Kto powiedział, że zima jest nudna, chyba stracił wzrok, słuch i inne zmysły:)
Gdy wracam z pracy, sunąc zaśnieżoną wiejską drogą, śnieg w zagłębieniach jest delikatnie lawendowy. Namyślam się jakie farby musiałabym wymieszać, by uzyskać ten piękny odcień.
Woda miarowo jak zegar kapie z długiego sopla wiszącego u nosa rynny. Zaświergocze nagle, króciutko sikorka. Śnieg skrzy się od słońca jak rozsypany brokat. Mróz szczypie po palcach ukradkiem, gdy robię zdjęcia ośnieżonej gałęzi. Dzięki podszewce z bieli, las nagle robi się przejrzysty i przestronny jak jasny salon. Zatracają się w nim niepokojące cienie i gubią gdzieś nieprzeniknione zakątki. Teraz jest przyjazny i otwarty dla oczu. Nic a nic niestraszny.
Z dachu zjeżdżają lawiny. Zaczyna się od jęzora, który nawisa nad rynną, a potem wszystko spada z głuchym plaśnięciem. Czasem coś strzeli gdzieś daleko i boleśnie. To gałęzie starych jabłoni i sosen pod naporem mokrego śniegu łamią się i odpadają.
Na białych odsłoniętych połaciach można tropić ślady tych, co to tu byli, gdy nas nie było. Przecinają się tropy i ścieżki małych i dużych gości. Tu ptaszek, tam zając, jaszczurka lub mysz, kot, sarna i ktoś jeszcze, z pazurami …
Tyle domysłów snuje się wtedy po głowie.
Kto nas odwiedza w nocy i gdy dom stoi pusty?
* * *

Każda śnieżyca zaczyna się od pierwszego okruszka. Spada on nagle, niedbale wirując, jakby się namyślał, gdzie możnaby przysiąść na ziemi. Patrzę na niego i uśmiecham się.
– Pada śnieg!!! – oznajmiam rodzinie gromko.
Potem pojawia się drugi, podobnie niezdecydowany. I za chwilę już sypie. Najpierw bardzo drobniutko, potem płatki przypominają już duże pióra.
Najpiękniej wirują wkoło zielonej czupryny sosny, która rośnie na samym środku podwórka i w świetle ulicznej latarni – z drugiej strony domu. Gdy jest ciemno, tylko tam, w trójkącie światła spływającego z góry, można poznać czy pada śnieg czy już przestał. Stoję czasem w nocy i patrzę. I jakaś niesamowita cisza i pokój pokrywają serce wraz z kolejnym centymetrem śniegu osypującym się na świat.
Czasem, zanim jeszcze zacznie padać, czuję już zbliżającą się śnieżycę w głowie. Myśli spowija jakiś ciepły kokon, zawijam się w koc, a gdy budzę się po chwili, za oknem wszystko wiruje.
* * *
Lubię zimę i nie przyłączam się prawie nigdy do chórku biadającego, że ślisko, zimno, mokro i szaro, że ciężko chodzić, jeździć i żyć.
Jeśli nie potrafi się docenić zimy, nie będzie się też umiało ucieszyć szczerze z wiosny, czy lata.
Wszystko jest darem, łatwiej lub mniej dostrzeganym, lecz darem.
Wszystko i wszyscy, którzy pojawiają się na naszej drodze.
Choć z tymi wszystkimi jeszcze mi tak dobrze nie idzie jak z „wszystkim” 🙂
Pewnie dlatego wciąż jeszcze tu jestem.
Żeby poćwiczyć:)
