przecież wiesz…

 

Siedzę na ławeczce w sadzie, twarz wystawiam do słońca, nade mną sklepienie z lazurowego nieba i prawie-wieczorej piosenki ptaków.

Zamykam oczy, twarz biorę w dłonie, milczę, odpoczywam od słów, od ich potoku, w którym moje życie się zwykle kąpie całymi dniami. Milczenie, cisza jest jak wyjście na piaszczysty miękki brzeg i pozwolenie sobie, by wyschnąć.

I wydaje mi się, że nie ma już we mnie żadnych słów, żadnych pytań, a jednak…

On wie, że moje serce bez jednego słowa, bez dźwięku wciąż zadaje pytania. Wciąż szeleszczą jak podskórne potoki, ukryte głęboko wodne cieki.

– Przecież wiesz… – odpowiada więc – Nie kpiłbym z ciebie.

I powtarza to tyle razy, że fraza splata się z pieśnią ptaków, szumem wiatru, skrzypieniem drzew. Otula mnie dokoła.

– Wiem – mówię Mu – Ty jeden nigdy nie kpiłbyś ze mnie. Ty jeden zupełnie na poważnie traktujesz łódkę mojego serca, chwiejną lichą łupinkę podobną do skorupki orzecha. Nawigujesz ją i prowadzisz jakby była wielkim wielomasztowym królewskim okrętem, przemierzasz nią mile mojego życia, mijasz rafy i niebezpieczne skały, ratujesz od burz i nawałnic. A to wszystko śpiąc spokojnie na jej dnie. Nieporuszony Kapitan.

– Dopłyniesz, gdzie ci pokazałem – mówisz – Nigdy nie kpiłbym z ciebie. Nie pokazywał celów na mapie, gdyby były niedosięgłe. Nie prowadził na lądy, które są ułudą. Nie dawał nadziei na coś, czego nie ma.

Nie jestem taki. Przecież wiesz.

Wiem.

 

poranna refleksja

 

Lubię tak siedzieć na porannym skraju dnia, zanim pobudzą się ludzie i zamilkną ptaki. Słońce przesiewa się przez lampion lasu, chłodny powiew powietrza jeszcze pamiętającego noc, krople rosy na trawie i cisza. Kubek kawy grzeje ręce, a dobre myśli serce. Bo wciąż – mimo wielu trudnych zdarzeń – mam mnóstwo dobrych myśli i wiary, że wszystko będzie dobrze. Może to nigdy nie wyparowuje z człowieka jeśli już porządnie zakorzeni się w sercu. Może trzeba dni szarych, mglistych, sztormowych żeby to, co się ukorzeniło wyrosło nie na mikrusa, lecz na solidny pęd. A wtedy, w takie poranki jak dziś – świetliste, rzeźkie – wypuści listki. A jeszcze potem zakwitnie i wyda owoc.

* * *

My już poniekąd jesteśmy drzewem, które owoc wydało, dojrzało go i upuściło na ziemię.

Nasze dzieci jedno po drugim opuszczają gniazdo. Jeszcze wracają regularnie, ale już z własnymi parami próbują wić swoje osobne życie. My jeszcze im towarzyszymy w tych zmaganiach, bo to zawsze jest trud i wysiłek budować relacje, fundamenty domu i życia. Bo to zawsze wymaga odwagi i brania się za bary z losem, bo to zawsze sprawdza wytrzymałość serca i kręgosłupa. Słuchamy więc, radzimy a najbardziej omadlamy wszystko, pamiętając, że w życiu potrzebne są i dni słoneczne i deszczowe, i cichy śpiew ptaka i huk piorunu, i śmiech i płacz, i odpoczynek i trud. Wszystko to dopiero razem połączone buduje każdego z nas.

A diament to zwykły węgiel, który wytrzymał olbrzymie ciśnienie i dał się przekształcić w coś cennego.

Innego losu dla nas i dla naszych dzieci nie chcemy. Bo wcale nie musi być łatwo. Musi być dobrze i szlachetnie.

* * *

Gołąb tuż nad naszym dachem wydał gardłowe potwierdzenie. Właśnie budują w mozole gniazdo z patyków na chwiejnej gałęzi jednej z sosen.

Kubek z kawą grzeje ręce, a dobre myśli wiją sobie gniazdo w mojej głowie.

 

 

przepraszam…

 

Przepraszam Was.

Tych, którzy pisaliście tu jakieś komentarze. Dziś dopiero zauważyłam, że czekały sobie grzecznie w sekcji: „komentarze do zatwierdzenia”. Inne w sekcji: „spam”.

Trochę mi wstyd, że po tylu latach blogowania, takie niedopatrzenie. Ale na tej platformie jestem od stosunkowo niedawna, a tutaj są takie zasady, że muszę komentarz zatwierdzić.

Niby wiedziałam, ale zapomniałam.

Więc przepraszam tych, których komentarze nie ujrzały światła dziennego i nie dostali żadnej odpowiedzi.

Postaram się poprawić:)

Z częstszym pisaniem też:)

 

pocałunek

 

Dziś dzień cichej zdrady Judasza.

Nikt o tym jeszcze nie wie, ale on już podjął decyzję: wyda przyjaciela przy pierwszej nadażającej się okazji. Warunek jest tylko jeden: jeśli się to będzie opłacać.

Jutro wieczorem weźmie 30 srebrników i pocałunkiem wskaże oprawcom zbawiciela, a potem skryje się bezpiecznie w ciemności. Nikt się nie dowie, nikt nie będzie ścigał.

Nikt poza własnym sumieniem.

Judaszu, pocałunkiem wydajesz przyjaciela? – echo tej cichej skargi będzie go gnało przez pustkowia.

*  *  *

A ja i ty?

Jeśli za intratną posadę, szemraną umowę, podwyżkę, awans, stanowisko, garść pochlebstw czy lepsze perspektywy jesteśmy w stanie wyrzucić zasady do kosza, wyprzeć się wiary, złamać przykazania, oddać głos na kogoś, kto walczy z Kościołem, poprzeć mordowanie niewinnych, a potem…

przyjść i przyjąć Komunię…

Tak po prostu.

Pocałunkiem wydajesz przyjaciela? – echo tej cichej skargi powinno rozedrzeć nam serce na pół.  Jak zasłonę Przybytku.

Tyle razy w naszym życiu powtarzamy wydarzenia Wielkiej Środy.