Zastanawialiście się kiedyś jak czuł się Kopciuszek za pięć dwunasta? Wtedy, kiedy już więź się zawiązała? Ze świadomością, że może już nigdy?
– Bawmy się szybciej! – krzyczało jej serce – Żyjmy szybciej! Intensywniej! Włóżmy w każdą sekundę kilka godzin.
Świadomość upływu czasu, który za chwilę rozdzieli . Właściwie powinniśmy ją mieć stale, ale zawsze wydaje nam się, że tyle jeszcze przed nami, że popadamy w zupełną nieświadomość. Chyba że…
… akurat po wielu latach przyjechał przyjaciel i … macie pięć godzin na nacieszenie się sobą na najbliższe może kilka lat. Wtedy świadomość staje się dojmująca. Czas nieubłaganie ciurka, a za pięć dwunasta każde jego ziarenko waży tonę i uderza cię z taką siłą, że aż w oczach pojawiają się łzy.
– Jest już pierwsza. – powiedział Martin, mąż Anett.
– Aaaaa! – wpadłyśmy w panikę nad pierwszym punktem programu, tj. ogniskiem z kiełbaskami.
Szybko rozlałyśmy wino jeżynowe, które „w zasadzie powinno jeszcze z pół roku postać” jak zaznaczył Marek, gdy nam je ofiarowywał, ale kto by tam czekał tyle, skoro cenna jest każda minuta. A Martin był czujny. Czy Czesi są najbardziej punktualnym narodem świata?
– Druga. – oznajmił dosłownie chwilę później głosem wieszczki Kasandry.
– Boże. Została godzina!!! Bawmy się szybciej! – zakrzyknęłyśmy, wysypując karty do gry Dobble.
– Druga trzydzieści cztery. – Martin był nieubłagany, choć wygrywał w Dobble raz za razem.
– Szybko, śpiewajmy!!! – zarządziłyśmy, wyciągając kultowe już śpiewniki z mojego i Misia wesela.
I popłynął nasz rzewny śpiew w sad i las, a ptaki omalże nie pospadały z gałęzi, a wiatr, który szykował się do burzy, usiłował zakneblować nam usta.
– Teraz Martin słuchaj! To nasza narodowa pieśń! – poinstruowałam brata Czecha.
– Hej tam gdzieś znad Czarnej Wody siada na koń ułan młodyyyyyy Czule żegna się z dziewczyną, jeszcze czulej z Ukrainą!!!! – piejemy.
– Tak, narodowa. – śmieje się Anett.
– A nasz wiersz patriotyczny to : Litwo, ojczyzno moja… – dodaję przebijając się przez śmiech i ciąg dalszy „Ukrainy” wyśpiewywanej tenorem mego męża.
Martin się poddaje i opada na kocyk, a Laurka dyryguje nam kawałkiem patyka. I lecą w świat kolejne nieśmiertelne przeboje: Umarł Maciek, Studzienka, Laura i Filon, Po cóżeśta kawaliry przyśli, Biała jabłoneczka, Czerwony pas ( nawiasem pisząc – ulubiona pieśń weselna mego śp. taty), W murowanej piwnicy… A czas płynął tak wartko, że nawet kukułkę Martinka zaskoczył.
– Trzecia dwadzieścia!!! – wykrzykuje naraz.
Szybkie pakowanie, ustawianie GPS-a, kilka uścisków, kilka zdań, spojrzeń w oczy. A przecież tyle miało paść słów, a nie zdążyły. Tyle jeszcze opowieści nawet nie zaczętych. A tu już pięć po dwunastej.
Zostanie kilka zdjęć, dwa filmiki i nasze pienia nagrane przez Martinka. I tęsknota. I niedosyt.
Jedno tylko pociesza. Czas, który tak szybko rozdzielił, teraz będzie czasem, który równie nieubłaganie zbliża do następnego spotkania.
I masz rację Anett, obojętnie kiedy się znów spotkamy, za miesiące czy lata, będzie tak jakbyśmy rozstali się na mgnienie oka i kończyli wczoraj zaczętą rozmowę.