemal natychmiast.
– Ale przecież trzeba od siebie wymagać – zaprotestowałam.
– Tak, ale u ciebie to jest coś, co rzuca się w oczy.

Wiele lat temu na studiach dostałam podobną odpowiedź od Jadzi, z którą długo mieszkałam w jednym pokoju.
Mówiłyśmy sobie wtedy – wszystkie współmieszkanki 6-osobowego mieszkanka – jakie motto życiowe pasuje do której z nas. Taka zabawa towarzyska:)
Gdy kolejka doszła do mnie, Jadzia bez zastanowienia wypaliła:
– Człowiek jest mocny. – to jest twoje motto Rut.
Nie wiem, naprawdę nie wiem co na to odpowiedzieć. Bo wciąż mi się wydaje, że jestem rozmamłanym mięczakiem, który za bardzo sobie pobłaża.
Ale przecież ci ludzie bardzo dobrze mnie znają, więc nie mogę zaprzeczyć temu, co widzą.

Prawda o nas samych tak jest skryta przed nami.
Kim jestem naprawdę?
Jak widzą mnie inni?
I najważniejsze:
Jak się jawię się w Jego oczach?
Po raz pierwszy usłyszałam jak ktoś nadał nazwę temu czemuś, czego doświadczałam już w życiu tyle razy.
– Jest coś takiego jak „zakorbienie” – zaczęła opowiadać nasza koleżanka z pracy, specjalistka od chemii. Właśnie zebraliśmy się po lekcjach omówić parę „trudniejszych przypadków”:)
– Uczeń nie umie, nie umie, dostaje same jedynki i dwóje i nagle!!! – uśmiecha się koleżanka – Zakorbił!!! Wszystko mu się rozjaśnia i dalej już idzie mu jak z płatka. Same piątki. Miałam takie przypadki – mówi – Ale może to tylko w naukach ścisłych – dodaje.

A ja wtedy myślę:
– Nie, nie tylko.
I od razu przypominają mi się moje własne klasyczne przykłady „zakorbienia”.
Na przykład ta noc na studiach, gdy nagle okazało się, że nie mam we własnych notatkach odpowiedzi na kilkanaście tez do egzaminu. Egzamin jutro rano, znikąd szukać pomocy. No, chyba że od koleżanki z pokoju: Zuzi – rodowitej Słowaczki.
Koleżanka oczywiście notatki miała i oczywiście życzliwie je pożyczyła, po czym poszła spać. A ja spojrzałam na rozłożone kartki i …wpadłam w panikę. Były kompletnie nieczytelne!!!
Zuzia pisała równiutko i schludnie, ale hieroglifami egipskimi. Nie pomogło obracanie tekstu na wsze strony, powiększanie go. Nie byłam w stanie rozszyfrować poszczególnych liter, a co dopiero wyrazów czy zdań.
I wtedy, zmęczona i zmartwiona, rozpłakałam się rzewnie, a moje łzy płynęły jak groch na notatki i rozmazywały to, co i tak było już dość zawikłane.
Gdy w końcu uspokoiłam się i – godząc z faktem, że będę musiała iść na egzamin częściowo nieprzygotowana – otarłam łzy, westchnęłam o miłosierdzie Boże, spojrzałam ostatni raz na leżące przede mną kartki i… zaczęłam płynnie czytać zapisany tam tekst:)
Dodam, że nikt Zuzi nie rozczytywał poza nią samą i że moja umiejętność pozostała mi do dziś;)
Zakorbienie.

Drugie takie klasyczne zakorbienie pamiętam, gdy po dziesięciu latach przerwy w prowadzeniu auta, już jako mama zerówczaka Ali, musiałam powrócić do tej umiejętności ( czyt. nauczyć się jej od nowa). Wobec faktu, że mój mąż zbyt nerwowo przeżywał nasze prywatne lekcje jazdy:), wykupiłam w końcu trzy godziny jazdy u profesjonalnego instruktora o nerwach stalowych jak linki hamulcowe.
Przejeździłam dwie pierwsze godziny i … kompletna klapa. Wróciłam do domu płacząc, padłam w ramiona męża i powiedziałam, że nigdy nie nauczę się jeździć.
Trudno. Taka już ze mnie ciapa:(
Gryzłam się tym przez kolejne dni. I oto znowu istruktor podjechał pod nasz dom, wsiadłam, ruszyłam… Ostatnia szansa.
– Co się z panią stało? – zdumiał się instruktor, gdy godzina jazdy dobiegła końca i znowu zaparkowałam pod domem – Ostatnio pani kompletnie nie umiała jeździć, a dziś jeździ pani jak rajdowiec.
– Nie wiem. – uśmiechnęłam się.
Brakowało mi wtedy tego słowa, które znam dzisiaj: ZAKORBIENIE.
I od tego czasu minęło już prawie dwadzieścia lat, a ja co dzień jeżdżę autem.
* * *
Bo zakorbienie może być w każdej dziedzinie i dyscyplinie. Pewnej sekundy nagle zaczyna obracać się któraś korbka w głowie, sercu, duszy i… wszystko zaczyna się toczyć, jak powinno.

Błysk szybki jak flesz i … zostajesz przeniesiony sto mil do przodu, w rozumieniu, zdolnościach, kochaniu, łasce. Bez wysiłku, bez zielonego pojęcia jak to się stało.
Nazwałabym to jeszcze inaczej, ale to już dopowiedzcie sobie sami:)
– Czy jak pani patrzy na to wszystko, całą przyrodę, to dziękuje pani Bogu, że to stworzył? – Filip zadaje pytania znienacka, nie na temat i tak zaskakujące, że czujesz przez chwilę jakby ktoś wciągnął cię za nogi na dno oceanu. Bez ostrzeżenia. Typowy aspargerowiec:)
– Nieustannie. Miliony razy dziennie. – odpowiadam zgodnie z prawdą.
– A ty Filip?
– Ja też. – mówi bardzo poważnie.

Bywa dość często w moim życiu, że Bóg mi zadaje pytania przez ludzi, lub że mi przez nich odpowiada na moje pytania.
I robi to tak zaskakująco i niespodzianie jakby królika wyjął z kapelusza:)
Przyzwyczaiłam się modlić tylko o rzeczy wielkie i ważne, jak pokój na świecie, zdrowie dla chorych, ratunek dla małżeństw, zbawienie dla umierających, pomoc dla dusz w czyśćcu, dobre, święte życie dla moich dzieci, ocalenie dla mojego męża… Tylko takie prośby w sprawach XXXL.
Bo myślę tak po ludzku żeby Go nie zarzucać drobnymi potrzebami, bo przecież zmęczony może być, albo zwyczajnie sił Mu zabraknie lub czasu, bo cały świat ma na głowie i parę miliardów ludzi.
Lecz ostatnio coś się we mnie zmieniło za sprawą jednego wydarzenia.
Pewnej niedzieli parę tygodni temu pogoda szalała jak to w marcu. W ciągu pół godziny potrafiło zaświecić słońce, potem rozpadał się deszcz, a na końcu przyszła zawieja śnieżna. A ja właśnie wybierałam się autem do kościoła w mieście. Parę kilometrów przez pola i lasy, gdzie w trakcie śnieżycy nie widzisz dalej niż dwa metry przed sobą. A mój wzrok coraz słabszy.
Gdy wyjeżdżałam z domu nie padało i ucieszyłam się, że bezpiecznie dojadę bez większych przygód. Lecz wtedy przyszła natrętna myśl, że w drodze powrotnej już może nie być tak różowo i aż struchlałam na myśl o jeździe w śnieżycy.
– Niech będzie dobra pogoda na czas mojego powrotu, proszę. – westchnęłam tylko.
Podczas mszy słychać było raz bębnienie deszczu w szyby, raz gwizdanie wiatru, a niebo ściemniało. I już obawiałam się, że moja potrzeba jest jednak zbyt błaha, by zainteresować nią niebo. Lecz, gdy wyszłam, okazało się, że nic nie pada, a wiatr ustał i spokojnie pokonałam trasę do domu.
* * *
Od tego dnia częściej przypominam sobie, że dla Niego ważne jest całe moje życie i że jest obecny nawet w drobiazgach, bo jestem ważniejsza dla Niego niż wiele wróbli:)
Więc proszę, by mi pomógł na lekcjach, bym dała radę, gdy czuję, że boli gardło, żebym zdążyła z obiadem nim dzieci wrócą, żeby mi rozgrzał ręce, gdy zimno w kościele, żeby ogień w piecu się dobrze palił i nie wygasał, pranie wyschło bez przeszkód na dworze…

My myślimy o Nim – Wielki Pan.
I rzeczywiście jest nim. Lecz jednocześnie On tak bardzo chce się zbliżyć do naszego życia i naszych spraw, zamieszkać w nich, że nic nie uznaje za mało istotne czy niewarte uwagi lub troski.
Bo gdyby mnie córeczka prosiła:
– Mamo, daj mi buziaczka.
To nawet gdybym miała coś ważnego do zrobienia, schyliłabym się i cmoknęła ją.
A Bóg jest nieskończenie bardziej dobry niż ja.
Tak więc uczę się prosić też o rzeczy malutkie.
Znalazłam też szybko towarzyszkę, bo oto w „Dzienniczku” Faustyny natknęłam się na numer 1128, gdzie bardzo martwi się, bo upał taki straszny od kilku dni i kwiaty więdną w ogrodzie:)
Więc nie zwlekając długo…
„postanowiłam sobie odmawiać tę koroneczkę tak długo, aż Bóg spuści deszcz. Po podwieczorku niebo okryło się chmurami i spadł rzęsisty deszcz na ziemię, modlitwę tę odmawiałam bez przerwy trzy godziny.
I dał mi Pan poznać, że przez tę modlitwę wszystko uprosić można.”

Myślę, że idąc za takim przykładem, szybko zrobię postępy:)
* * *
