złote żniwo

Siedzę sobie z różańcem w salonie i nagle coś łaskocze mnie w kąciku oka.
Obracam głowę i dostrzegam to figlarne coś w rogu obrazka na ścianie:)

Zdaje się przeciągać jak kot, a potem wędruje po brzeżku złotej ramki…

 

Jasny promień słońca.

Przeczesał palcami liście draceny, 

 

odbił się od lustra obrazka 

zjechał po poręczy schodów,

zajrzał przez świetlik w drzwiach,

rozsiadł złotym pyłem na kociej sierści, 

spłynął po karminowych policzkach korali,

pogłaskał pękaty brzuch dzbana, który ostatnio lepiłam,

i podświetlił jak lichtarzyk ostatnie kwiaty pelargonii. 

Ścigałam go parę minut po całym domu, zbierałam każde jasne źdźbło.

U kresu listopada uzbierałam cały dojrzały snop światła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

długa droga z nocy

 

Pewnie to będzie najdłuższy wpis, jaki kiedykolwiek zrobiłam ma blogu.

I pewnie jeden z najbardziej osobistych.

Zmagałam się długo z myślą czy zamieścić te moje notatki tutaj. 

To trudne. Bo opowiadają historię z samych głębin serca.

Ale ta myśl, że historie, które mi się przydarzają nie należą tylko do mnie

… chyba mnie przekonała.

 

Więc, jeśli macie czas, posłuchajcie…

Złamany patyk cz.1
( napisane w połowie października 2020r.)

Hortensje wylądowały w garderobie. Schowały się wgłąb, za sukienki zwiewne, płaszcze jesienne i pudełka z szalikami, tuż obok walizki w kratę. Stoją nobliwe matrony w wazonie z odrobiną wody i zasychają w zupełnej ciemności.


Jeśli postawię je w świetle, stracą kolory i zszarzeją.


* * *
Czasem pytamy Boga: Dlaczego ta ciemność spowija moje życie, dlaczego pojawia się raz po raz jakby ktoś wsadzał mnie nagle do szafy?
Pytam i ja.
Bo od czasu śmierci Ewy nie żyję w blasku. Nie jest to już głęboka czerń „zaraz po”, ale szarość podobna zimowym porankom. Miękka szarość spowijająca dna szafy.
Mimo prób nie mogę się z niej wyszamotać.
Po co jest?
Nie wiem.
Może właśnie po to, by zachować we mnie coś, co utrwala się jak kolory w kwiatach hortensji.
Bolesny lecz konieczny zabieg.

I tylko odrobina wody na dnie wazonu.

Świergot córeczki, całus od syna, szorstka dłoń męża głaszcząca moje włosy, różaniec w sadzie, parę miłych słów od przyjaciół, sztaluga i paleta zmieszanych farb.

Parę kropel, by nie umrzeć za szybko.



Złamało mnie to. Ta śmierć przyjaciółki.
Złamało, choć sama sobie wydawałam się nie do zdarcia.


Miesiąc temu dostałam wynik rezonansu kręgosłupa. Gdy go zobaczyłam i rozszyfrowałam medyczne terminy, na chwilę zamarłam z zaskoczenia.
Jak to możliwe? – pytam sama siebie.
Ekstruzja 12 mm – duża przepuklina kręgosłupa, krążek międzykręgowy pękł zupełnie, a jądro miażdżyste wylało się z niego. W zasadzie powinnam zwijać się z bólu, chodzić zgięta w pół, brać silne leki przeciwbólowe, mieć niedowład nóg lub ich zupełny paraliż, powinnam mieć mnóstwo objawów, których nie mam.
Dlaczego mój kręgosłup wygląda jakby był złamany?
Może dlatego, że cała jestem złamana, a kręgosłup to tylko alegoria mego stanu.

Uważam.
Uważam na mój kręgosłup, ważę każdy ruch, boję się, że pewnego dnia przestanę chodzić.
Uważam.
Uważam na moją złamaną duszę, podświadomie unikam możliwości jej ponownego złamania. Dlatego zerwałam niemal wszystkie kontakty z przyjaciółmi i bliskimi osobami, ze znajomymi. Nie dzwonię, nie piszę, wycofałam się z relacji.
Bo jakiś wewnętrzny bufor bezpieczeństwa podpowiada mi, że gdyby znowu ktoś bliski odszedł nagle, już tego nie przetrwam. Więc niech nikt nie będzie mi zbyt bliski, niech więc nigdy już tak nie zaboli odejście.

Proste mechanizmy nosimy w sobie. Najprostsze na świecie.
Unikać bólu nawet za cenę utraty wszystkiego.
Chodzić krzywo, gdy boli z jednej strony.
Uciec.
Wytworzyć pancerz nad raną.
Nie pozwalać dotykać nikomu, patrzeć nawet.

Nie jestem niczym więcej niż złamanym patykiem. Lecz wciąż wierzę, że złamanym po coś.

” Zadaję wam minimum cierpienia, jakie jest potrzebne do waszego wzrostu we Mnie i wypełnienia powołania”
( Jezus do Alicji Lenczewskiej )

* * *
Złamany patyk w Rękach Boga.
Do czego można użyć złamanego patyka?
Do niczego.


Moja mama mówiła mi w dzieciństwie słowa: ” Tobą się można podeprzeć jak złamanym kijem”. Bolesne. Palące.
Teraz te słowa stały się prawdą. Jestem złamanym kijem. Złamanym aż do samego rdzenia.
Tylko Bóg wie po co jestem i co ze mną zrobić.
To dziwne, ale On lubi podpierać się złamanymi patykami:)
Matka Teresa z Kalkuty była jednym z nich.



Więc jeśli jesteś kimś takim w swoich lub czyichś oczach, nie zdziw się, że On właśnie po ciebie wyciągnie swoją Rękę.


*  *  *  *  *  *

Złamany patyk cz.2

Tamte słowa napisałam w pierwszej połowie października. Nie zamierzałam ich nigdy publikować tutaj.
Własną noc trzeba przeżyć samotnie aż do końca. Jezus, w chwili największej udręki w Ogrójcową noc, oddalił się od uczniów na odległość rzutu kamieniem, nie płakał przy nich, nie opowiadał co czuje.
Pamiętam o tym, by nie dzielić z nikim chleba ciemności, bo dla kogoś innego razowy ciemny chleb mojej nocy może być trucizną.


Więc nigdy nie mówiłam i nie będę do was mówić z głębi moich nocy, a one są. Czasem długie i bolesne.

Dziś jednak mogę Wam już opowiedzieć o tej nocy, bo ona przeminęła.
W jednej sekundzie rozpłynęła się i zabłysło światło.
Powinnam Wam o tym opowiedzieć, bo to wielka łaska i cud, a cudów nie wolno ukrywać, bo są zawsze dane jako światło dla wielu.

Wiecie już jak głęboka była ciemność, w której żyłam od wielu miesięcy. I że przestałam się już nawet szamotać, by się od niej uwolnić. Opadałam siłą bezwładu jak opada omdlałe ciało coraz głębiej na dno jeziora. Wszystko gasło.
Zawsze po pewnym czasie, po walce i buncie i gniewie i łzach, przychodzi ten moment, gdy zgadzasz się na to i poddajesz się, bo już wiesz, że o własnych siłach nie pokonasz otchłani, która cię wciąga.
Modlisz się tylko bez słów, zdając na Jego wolę.
„Uratuj mnie” – w głowie już tylko ta jedna myśl jak ostatnia iskra.

 


W październiku doszłam do tego momentu.
Modliłam się już tylko jedną modlitwą: „Jezusie, synu Dawida, ulituj się nade mną”.
Jedna z najstarszych modlitw kontemplacyjnych. Podobna do ludzkiego oddechu Modlitwa Jezusowa.
Tą modlitwą modliła się Ewa, gdy już przeczuwała, że…

… to był dzień, kiedy moja choroba nieco odpuściła. Na tyle, że pomyślałam o wyjściu na dwór żeby zaczepnąć świeżego powietrza. Dzień był jasny, przejrzysty, na wskroś złoty, pewnie pełen zapachów jesieni, choć ja ich nie czułam. Dziewczynki ubrały się i poszły ze mną. Miałam tylko pójść na koniec sadu, by zobaczyć krzew leszczyny, który – jak zachęcał mnie mąż – mienił się jak wykuty ze złota. Zobaczyłam go. Był piękny, ale ja już od dawna nie widziałam kolorów. Wszystko było jak przysypane cienką warstwą popiołu. Chciałam wracać, ale dziewczynki wyciągnęły mnie za bramę, bo „mamo, tam jest jeszcze dalej klon taki złoty, że wygląda jakby świecił między innymi drzewami”. Poszłam dalej, tą drogą, którą kiedyś z Ewą lubiłyśmy razem chodzić. Przed oczami stanęła mi ta nasza ostatnia letnia wyprawa.
Moje córki tymczasem obsypywały się złotymi liśćmi klonu. Rzeczywiście świecił z daleka jak morska latarnia przytulona do ciemnego klifu ściany lasu. Był piękny, ale…

 


– Mamo, chodźmy jeszcze dalej – prosiła Laurka.
Teraz widzę – to był podstęp z Jego strony. Zaplanował to już dawno i prowadził mnie jak po sznurku do miejsca, które wyznaczył.
Poszłyśmy.
Inka jak biały duch za nami. Jej niebieskie oczy lśniły jak szafiry, gdy przemykała obok naszych nóg.
A potem dalej i dalej, w las.
W końcu zmęczona nieco stanęłam na szczycie tego pagórka, który tu wszyscy górą nazywają i spojrzałam na drogę przed sobą. Wyglądała jak ciemna brama otwarta na przestrzał na pola. Coś pociągało ku tej przestrzeni, całej złotej w dali, jasnej od kiełkujących już ozimych zbóż i drobnych żółtych kwiatków pomiędzy źdźbłami.


Trudno nazwać w ludzkim języku ten widok, jego barwy płonące w jesiennym słońcu.

Milczałam patrząc.


I w tej jednej sekundzie nagle ze zdumieniem poczułam, że znów oddycham lekko, bez wysiłku, że ciężar, który niosłam opadł, a ja jestem uwolniona. Światło wdarło się jak wartki potok do mojego wnętrza, rozsadziło skały i mury i zalało wszystko : myśli, uczucia, serce, każdą komórkę ciała.
W jednej sekundzie noc odeszła.
Barwy znów były barwami, znowu usłyszałam szelest liści, śpiew ptaków, dostrzegałam każdy misternie piękny szczegół kory, mchu, patyczków na drodze… Wszystko eksplodowało mi w oczach, uszach, sercu.
Sama wyciągnęłam córki jeszcze dalej, w pole, na sam jego złoty środek, dalej w las, na drogę… Śmiałam się.
Nie mogłam w to uwierzyć i gdy wracałam do domu, szłam jeszcze ostrożnie bojąc się, że jakimś nieopatrznym ruchem, gestem spłoszę światło jak ulotnego motyla. Że to tylko złudzenie.
Ale tak się nie stało. Światło zostało.
Znowu zaczęłam się śmiać i przytulać dzieci, planować co posadzę na wiosnę, wkładać kwiaty do wazonu, zasypiać spokojnie i budzić się z rozkoszą, powoli wracać…

*  *  *

26 października po południu w środku lasu zostałam przywrócona do życia. Dokładanie 8 miesięcy po śmierci Ewy.
Nikt kto nie doświadczył tej ciemności, nie zrozumie też światła tej jednej sekundy, tam. 

Ale ja wiem, że to był cud tak samo wielki jak wskrzeszenie Łazarza.

Można się narodzić drugi raz, i trzeci i czwarty. Za każdym razem, gdy Jego Dłoń wydobędzie cię już omdlałego z samego dna topieli.
Już parę razy to dla mnie zrobił.
Dlatego wciąż jestem.

Głaszczę minioną noc jak czarnego kota i pytam: po co przyszłaś? czego mnie nauczyłaś? powiedz mi kiedyś.

Kiedyś Ci opowiem Rut po co są wszystkie noce. Bądź cierpliwa. Kiedyś Ci powiem.
I po co są złamane patyki też będziesz wiedziała.
Kiedyś.


Kiedyś to niedługo.

 

 

obdarowanie

W dniu, w którym po sześciu tygodniach zaczynasz czuć smaki, znaleźć – mimo połowy listopada – cztery dojrzałe poziomki. Zjeść jedną, rozkoszując się smakiem, a pozostałe trzy oddać córeczce.


I wiesz na pewno – te poziomki, akurat dzisiaj, to nie przypadek.

Dostrzegać… każdy Jego uśmiech, każdy gest, każde filuterne mrugnięcie okiem. 

Być światłoczułym jak klisza.

 

 

 

 

zaprowadzanie ładu

Największy zamęt na świecie pokonać można najprostszymi z rzeczy:

 

białymi firankami w oknie,

zapachem obiadu,

  • dzbankiem gorącej herbaty parującym na stole,
    bukietem kwiatów.


Muzyką płynącą jak strumień po kamieniach,
uśmiechem,
pachnącą praniem nową pościelą,
ładem zaprowadzonym w kuchennej szafce,
mruczeniem pralki,
przekładaniem czerwonych paciorkow różańca,


poskładaniem koców,
strzepnięciem okruszyn ze stołu,
dołożeniem szczapek drewna do pieca, by dom wypełnił się ciepłem,
uczesaniem włosów córeczce.


Chaos na świecie ujarzmia się prostymi gestami codziennego życia.

 

nadzieja wyczytana z ich oczu

  •  

Po dniach ciemnych i ponurych znów budzi cię ranek, gdy światło tańczy zalotnie na źdźbłach traw, kotka czarno- biała przeciąga się rozkosznie na ciepłym parapecie, wiatr trąca delikatnie wciąż jeszcze zielone liście wisterii.
Wszystko jest jak trzeba i jak powinno być.


Znów pijesz swój kubek kawy, a w głowie roją się marzenia, że kiedyś…, że jutro…
„To nie jest niemożliwie, by jeszcze kiedyś było normalnie” – myślisz, choć od czterech tygodni nie czujesz smaków i zapachów, a kawa, którą pijesz to gorąca czarna ciecz – widmo prawdziwej kawy.

* * *
Twoja babcia przeżyła wojnę, okupację, epidemię cholery dziesiątkującą ludzi; do dziś cmentarze tych, którzy wtedy pomarli stoją cicho w lesie. Potem komunizm, strach, biedę, głód, poniżenie.
Twoi przodkowie nieśli na barkach ciężary, które powinny były wbić ich nadzieję głęboko w pył.
Wszystko przeszli, przetrwali, a nadzieja wybiła nowym zielonym pędem wysoko w górę. Wbrew wszystkiemu.
Patrzą teraz swoimi poważnymi ciemnymi oczyma ze zdjęć w złotych ramkach.


Gdy modlę się na antresoli, mam ich wszystkich przed sobą, jakby wyczekujących z nadzieją na moją odpowiedź.
Ich twarze mówią: „Rut, nie jesteś gorsza. Nie mniej silna niż my, nie mniej odważna. Wykuta z naszego potu, krwi i łez, jak my odporna.
Przejdziesz każdą noc.”
– Pamiętasz? – pyta Babcia Niebieska uczesana na gładko – mówiłam ci kiedyś jak bardzo pragnęłam napić się kubka mleka, ale nie było mi wolno, bo mleko było tylko dla licznego młodszego rodzeństwa. Bieda była straszna.
– Mój dom rodzinny zajęli Niemcy – wchodzi jej w słowo Babcia Rubaszna z kocim – jak mój – uśmiechem na ustach – Wypędzili nas stamtąd jak robactwo, potem dom okadzili jakimś dymem, bo bali się tyfusu.
– Kiedy wróciłem z niewoli, nigdy o niej nikomu nie opowiedziałem. – odzywa się siedzący na koniu żołnierz, dziadek mego męża – Samo wspomnienie tego, co się tam działo mogło odebrać rozum, więc milczałem.
– Mój mąż umarł szybko, sama zostałam z czterema córkami – zwierza się kobieta z czarnymi jak węgiel oczami. Wokoło niej jak kurczęta małe dziewczynki z jasnymi kokardami we włosach. Najstarsza z nich to moja teściowa.


– Kiedy przyszli po mnie, moja matka oddała wszystko, co miała żeby mnie nie zabili – wspomina mój dziadek.
– Kazali wsiąść na wóz i zabrali nas. Zeskoczyłam obok pola i pognałam w wysokie zboże. Strzelali za mną długo, ale ja byłam szybsza niż karabiny. – mówi jeszcze Babcia Niebieska
– Miałem 54 lata córko, kiedy musiałem odejść zostawiając was i wszystko – szepcze mój tata ubrany na zdjęciu w komunijne ubranko.
– Wyszłam do nich trzymając za rączkę małego synka, a drugą ręką osłaniałam mój wielki brzuch, w którym mieszkał drugi. – opowiada uśmiechnięta staruszka, prababcia moich dzieci – Mój mąż był ukryty w piwnicy pod podłogą. Gdybym wtedy nie wyszła na próg domu, Niemcy pewnie przeszukali by wszystko i go znaleźli. A tak…zabrali tylko konia. Tak się bałam.


* * *



Kiedyś nastanie taki ranek, gdy powietrze wciągniesz głęboko w płuca, wiatr zaigra w twoich myślach, obok ciebie zasiądą twoje wnuki i powiedzą: „Babciu, opowiedz jak żyliście, gdy była pandemia, gdy ludzie i morza zawrzały, a świat rozsypywał się na kawałki jak skrawek papieru rzucony do ognia . Opowiedz babciu.”
A ty uśmiechniesz się do wyblakłych już wspomnień i powiesz im: „Bądźcie zawsze odważni i z Bogiem. Wszystko możecie przejść. Wszystko. Jak wszyscy inni przed wami.”


* * *
Bo wody mogą wystąpić z brzegów, i ludy oszaleć, bo wszystko może lec w gruzy, z tego, co zbudowały nasze ręce i każdy pomnik można podeptać. Bo mogą zniknąć narody, a nasza mądrość nas zawieść, bo wielu z nas może zginąć i pewnie zginie, ale…
… nadzieja, że kiedyś przyjdzie poranek jasny i czysty zostanie.
I że ktoś go ujrzy.



I nawet jeśli to nie będę ja, będę wiernie czekać.


Jestem z narodu, który – jak żaden może inny na świecie – umie czekać na świt.

 

złocistość

Złoto drzew jak miód wlewa się przez okna do wnętrza domu. Jakby ktoś zapalił milion żarówek.

Ta ostatnia chwila jesieni, podobna do płaskorzeńby z lśniącego burszynu. Zanim nastanie mrok i mgły.

Napełnić nią oczy, uszy, myśli wszystkie, wsypać złote monety do skarbca pamięci, zamknąć w szkatułach. A potem, w zimowe noce brać po jednej do ręki, obracać powoli w palcach i grzać serce w ich łagodnym cieple.

Może są gdzieś indziej piękniejsze jesienie niż polskie, lecz ja ich nie znam.

 

 

Słowo mocniejsze od kamieni

Gdy przez ulice przelewa się wrzeszczący tłum żądający dostępu do aborcji, codziennie otwieram Biblię i proszę: „Powiedz coś”.
I Bóg mówi:

* * *
Izajasz26,18-19

” Poczęliśmy, wiliśmy się z bólu, jakbyśmy mieli rodzić;
ducha zbawczego nie wydaliśmy ziemi
i nie przybyło mieszkańców na świecie.
Ożyją Twoi umarli, zmartwychwstaną ich trupy,
pobudzą się i krzykną z radości
spoczywający w prochu,
bo rosa Twoja jest rosą światłości, a ziemia wyda cienie zmarłych.”


* * *

Izajasz 28,17-18, 21-22a

” I wezmę sobie prawo za miarę,
a sprawiedliwość za pion.
Ale grad zmiecie schronisko kłamstwa,
a wody zaleją kryjówkę.
Wasze przymierze ze Śmiercią zostanie zerwane.
i nie ostoi się wasz układ z Szeolem.
Zaiste Pan powstanie, jak na górze Perasim,
jak w dolinie Gibeońskiej się poruszy,
by dokonać swego dzieła, swego dziwnego dzieła,
by spełnić swe zadanie, swe tajemnicze zadanie.
A teraz przestańcie drwić,
żeby wasze pęta się nie zacieśniły…”

* * *

Izajasz 18, 4-5
Albowiem tak mi rzekł Pan:
” Z miejsca, gdzie jestem, patrzę niezmącony,
niby ciepło pogodne przy świetle słońca,
niby obłok rosisty w upalne żniwo”
Bo przed winobraniem , gdy kwiaty opadną i zawiązany owoc stanie się dojrzewającym gronem,
wtedy On obetnie gałązki winne nożycami,
a odrośle odciąwszy, odrzuci.



* * *

Dzieje Apostolskie 28,26-27

” Idź do tego ludu i powiedz mu:
Będziecie przysłuchiwać się, ale nic nie zrozumiecie,
będziecie się wpatrywać, a nie zobaczycie.
Skamieniało bowiem serce tego ludu,
ich uszy dotknęła głuchota,
a oczy ślepota,
bo nie chcą widzieć ani słyszeć
i nie chcą rozumieć ani się nawrócić,
żebym ich uzdrowił.


* * *

List do Hebrajczyków 8, 10b- 12

” Dam prawo moje w ich myśli,
a na sercach ich wypiszę je,
a będę im Bogiem,
a oni będą mi ludem.
I nikt nie będzie uczył swego rodaka, ani nikt swego brata, mówiąc: Poznaj Pana!
Bo wszyscy Mnie poznają,
od małego aż do wielkiego.
Ponieważ ulituję się nad ich nieprawością
i nie wspomnę więcej na ich grzechy.”


Warto słuchać Boga. Ufać Mu. Modlić się. I czekać.
Bo do Niego należy ostatnie Słowo.


Błogosławieni…

 

Jezus dziś daje najlepszy komentarz do tego, co się dzieje na ulicach.

” Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię, (…)
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy Królestwo niebieskie.
Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie.”



Módlmy się.

Nieustannie.

Ufajmy.

Bogu nic nie wymknęło się z Ręki.

Nawet małe biedronki są w Jego pieczy.

*  *  *


Myślę, że nadszedł czas wielkiej próby i „oczyszczania omłotu”, oddzielania zboża od kąkolu, ziarna od plew.

Każde pokolenie ma taki czas. Teraz nadszedł dla nas.


Czas opowiedzenia się jasno czy jestem z Chrystusem czy nie, czy jestem za Ewangelią czy głoszę jakąś inną naukę.
Wielu odejdzie, ale przecież gdy Jezus chodził po tej ziemi, też wielu od Niego odeszło. Nie głosił łatwych prawd, ani popularnych sloganów.


Módlmy się, abyśmy nie okazali się plewą, którą wiatr rozmiata.
Módlmy się wraz ze wszystkimi świętymi, wraz ze świętymi dziećmi, którym nie dane było się urodzić… o miłosierdzie dla nas