rozmowa

 

tak naprawdę nie wiemy ile potrafimy znieść, dopóki to nie przyjdzie

– powiedział jej

gdy zaczęła nieśmiało

o mężu

zdradzie

i zaczynaniu od nowa

 

montował jej nowe drzwiczki

do nowej szafki

w nowej łazience

nowego mieszkania

gdzie zaczynała zupełnie nowe życie

tak

– odpowiedziała powoli i z wahaniem

bo musiała zmierzyć się

z tą nową myślą

jak ze smokiem

który nagle wyszedł z pieczary

nigdy nie czuła się silna

a jednak daje radę

uśmiecha się

rozmawia

pracuje

załatwia sprawy

co dzień wstaje rano

 

tylko ten smutek

na samym dnie

obu jezior szarych oczu

tylko to

nic więcej

 

on wiedział co mówi

nie wyczytał tego w książce

parę lat temu

była taka noc

wyrok śmierci

rak

zaawansowane stadium

bezsilność na twarzy lekarza

zapłakana żona

czworo małych dzieci

walka na śmierć i życie

coś o tym słyszała

mogła mu zaufać

znał drogę przez ciemność

 

tak naprawdę nie wiemy na ile nas stać

– powtarza znowu

i prostuje się

skończone

– dodaje

patrząc na gotową szafkę

pięknie

– cieszy się ona

 

 

po balu

 

– Ja bym tak nie mógł – komentuje Miś.

Hania śmieje się przy stole. Balowała na studniówce do 6 rano, a teraz jest 11-ta, a ona wyspana, ubrana, radosna opowiada zebranej rodzince co jedli, jak tańczyli i kto jak był ubrany.

– Tylko parę pęcherzy mam na nogach. – mówi.

– Jak było? – pytamy.

– Za krótko – śmieje się ona.

– Ludzie, ja bym spał przez kolejny dzień – znowu wtrąca tata.

– No, co chcesz – młodość – uświadamia mu Alusia – Ty już się szykuj na wesele Julki.

– Tak, ty najlepiej cały dzień przed weselem prześpij – śmieję się.

– Na zapas się nie wyśpisz. – kwituje Miś.

Tak to minęła kolejna studniówka w naszej rodzince. Kolejny kamień milowy, kolejny etap.

Z Alusią rozmawiamy już o tym, co po skończonych studiach. O pracy, ewentualnym otwarciu gabinetu, w czym chciałaby się specjalizować, nowej stancji, kupnie auta dla niej itd.

Adaś nie przyjeżdża już kolejny tydzień, zawalony rysowaniem projektów. Czasem tylko wyśle jakieś zdjęcie kolejnego rozrysu i parę słów.

Za chwilę Nusia wyfrunie i pójdzie na wymarzone studia, a ich profil ostatnio zmienił się o 180 stopni:) Ale o tym jeszcze napiszę osobno.

Nie wierzę w to, co piszę, ale takich właśnie chwil, rozmów, decyzji dożyliśmy. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Nagle dzieci są dorosłe. Patrzysz jak rozwijają zupełnie już opierzone skrzydła. I jesteś z nich dumny i jednocześnie zdumiony, że to już, że tak szybko.

Mgnienie oka.

– Zobacz – pokazuję mężowi jedno ze zdjęć, które zrobiłam Nusi zanim wyjechała na bal – zobacz jaka ona jest tu do mnie podobna. Gdybym miała ciemne włosy, to wypisz wymaluj ja. Nigdy tego nie widziałam.

W tafli lustra odbija się szczupła twarz o ciemnych oczach, delikatny koci uśmiech igra na ustach, proste czarne włosy spływają kaskadą za plecy. I to coś w oczach, w przechyleniu głowy.

Aż oniemiałam widząc to zdjęcie. Jakby czas zatoczył koło i nagle się zamknął. Zostaje po mnie ktoś taki sam i jednocześnie tak inny.

Nawet gdy odejdę, zostanę w ich rysach, w ich pasjach, sposobie mówienia, gestach dłoni, przekonaniach, melodii głosu, sposobie ubierania, uśmiechu.

Będę podwójnie nieśmiertelna:)

 

co czyni wiosnę?

 

– Czy ja dzisiaj widziałem bociana? – Miś zadaje nam zagadkę. Właśnie wszystkie trzy szorujemy na dobranoc zęby w łazience, więc kontekst jest nieco zaskakujący:)

Przerywam szorowanie, bo przez to niedosłyszę i wydaje mi się, że mam omamy sluchowe.

– Bociana? – upewniam się – Zimą?

– Tak. – odpowiada mężulek – No bo wiozłem was dzisiaj rano do szkoły? – zadaje córkom pomocnicze pytanie.

Obie kiwają głowami na znak zgody.

– No i leciał bocian. Jak wyjeżdżaliśmy z bramy. Nisko. Miał duże skrzydła – uszczegóławia bajkę, szukając potwierdzenia faktów w oczach szorującej zęby publiki.

Ale publika milczy. Nie potwierdza zeznań.

– Zwidy miałeś. Bocian nie wróciłby tak szybko i nie latałby w śniegu. Może to łabędź. Czasami zostają na zimę.

– Nie – upiera się bajarz i szuka zdjęć w Internecie – miał duże czarne skrzydła.

– Bocian?

– No nie wiem. Może nie bocian. Szybował w powietrzu.

– To może szybowiec – śmieję się.

– Nie. Dzioba nie pamiętam, ale był duży i miał czarne skrzydła. Dzwoń do Maxa!

– Nie! Wiesz, że Max nie lubi takich pytań – stanowczo się sprzeciwiam angażowaniu mego brata w ornitologiczne rebusy dwie godziny przed pólnocą.

* * *

Więc widzicie. Śnieg na zewnątrz, wszystko skute lodem, wiatr mroźny, a u nas bociany czy też inne ptaki już szybują.

Może jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale jeden bocian i to z czarnymi skrzydłami to już zupełnie coś innego 🙂

Spodziewajmy się więc cieplejszych dni lada moment.

Zakładam więc następnego dnia do pracy różową spódniczkę i sweterek w pastelowe kwiaty.

– Rut, jak ty pięknie wyglądasz! – wykrzykują wszyscy.

– Mój mąż widział wczoraj bociana, więc wiosna tuż tuż i postanowiłam to uczcić – śmieję się.

I od razu wszystkim poprawia się humor.

Bo niestraszna nam zima zza okna, póki po świecie szybują bociany, w szafie wiszą różowe sukienki, a na ustach nosimy uśmiech:)

 

Historynka

 

I znowu siedzę i czytam. Gardło chrypi, więc w pogotowiu trzymam kubek z herbatką o nazwie „grzane wino”. Jeden z prezentów na urodziny.

Reszta towarzystwa leży na kanapie obok i raz po raz zwija się ze śmiechu. Gdyby ktoś zajrzał tak przez okno do środka i zobaczył jak wszyscy w konwulsjach taczają się po wielkiej rozłożonej kanapie, byłby zaniepokojny stanem zdrowia naszej rodziny:)

Bo oto znowu wyjęliśmy z półki naszą „Historynkę” i przypominamy sobie stare dzieje i perypetie naszej rodzinki.

– Jak to dobrze, że to zapisałaś – mówi mąż jeszcze rano, gdy do porannej kawy przeczytałam mu parę pikantnych kawałków o małej Lalci i jej wyczynach.

– Nigdy byśmy tego nie zapamiętali, gdybyś nie spisała.

Tak.

Ile takich historii, pięknych, śmiesznych, wzruszających, ciekawych zapada się w odmętach naszej krótkiej ludzkiej pamięci. To tak jakby znikały całe olbrzymie światy, planety, księżyce, galaktyki, gwiazdy. Niepowetowanie i na zawsze.

Jak cudownie jest móc zapisać, utrwalić, a potem odwiedzić jeszcze raz i jeszcze raz swoją własną przeszłość, pospacerować po niej z mężem i dziećmi, podzielić się nią z najbliższymi, razem pochichotać lub zadumać się nad obfitością życia.

Od tomu trzeciego „Historynki” minęło już trochę czasu, więc w czasie nadchodzących ferii postanowiłam popracować nad kolejnym tomem. Nie mogłam się jednak powstrzymać i już zrobiłam pierwszy zarys.

A ferie zaczynają się u nas dopiero jutro:)

– Szybka jesteś – powtarza mi zawsze mąż.

Tak

Jak się do czegoś zapalę, albo coś zaplanuję, chcę to zrobić w mgnieniu oka. Taka już jestem:)

 

 

 

przebudzenie motyla:)

 

– Nie wiem co się ze mną stało  – mówi zaskoczona Laurka, buszując w sklepowych alejkach wypełnionych domowymi gadżetami – Ale ostatnio zaczęły mnie interesować wazoniki, świeczki, poduszki… – wymienia na jednym oddechu.

– Nic się nie stało – śmieję się – jesteś kobietą.

Tak, ostatnio widać to coraz wyraźniej. Zaczęła zakładać inne kolory niż czarny, błyszczące kolczyki, coraz częściej odwiedza drogerie, kupuje tusze, mgiełki, rozjaśniacze, pilingi, a ostatnio po zakupach z tatą poskarżyła się:

– Takie były piękne kwiaty, a tata mi nie kupił.

– Bo jest mróz na dworze, kwiaty by zmarzły – przechodzi od razu do obrony oskarżony.

Zmarszczyłam tylko brwi.

I już dziś jadą po te kwiaty:) Mimo mrozu;)

 

 

zima

 

Kto powiedział, że zima jest nudna, chyba stracił wzrok, słuch i inne zmysły:)

Gdy wracam z pracy, sunąc zaśnieżoną wiejską drogą, śnieg w zagłębieniach jest delikatnie lawendowy. Namyślam się jakie farby musiałabym wymieszać, by uzyskać ten piękny odcień.

Woda miarowo jak zegar kapie z długiego sopla wiszącego u nosa rynny. Zaświergocze nagle, króciutko sikorka. Śnieg skrzy się od słońca jak rozsypany brokat. Mróz szczypie po palcach ukradkiem, gdy robię zdjęcia ośnieżonej gałęzi. Dzięki podszewce z bieli, las nagle robi się przejrzysty i przestronny jak jasny salon. Zatracają się w nim niepokojące cienie i gubią gdzieś nieprzeniknione zakątki. Teraz jest przyjazny i otwarty dla oczu. Nic a nic niestraszny.

Z dachu zjeżdżają lawiny. Zaczyna się od jęzora, który nawisa nad rynną, a potem wszystko spada z głuchym plaśnięciem. Czasem coś strzeli gdzieś daleko i boleśnie. To gałęzie starych jabłoni i sosen pod naporem mokrego śniegu łamią się i odpadają.

Na białych odsłoniętych połaciach można tropić ślady tych, co to tu byli, gdy nas nie było. Przecinają się tropy i ścieżki małych i dużych gości. Tu ptaszek, tam zając, jaszczurka lub mysz, kot, sarna i ktoś jeszcze, z pazurami …

Tyle domysłów snuje się wtedy po głowie.

Kto nas odwiedza w nocy i gdy dom stoi pusty?

*  *  *

Każda śnieżyca zaczyna się od pierwszego okruszka. Spada on nagle, niedbale wirując, jakby się namyślał, gdzie możnaby przysiąść na ziemi. Patrzę na niego i uśmiecham się.

– Pada śnieg!!! – oznajmiam rodzinie gromko.

Potem pojawia się drugi, podobnie niezdecydowany. I za chwilę już sypie. Najpierw bardzo drobniutko, potem płatki przypominają już duże pióra.

Najpiękniej wirują wkoło zielonej czupryny sosny, która rośnie na samym środku podwórka i w świetle ulicznej latarni – z drugiej strony domu. Gdy jest ciemno, tylko tam, w trójkącie światła spływającego z góry, można poznać czy pada śnieg czy już przestał. Stoję czasem w nocy i patrzę. I jakaś niesamowita cisza i pokój pokrywają serce wraz z kolejnym centymetrem śniegu osypującym się na świat.

Czasem, zanim jeszcze zacznie padać, czuję już zbliżającą się śnieżycę w głowie. Myśli spowija jakiś ciepły kokon, zawijam się w koc, a gdy budzę się po chwili, za oknem wszystko wiruje.

*  *  *

Lubię zimę i nie przyłączam się prawie nigdy do chórku biadającego, że ślisko, zimno, mokro i szaro, że ciężko chodzić, jeździć i żyć.

Jeśli nie potrafi się docenić zimy, nie będzie się też umiało ucieszyć szczerze z wiosny, czy lata.

Wszystko jest darem, łatwiej lub mniej dostrzeganym, lecz darem.

Wszystko i wszyscy, którzy pojawiają się na naszej drodze.

Choć z tymi wszystkimi jeszcze mi tak dobrze nie idzie jak z „wszystkim” 🙂

Pewnie dlatego wciąż jeszcze tu jestem.

Żeby poćwiczyć:)

 

 

 

 

pół wieku

 

Czy też to zauważyliście?

Że najwięcej dostajesz, gdy nie liczysz na wiele lub nie spodziewasz niczego:)

Nigdy nie sądziłam, że dożyję pięćdziesięciu lat, a oto proszę:) I nie spodziewałam się tak szczęśliwego życia, a oto jest takie, że nawet najpiękniejsze sny nie bywają tak piękne.

I nie liczyłam na żaden prezent z tej okazji, a morze prezentów zalewa mnie potężną falą od trzech dni. I potoki miłych, dobrych słów wydobywanych z samego dna serca.

Jak dobrze mieć tak wielu dobrych, życzliwych ludzi wokół, którzy otaczają się ciasnym wianuszkiem w dni smutne i radosne. Którzy umieją płakać, gdy ty płaczesz i śmiać się razem z tobą. Powiedzieć cicho do ucha: „Dobrze, że jesteś”.

Dziękuję za Was. Tych, których już znam i tych, którzy jeszcze nie dali mi się poznać. Za Was wszystkich, bo wiem jakimi ciepłymi myślami mnie otaczacie. To się czuje. Płynące ku mnie błogoslawieństwa i modlitwy otulające jak pled nawet w najciemniejsze noce.

Jeśli żyję i jestem szczęsliwa, to tylko dzięki Bogu i dobrym ludziom.

Wśród wielu prezentów otrzymałam ikonę o tytule: „Młodzieńcy w piecu ognistym”.

I pomyślałam, patrząc na nią:

 

doszłam do tego dnia

brodząc stopami

w ogniu i zielonych trawach

nic mi nie zostało oszczędzone

ani nic poskąpione…

 

To było życie w całej pełni, w pełnej skali muzycznej, w całej palecie barw, od A do Z.

I – w zasadzie – mogłabym już odejść, postawić kropkę na końcu zdania.

Ale skoro się dziś znowu obudziłam, widocznie plan jest zupelnie inny:) I jestem go niezmiernie ciekawa i gotowa do dalszej drogi.

Wiem, że nic mi nie zostanie oszczędzone, ani nic poskąpione, nasypią mi pełną miarę w zanadrze.

Przede mną na stoliku nowy obrus wyszywany w lawendy ( wciąż myślę o przygodzie z lawendą:), na nim tomiszcze wierszy Miłosza ( może znowu zacznę pisać wiersze:) i butelka z bialym pół-słodkim winem ( takim w sam raz:)

Jestem wdzięczna, że jestem🌸

Niewysłowienie wdzięczna.

 

 

 

 

łaskawość

 

Leżę na łóżku, przytulona do poduszki, owinięta aż po uszy ciepłym kocem z wełny.

Za oknem hula wiatr i sypie śnieg, za oknem mróz i szary horyzont, a ja leżę sobie jak jeż zakopany w stertę liści i po prostu odpoczywam.

Wróciłam z pracy, z chrypką i pustym brzuchem, zjadłam obiad, wypiłam kawę, rozwiesiłam pranie, odmówiłam różaniec, przygotowałam lekcje na jutro i dopiero potem – z czystym sumieniem – mogłam wślizgnąć się pod koc.

I nagle się zaczyna.

– Trzeba by jeszcze zmyć podłogę w łazience,

podlać kwiaty,

sprawdzić prace uczniów,

zmienić obrus w kuchni,

zadzwonić do … – nie kończąca się wyliczanka w głowie.

I jeszcze parę lat temu ściągnęłabym się resztką sił z łóżka, wstała i zrobiła to wszystko i jeszcze więcej.

Lecz teraz jestem inna, nauczyłam się czegoś.

– Bądź dla siebie dobra – słyszę inny głos, uśmiecham się, zawijam jeszcze szczelniej, wtulam nos w owczą wełnę i zamykam oczy.

Bądź dla siebie dobra. Daj sobie odpocząć. Świat nie zawali się jeśli natychmiast na stole nie pojawi się świeży obrus, a podłoga w łazience poczeka cierpliwie jeszcze jeden dzień.

Niestety mam za sobą długą historię „nie – bycia dla siebie dobrą”, katowania się i zadręczania, nie odpuszczania sobie na milimetr, twardych zasad egzekwowanych z żelazną konsekwencją, przymuszania się, nie liczenia ze swoją słabością i kruchością.

Wciąż jeszcze to mnie czasami nachodzi. Wyrzuty sumienia, że nie jestem idealna i nie zawsze sobie radzę.

Ale teraz coraz częściej słyszę ten łagodny głos:

„Bądź dla siebie dobra”.

I o dziwo, słucham go:)

 

Posłuchajcie i wy.

Bądź dla siebie dobra.

Bądź dla siebie dobry.

Od dziś.

Od teraz.

Popatrz na człowieka w lustrze, pogłaskaj swój policzek, popatrz  w swoje oczy, uśmiechnij się.

Tyle już przeszedłeś.

Okaż sobie łaskawość.

🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸

 

 

 

 

zakręty

 

Patrzę przed siebie na olbrzymią przestrzeń rozpoczynającego się roku. Jest wielka jak step akermański, tajemnicza i pociągająca, nieodgadniona, bo któż z nas może dołożyć choć jeden dzień, czy jeden włos…

Mimo to, wiem, że ten rok będzie obfitował w znaczące daty, wielkie wydarzenia, słupy milowe i zakręty, za którymi nie wiadomo co dalej.

Bo oto za chwilę kończę 50 lat, później pół wieku wybije także mojemu mężowi, a razem będziemy świętować 25 gody. Nasza najstarsza córka skończy studia, średnia wejdzie w pełnoletniość, zda maturę, prawo jazdy i wybierze studia. To już nasze trzecie dziecko, które wylatuje z rodzinnego gniazda. Potem Julcia wyjdzie za mąż i zacznie nowe życie. Duże zmiany:)

Na horyzoncie rysuje się także prespektywa tego, że po dwudziestu latach stracę pracę. Pewnie już wielu z was domyśliło się, że jestem nauczycielem religii, więc…

Nie, nie boję się ani nie smucę. Jestem pewna, że Bóg mnie nie opuści i że ma plan. Tyle razy w życiu stawałam pod ścianą i wydawało się, że nie ma wyjścia, a potem… nagle okazywało się, że ściana jest jednak bramą do czegoś nowego, większego i piękniejszego.

Podobnie jest z wszystkimi naszymi życiowymi zakrętami. Niektóre są tylko łukami i rysują się przed nami tak łagodnie, że wyraźnie widzimy drogę za nimi. Są jednak i takie, które nagle skręcają pod kątem prostym lub ostrym i zupełnie, ale to zupełnie nie wiadomo co będzie dalej. Wtedy jest lekcja zaufania.

*  *  *

Gdy myślę o tych wszystkich zmianach, jakie czekają już wkrótce naszą rodzinkę, wiem, że to prawdopodnie jeszcze nie wszystko i że życie zaskoczy nas jeszcze bardziej niż to przewiduję.

A mimo to nie trzęsą się mi nogi i nie analizuję zanadto tego, co ma być.

Ktoś inny lepiej to robi niż ja i lepiej, by to On nadal to robił:)

Ostatnio wyświetlił mi się piękny cytat na instagramie:

Idź od zakrętu do zakrętu, na każdym zakręcie będzie ci pokazane co dalej. Ale idź! – nie stój!”

(Piotr Roztworowski OSB/EC, Wypatrując Jezusa)

 

I to zdanie, które stale wisi na naszej lodówce:

 

Pamiętacie? Spisałam je tak, jak zapamiętałam z filmu pt. „Nędzarz i madame”. Od razu przyznam się, że w rzeczywistości brzmiało nieco inaczej;)

 

Więc… wszystko przede mną, przed nami, przed Wami.

Pod naszymi stopami droga pełna zakrętów, a przed oczami rok rozległy, piękny i tajemniczy jak stepy akermańskie.

Jedźmy! Ktoś nas woła:)