Siedzę na ławeczce w sadzie, twarz wystawiam do słońca, nade mną sklepienie z lazurowego nieba i prawie-wieczorej piosenki ptaków.
Zamykam oczy, twarz biorę w dłonie, milczę, odpoczywam od słów, od ich potoku, w którym moje życie się zwykle kąpie całymi dniami. Milczenie, cisza jest jak wyjście na piaszczysty miękki brzeg i pozwolenie sobie, by wyschnąć.
I wydaje mi się, że nie ma już we mnie żadnych słów, żadnych pytań, a jednak…
On wie, że moje serce bez jednego słowa, bez dźwięku wciąż zadaje pytania. Wciąż szeleszczą jak podskórne potoki, ukryte głęboko wodne cieki.
– Przecież wiesz… – odpowiada więc – Nie kpiłbym z ciebie.
I powtarza to tyle razy, że fraza splata się z pieśnią ptaków, szumem wiatru, skrzypieniem drzew. Otula mnie dokoła.
– Wiem – mówię Mu – Ty jeden nigdy nie kpiłbyś ze mnie. Ty jeden zupełnie na poważnie traktujesz łódkę mojego serca, chwiejną lichą łupinkę podobną do skorupki orzecha. Nawigujesz ją i prowadzisz jakby była wielkim wielomasztowym królewskim okrętem, przemierzasz nią mile mojego życia, mijasz rafy i niebezpieczne skały, ratujesz od burz i nawałnic. A to wszystko śpiąc spokojnie na jej dnie. Nieporuszony Kapitan.
– Dopłyniesz, gdzie ci pokazałem – mówisz – Nigdy nie kpiłbym z ciebie. Nie pokazywał celów na mapie, gdyby były niedosięgłe. Nie prowadził na lądy, które są ułudą. Nie dawał nadziei na coś, czego nie ma.
Nie jestem taki. Przecież wiesz.
Wiem.



