Po raz pierwszy usłyszałam jak ktoś nadał nazwę temu czemuś, czego doświadczałam już w życiu tyle razy.
– Jest coś takiego jak „zakorbienie” – zaczęła opowiadać nasza koleżanka z pracy, specjalistka od chemii. Właśnie zebraliśmy się po lekcjach omówić parę „trudniejszych przypadków”:)
– Uczeń nie umie, nie umie, dostaje same jedynki i dwóje i nagle!!! – uśmiecha się koleżanka – Zakorbił!!! Wszystko mu się rozjaśnia i dalej już idzie mu jak z płatka. Same piątki. Miałam takie przypadki – mówi – Ale może to tylko w naukach ścisłych – dodaje.

A ja wtedy myślę:
– Nie, nie tylko.
I od razu przypominają mi się moje własne klasyczne przykłady „zakorbienia”.
Na przykład ta noc na studiach, gdy nagle okazało się, że nie mam we własnych notatkach odpowiedzi na kilkanaście tez do egzaminu. Egzamin jutro rano, znikąd szukać pomocy. No, chyba że od koleżanki z pokoju: Zuzi – rodowitej Słowaczki.
Koleżanka oczywiście notatki miała i oczywiście życzliwie je pożyczyła, po czym poszła spać. A ja spojrzałam na rozłożone kartki i …wpadłam w panikę. Były kompletnie nieczytelne!!!
Zuzia pisała równiutko i schludnie, ale hieroglifami egipskimi. Nie pomogło obracanie tekstu na wsze strony, powiększanie go. Nie byłam w stanie rozszyfrować poszczególnych liter, a co dopiero wyrazów czy zdań.
I wtedy, zmęczona i zmartwiona, rozpłakałam się rzewnie, a moje łzy płynęły jak groch na notatki i rozmazywały to, co i tak było już dość zawikłane.
Gdy w końcu uspokoiłam się i – godząc z faktem, że będę musiała iść na egzamin częściowo nieprzygotowana – otarłam łzy, westchnęłam o miłosierdzie Boże, spojrzałam ostatni raz na leżące przede mną kartki i… zaczęłam płynnie czytać zapisany tam tekst:)
Dodam, że nikt Zuzi nie rozczytywał poza nią samą i że moja umiejętność pozostała mi do dziś;)
Zakorbienie.

Drugie takie klasyczne zakorbienie pamiętam, gdy po dziesięciu latach przerwy w prowadzeniu auta, już jako mama zerówczaka Ali, musiałam powrócić do tej umiejętności ( czyt. nauczyć się jej od nowa). Wobec faktu, że mój mąż zbyt nerwowo przeżywał nasze prywatne lekcje jazdy:), wykupiłam w końcu trzy godziny jazdy u profesjonalnego instruktora o nerwach stalowych jak linki hamulcowe.
Przejeździłam dwie pierwsze godziny i … kompletna klapa. Wróciłam do domu płacząc, padłam w ramiona męża i powiedziałam, że nigdy nie nauczę się jeździć.
Trudno. Taka już ze mnie ciapa:(
Gryzłam się tym przez kolejne dni. I oto znowu istruktor podjechał pod nasz dom, wsiadłam, ruszyłam… Ostatnia szansa.
– Co się z panią stało? – zdumiał się instruktor, gdy godzina jazdy dobiegła końca i znowu zaparkowałam pod domem – Ostatnio pani kompletnie nie umiała jeździć, a dziś jeździ pani jak rajdowiec.
– Nie wiem. – uśmiechnęłam się.
Brakowało mi wtedy tego słowa, które znam dzisiaj: ZAKORBIENIE.
I od tego czasu minęło już prawie dwadzieścia lat, a ja co dzień jeżdżę autem.
* * *
Bo zakorbienie może być w każdej dziedzinie i dyscyplinie. Pewnej sekundy nagle zaczyna obracać się któraś korbka w głowie, sercu, duszy i… wszystko zaczyna się toczyć, jak powinno.

Błysk szybki jak flesz i … zostajesz przeniesiony sto mil do przodu, w rozumieniu, zdolnościach, kochaniu, łasce. Bez wysiłku, bez zielonego pojęcia jak to się stało.
Nazwałabym to jeszcze inaczej, ale to już dopowiedzcie sobie sami:)

U nas się mówi „zatrybić”.
I również pod tą nazwą wydarza się nie tylko w naukach ścisłych…