granaty na śniadanie

 

 

Najmłodsza latorośl często przy posiłkach poczuwa się do obowiązku zagajania kulturalnej pogawędki.

I tak przy jednym pysznym śniadanku rzuciła niewinnie granacik frapującego tematu:

– A nasa babcia wyjmuje śwoje zięby.

Po czym, korzystając z ogólnej konsternacji, dodała wyjaśniająco:

– Bo nie jeśt jej wygodnie s nimi LEŻYĆ.

 

Granacik wybuchł chwilę potem. Śmiechem.

Zęby rzeczywiście potrafią uwierać podczas leżenia:) Zauważyliście?

Ale myśli bardziej. Zauważyliście?

I bywają ostrzejsze niż zęby Suareza:)*

 

 

* tak, tak, wiem kto to jest Luis Suarez. Mam dwóch mężczyzn w domu i mundial:)

 

 

 

 

poezją o prozie

 

Przejeżdżamy błękitniejącym letnim wieczorem obok zakładu produkcji maszyn rolniczych. ( efekt zderzenia poezji i prozy zamierzony:)

Na ogrodzeniu zakładu wielkie banery informujące szczegółowo o wytwarzanym asortymencie. Dusio wychyla się bliżej okna, nos rozplaszczając niemal na szybie.

– Śpiewniki do buraków?!!! – czyta na głos zszokowany.

W tym momencie nasze auto eksploduje.

Śmiechem całej rodziny.

– SIEWNIKI!!! – ktoś wykrzykuje ponad salwą śmiechu.

 

Efekt zderzenia poezji i prozy zupełnie niespodziewany:)

 

stolatki

 

Siedzimy rankiem w łóżku i na głos czytamy. Cała rodzinka słucha z zapartym tchem.

Ja czytam z małego kajecika wszystkie opisy śmiesznych i barwnych scenek z naszego życia ( większość z nich znajduje się w doszlifowanej formie na tym blogu:)

Laurka – tym samym tonem – improwizuje na gorąco:

– Wiewiólka miała STOLATKI.

– Zapisuj, zapisuj szybko!!! – skanduje publika i rzuca mi ogryzek ołówka.

Zapisuję więc, domowy skryba, skrobiąc mocno sfatygowanym ogryzkiem po pożółkłej kartce:

Wiewiólka miała stolatki ( czyt.  urodziny:)

 

Często ostatnio pytam siebie sama : Po co to robię? O wiele rzeczy tak pytam, nie tylko o pisanie.

Dziś wyjątkowo znam odpowiedź. Dla dwóch kilo śmiechu o poranku:)

 

Co nie znaczy , że będę ją znać jutro. Jutro jest odległą galaktyką.

 

o nienasyceniu

 

Laurka ściąga z parapetu mały tomik oprawny w foliową granatową okładkę. Zaraz potem ściąga coś co grzechocze jak korale. Usadawia się w znajomy mi sposób i układa na kolanach zdobycze z wyraźnym zamiarem ich użycia.

Otwiera tomik i zagłębia w nim wzrok, potem bierze drewniany różaniec.

 

– Przed chwilą się modliłaś. Może już wystarczy – oponuję ze śmiechem, widząc jak wertuje moją Biblię.

– Nie. Jesce jedno POMODLENIE. – wyjaśnia poważnie i unosi palec jak kropkę nad i. Zupełnie jak to mają w zwyczaju rasowi kaznodzieje.

 

Dzieci są lustrami. Łatwo się w nich przejrzeć.

Jak to dobrze, że czasem – zaglądając w głąb ich oczu – można odnaleźć tych lepszych siebie. I uśmiechnąć się. Zupełnie tym samym uśmiechem, jakim patrzymy na promień słońca, który przedarł się przez chmury.

 

cudowna mikstura

 

Lato, kapryśne, bo kapryśne, ale zawsze lato.

Lato rozcierające nam po twarzach „brązik” opalenizny i znaczące te bardziej odstające części ciała zadrapaniami, siniakami i strupkami – nieodzownymi przy bliskich kontaktach z naturą, jakie wznowiliśmy tuż po stopnieniu śniegu. Nieuniknionymi przy takiej ilości odstających części ciała, jakimi dysponują chudzielcy jak my:)

Laurka celebruje świeżą kontuzję obdartego kolanka.

Wśród wielu środków leczących jeden okazuje się mieć wpływ cudowny.

– Hmmm. – rozkoszuje się trzylatka przechylając raz po raz kubek i mocząc w nim koralowe usta.

– Ta helbata dociela do kolana i psestaje boleć. – dzieli się równie świeżymi jak rana doznaniami.

 

Herbata dociera do kolana:)

Ciekawy przewód pokarmowy ma nasza najmłodsza pociecha.

 

 

gniazdo w głowie

 

Jeden z cytatów, który mnie ostatnio poruszył i się mi przypomina na dzień dobry i na dobranoc:)

 

Nigdy nie otworzyłbyś drzwi swego domu przed złodziejem. Dlaczego więc pozwalasz, aby myśli, które kradną ci radość, uwiły sobie wygodne gniazdko w twojej głowie?

 

(Tommy Newberry „Sekret radosnego życia”)

 

(zdj. z forum przyrodniczego „Bocian”)

 

zachwyty

 

Idzie Laurka po schodach i tupie różowymi pantofelkami.

Z wyraźną lubością na twarzy. Jej małe, ale już wyraźnie niewieście uszka delektują się każdym „stuk” obcasika na każdym drewnianym stopniu. W końcu, stanąwszy u szczytu schodów …

– Ładny mam dźwięk? – zadaje sakramentalne pytanie.

– Ładny, ładny, – leję jej miód słów na serduszko:)

 

– Ładna dziś jestem dziewczyny? – pyta Ula uśmiechając się promiennie. Stoi na tle tablicy z ogłoszeniami w pokoju nauczycielskim wyraźnie odmieniona.

– Nowa bluzka? – zgadujemy – Ładna!!! – wpadamy w zachwyt nad bladoniebieskim odcieniem.

– Nie, nie bluzka! – powstrzymuje nas Ula – Pasemka zlikwidowałam:)

 

Piękno dźwięków, powab ciała, kolor ubrań, gracja ruchów, harmonia muzyki, zapach kwiatów, tembr głosu, aksamit skóry – zewnętrzne piękno nie przestaje być pięknem, a wrażliwość na nie jest darem.

 

Czasami zbyt pochopnie nazywamy to powierzchownością. 

Ale… zachwyt nad płatkami kwiatu wiedzie pszczołę do głębi kielicha. Umiłowanie piękna, nawet tego zewnętrznego, może zaprowadzić nas dalej niż się spodziewamy.

 

 

argument do podważenia

 

Laurka pompuje różową hulajnogę.

Sprzęt jest plastikowy i nie wymaga zastosowania takiej procedury, ale dziewczynki to nie przekonuje. Zresztą, nic, nikt, nigdy i nigdzie jej do niczego nie przekona jeśli ona sama tego nie chce.

Wciska więc końcówkę pompki ( Dusiowej, do piłek!!!) w małą dziurkę w plastiku i pompuje z zapałem.

– Muse to lobić zeby była wieksa – tłumaczy mi sapiąc, po czym kończy i oddaje pompkę.

– Mozes telas siebie napompować. – rzuca przez ramię luźną propozycję i odjeżdża.

 

Wtem hamuje gwałtownie, zawraca i…

– Albo nie!!! – zmienia głośno zdanie – Bo ty nie mas zadnej DZIULKI:)

 

 

I co się będę chwalić, że wręcz przeciwnie, że mam i to niejedną ?

Człowiek dziurawy jest jak sitko:)