Kiedyś opisałam tu historyjkę sprzed lat opiewającą jak mój mąż kupił kozę i w jakie osłupienie wprawił tym naszych bliskich i znajomych.
Wszyscy dopytywali wielce zaaferowani: a gdzie będzie stała?
a co będzie jadła?
i kto ją będzie doił?
Mężulek miał ubaw po pachy, bo koza była wszak metalowym piecykiem do ogrzewania warsztatu:)
Zupełnie niedawo zaś dokonaliśmy kolejnego zdumiewającego zakupu. Zanim nasze zamówienie zrealizowano i wysłano, Miś rozesłał w świat wiele sms- ów o treści:
” Kupiliśmy dziś nowe czerwone Ferrari”.
Oczywiście adresatami wiadomości byli głównie koledzy, gdyż – jak uznał mój mąż – oni bardziej docenią ten zakup niż kobiety.
Na odzew nie czekał długo, a rozemocjowane wiadomości zalały jego telefon.
– Co?!!! Ale nowe? – pytał jeden kumpel.
– Dawaj zdjęcie!!! – błagał drugi.
– Kiedy będziesz je miał? – to trzeci.
– Wow, Michał!!! – wyrażał podziw kolejny.
Mój mąż rósł w oczach kolegów, chichotał i odsyłał odpowiedzi, że tak, nowe, bo ” kto bogatemu zabroni”; że przywiozą w poniedziałek; i że wyśle zdjęcia jak tylko je będzie miał.
Ferrari dotarło w poniedziałek, Miś natychmiast zrobił stosowne fotki i rozesłał wszystkim zainteresowanym.
– Cha, cha, cha. Ale śmieszne. – odpisali mu koledzy, wyraźnie zawiedzeni. Ba, zdegustowani nieco czerstwym żartem:)
A tak wygląda nasze nowe czerwone Ferrari.

Może nie zawiezie nas na Lazurowe Wybrzeże, nie zaszpanujemy nim na szosach świata, ale wykarmi nasze liczne stadko jakże ulubioną przez wszystkich pizzą.
Ferrari bowiem to piec do pizzy, który służy nam wiernie od ponad dwóch miesięcy.
I osobiście uważamy, że tylko taki model ferrari warto posiadać;) Lecz koniecznie czerwony:)
Ferrari wszak musi być czerwone:)















