talent:)

 

Max opowiada anegdotę o pisarzu Stephanie Kingu.

( Od razu zastrzegam, że nie czytam jego książek, ani żadnych tego typu, po których lekturze włos jeży się na głowie, a noce stają się nieprzyjemnie bezsenne:)

Więc Max opowiada, że King jest bardzo systematyczny i codziennie stara się napisać siedem stron kolejnej powieści. Stąd jest bardzo płodnym twórcą.

– Ale – dopowiada mój brat – King kończy zwykle swoje codzienne pisanie w momencie, gdy sam zaczyna się bać tego, co właśnie napisał.

– O, to ja skończyłabym pisać po jakichś dwóch, trzech zdaniach – śmieję się.

 

I zaprawdę nie wiem czy to bardziej świadczy o moich zdolnościach pisarskich, czy o rozmiarach mojego tchórzostwa:)

podróż sentymentalna

 

Podróż bez pośpiechu po moim studenckim mieście.

Mieście, o którym ja pamiętam tak wiele i tym samym, które mnie doskonale pamięta. Choć i ja i ono zmieniliśmy się nie do poznania przez ostatnie 26 lat:) Moja miłość od pierwszego wejrzenia, miasto ważnych dla mnie ludzi, miejsce moich studenckich pasji poznawczych, miejsc i chwil, które wpisały się na stałe w historię mojego życia, mojej największej miłości życia.

Tutaj, dokladnie tu powiedziałam mu…, a tutaj chodziliśmy na spacery, tam jest taka uliczka, którą szliśmy do biblioteki na Szopena, a tu był sklep ( już go nie ma), gdzie kupiłam tę sukienkę w beżowe kwiaty, którą mam do dzisiaj. Ten autobus nazywaliśmy krajoznawczym, a do tego kina chodziliśmy. Tutaj są takie schody, a tam lodziarnia, do której poszliśmy zjeść lody w moje urodziny ( w styczniu!!!). Na tej ulicy kupiliśmy pierścinek zaręczynowy, a w tym szpitalu urodziłam Alusię. Tu uczyła się moja siostra, jeździłam do niej 26-ką. Tam stała taka budka, a w niej były drożdżówki i owoce, zawsze była kolejka, a na kopytka chodziliśmy na Medyczny:) Czasem, w największe mrozy spadały szelki trolejbusom i musieliśmy brnąć na piechotę przez śnieg aż na Poczekajkę. Tędy szłam do pracy, a tu na rogu był taki sklep z drogimi sukniami – Parisette.

I tak można bez końca snuć wspomnienia.

Jestem nimi opleciona i połączona z tym miastem jak tysiącem cienkich niteczek.

A jednocześnie to miasto wciąż mnie zaskakuje, bo – choć wydaje mi się, że tyle o nim wiem, a moje losy splotły się z nim na długich sześć lat życia – to nie sposób je poznać do końca. Wciąż i wciąż jak magik wyjmuje coś nowego z kapelusza. Wystarczy tylko parę kroków skręcić w lewo lub obrócić się przez prawe ramię, spojrzeć w górę lub pod nogi, zatrzymać się i popatrzeć. I stajesz jak wryty. Urzeczony. Oszołomiony.

To jak poznawać człowieka. Wciąż i wciąż za mało, by powiedzieć z pełnym przekonaniem: „znam go” lub ” niczym mnie już nie zaskoczy”

Taki jest Lublin. Żywy, barwny, pełen śladów historii i otwarty na przyszłość, zielony, tętniący, nieokielznany, stary i młody, tajemniczy, pociągający. Jedyny.

Mieliśmy tu zostać, ale Bóg zdecydował inaczej. Pokierował nas do innego miejsca, które pokochaliśmy z wzajemnością. Tak jest dobrze. On wie lepiej

Ale stara miłość nie rdzewieje, więc cieszę się za każdym razem, gdy tu wracam.

więcej

 

Mój brat przyjechał z wizytą. Jeden z braci, bo mam ich aż trzech. I trzy siostry.

Ale tym razem przyjechał ten średni brat, Max ornitolog. Siedzi z nami na patio i pomiędzy frazami rozmowy, rzuca nazwy ptaków, które właśnie malują barwne tło do naszych głosów.

– Katurka – mówi, wymownie podnosząc palec do góry jako kaznodzieja.

– Jaka kapturka? – pytam.

– Taki ptak. Właśnie śpiewa.

– Nie żartuj – obruszam się – Nie ma takiego ptaka.

– No jak nie ma? – unosi się doktor ornitologii – Ty nawet nie wiesz jakie ptaki tu masz.

– Wkręcasz mnie – mówię podejrzliwie i mrużę jedno oko, lustrując jego twarz.

Na usprawiedliwienie muszę dodać, że mój brat często mnie nabierał, więc muszę być ostrożna:)

– Daj – mówi on, wyciągając wielką jak bochen chleba dłoń po mój telefon – zainstaluję ci taką aplikację do rozpoznawania ptaków, to się trochę nauczysz – kończy pobłażliwie.

* * *

I tak oto zostałam uzbrojona w nową apkę. Teraz niemal każdy poranek spędzam, siedząc na progu domu z kubkiem kawy i włączonym analizatorem ptasiego śpiewu.

Tak, miał rację Max. Mamy tu zatrzęsienie kapturek. Prawie umiem już rozpoznać głos pierwiosnka. No i w końcu wiem który to ptak tak strzyka, gdy idzie na deszcz.

Pliszka:)

Zresztą, gdy – idąc po drewno do pieca – podchodzę zbyt blisko jej dziupli z małymi, też strzyka.

Miło jest się nauczyć nowych rzeczy i mieć nadzieję na kolejne nieodkryte lądy.

Ostatnio mężulek wyznał w przypływie szczerości:

– Lubię robić, to co robię. Sprawia mi to dużo satysfakcji, ale nie chciałbym na tym poprzestać, chciałbym robić coś jeszcze zupełnie innego, nowego.

A i ja mam coraz większe pokusy, by zrobić coś jeszcze innego.

Coś jeszcze oprócz uczenia dzieci w szkole, pisania, malowania obrazów, uprawiania kwiatów, pieczenia drożdżówek z jagodami, robienia milionów zdjęć…

* * *

Nieokiełznana potrzeba „czegoś jeszcze”, która nie wygasa w nas nawet w chwili śmierci. Człowiek jest jedyną istotą na ziemi, która transcendentuje samego siebie, wykracza poza siebie, poza granice swego ciała, swego doczesnego życia… Wciąż i wciąż chce iść naprzód, nieustannie chce czegoś więcej, żyje w niekończącym się rozwoju i nie sposób tego zatrzymać, bo zaczyna się dusić i umierać ze stagnacji.

Bo ptak nie będzie chciał jeździć rowerem, a słoń – latać, żaden lew nie zamarzy o wymyśleniu nowej potrawy, a żyrafa nie będzie uczyła się nowych języków. Żaden świerszcz nie pomyśli o spisaniu swej melodii przy pomocy nut, ani wieloryb nie będzie snuł refleksji na temat życia wiecznego, kapturka nie odkryje, że lubi malować obrazy, a pliszka już zawsze będzie strzykała przed deszczem…

Tylko człowiekowi wciąż mało i mało, jakby skóra była za ciasna, dni zbyt krótkie, słów zbyt mało, za mało miłości, światła za mało…

Jakby chciał się wyrwać sam z siebie. Jakby nie do końca pasował do ograniczoności tego świata.

Jakby…

… nie miał końca.

 

 

 

gdybym…

 

Gdybym miała napisać książkę o sobie, pewnie zaczynałaby się tak…

*  *  *

Padał deszcz. Miło się sluchało jego szeptu. Był pełen jakichś tajemnic i tęsknot, których zwykłe slowa nie potrafią wyrazić.

– Podobnie jak szum wiatru – pomyślała.

Była noc, mąż i dzieci spali, więc nie mogła wypowiedzieć tego na głos. Zresztą, nie trzeba. Myśli wypowiedziane blakną zwykle jak uprany materiał. Myśli nie lubią być wystawiane na światło dnia codziennego. Rozwijają się w ukryciu, ciepłe i ciche jak pędy roślin. Aż w końcu, pewnego dnia przebiją pułap i wtedy…

Wtedy już wszystko będzie wiadome.

– Tylko nikt nie wie czy to będzie jeszcze na tym, czy już na drugim świecie – znowu pomyślała i uśmiechnęła się sama do siebie.

Więc deszcz, szum wiatru, chlupanie fal to jeden i ten sam język, wyrażający wszystko to, co niewyrażalne. I jeszcze może mruczenie kota.

Tak, miała koty. Czworo dzieci i cztery koty.

Do tego mnóstwo książek, stary dom, stary sad, który powoli, bardzo powoli zamieniał się w las.

Miała talerze i kolorowe kubki, i drewniany dębowy stół, a dokoła sześć krzeseł, miała śliczne sukienki w szafach i delikatne firanki w oknach, miała rodzinę i bliższych i dalszych przyjaciół…

Miała tyle rzeczy i tylu wspanialych ludzi wokół.

I naprawdę czuła się szczęśliwa.

A to szczęście najbardziej czuła właśnie nocą, gdy wszystko cichło, całe to bujne życie wokół. I wtedy, leżąc już na poduszce, w zupełnej ciemnosci, obok chrapiącego zmęczonego męża, czuła jak szczęście rozlewa się ciepłą falą po całym ciele. I od tego wszystkiego już jej się nie chciało spać. Bo jak spać jak w całej tobie chlupie szczęście? I za chwilę wychlupie się jak z pełnej konewki.

Więc wstawała i chodzila po domu. Czasem w zupełnej ciemności, a ciemność tu na wsi była najprawdziwsza na świecie. Zwłaszcza w taką pochmurną noc, gdy nie widać księżyca ani piegów gwiazd.

Zresztą, wiele, bardzo wiele rzeczy i spraw tu na wsi było prawdziwszych niż gdziekolwiek indziej. I ciemność, i światło, i zimno i upał, i praca, i odpoczynek. Jedzenie też było bardziej jedzeniowate, a głód był prawdziwym głodem, pragnienie nie było udawane, ani zmęczenie.

Czasem zapalała światło, czasem świecę. Potem siadała na podłodze i patrzyła przez duże oszklone drzwi w tę zupełną ciemność i śpiew deszczu.

I wszystko się w niej układało jak kostki domina. Jedna kropka do jednej kropki, dwie do dwóch, sześć do sześciu, masło do masła.

Bo dzień czasami komplikuje wszystko i gmatwa i bywa, że się pogubisz w tej gęstwinie. Lecz noc jest czasem układania. Nie tylko głowy do poduszki.

– Dobrze, że są noce – kolejna myśl przypłynęła jak mały stateczek z papieru.

 

🙂 🙂 🙂

 

 

moja definicja bogactwa

 

Tak po światowemu nie jesteśmy bogaci, ale przecież tzw. „świat” myli się tak często i bogactwem nazywa zwyczajną zamożność.

A prawda jest taka, że bogaci jesteśmy.

W dach nad głową – zielony dach oszumiony lasem, w ciepłe od słońca cegły, które tworzą przestrzeń, w której żyjemy. Jesteśmy bogaci sobą, swoim kwitnącym zdrowiem lub niedomaganiem znoszonym z cierpliwością, swoimi talentami i pasjami, ale też upadkami i ułomnościami szlifującymi charaktery. Jesteśmy bogaci w słońce muskające tak samo delikatnie nasze twarze i truskawki w doniczce. Jesteśmy bogaci deszczem, co szepcze, bębni lub chlusta pod stopy nam i naszym roślinom. Jesteśmy bogaci w poranki pełne obietnic i w wieczory, zamykane jak okładka nad książką kolejnego dnia. Nasze bogactwa to śpiew kapturki, gruchanie synogarlic i nietoperze fruwające na tle księżyca jak czarne ściereczki podrzucane wiatrem. I zapach wiciokrzewu zaraz po deszczu lub rano, lub wieczorem. I delikatne płatki róż, i – podobne do kolorowych mioteł – polne bukiety znoszone do domu. To nasze złoto i perły i diamenty.

Jesteśmy bogaci w nasze dzieci, tak do nas podobne i tak różne, że odkrywanie ich lądów nie znudzi nam się do samej śmierci. I w naszych przyjaciół, raz po raz przylatujących tu jak motyle zwabione słodkim nektarem.

Nie mamy pełnych walizek pieniędzy, ale mnóstwo cudownych wspomnień, spisanych i nie-spisanych, wesołych i tych smutnych. A w każdej z tych opowieści jest jądro sensu jak perła ukryta na dnie skorupki małża.

Jesteśmy bogaci modlitwą, tą naszą i tą, która nas wyprzedzila w tym miejscu, wsiąkła w mury, otuliła, drogę usłała złotym piaskiem.

Jesteśmy bogaci tymi, którzy przed nami szli i odeszli, a teraz patrzą czarnymi węglami oczu ze zdjęć powieszonych na ścianie. Igrają cienie drzew na ich zastygłych twarzach i drga półuśmiech w kącikach ust.

Jakby chcieli powiedzieć to, o czym już wiemy.

Że bogactwo to nie to samo co zamożność i że można je mieć na wyciągnięcie ręki, na uchylenie powiek, na otwarcie uszu.

I że Ktoś hojnie zasiał złote ziarno na naszych polach.

 

lubię…

 

Lubię dbać o nasz dom.

Trudno nawet opisać ile mi to daje poczucia sensu i sprawczości. Może czasem więcej – przyznam się bez bicia – niż dzieje się to w mojej pracy zawodowej, gdzie na efekty trzeba czekać latami, a w bardzo wielu przypadkach nigdy ich nie ujrzysz na własne oczy. Ktoś inny, gdzieś, kiedyś – wierzę, ale nie ja.

Uwielbiam zapach świeżego prania, czyste okna, kwitnące kwiaty, umyte podłogi, bielusieńkie firanki, poprasowane zasłony, nowe obrusy na stole, bukiety w wazonach jak stada barwnych motyli, bibeloty rozstawione w malowniczych acz nieoczywistych ( jak to u nas:) grupkach… Uwielbiam to tak samo jak uwielbiały to moje babcie, ciocie, moja mama…

Czekam więc na rzetelne naukowe opracowania jak istotne w życiu kobiet jest to całe „bezsensowne” kręcenie się po domu, przestawianie z kąta w kąt, dekorowanie, wyszywanie, mycie i sprzątanie i gotowanie. Jak to wpływa na ich dobrostan fizyczny i psychiczną równowagę.

Tak, wiem – w dzisiejszych czasach napisanie o tym książki byłoby bardzo niepoprawne politycznie, lub wręcz skanowane pod kątem mowy nienawiści:) Ktoś bowiem od dłuższego już czasu usiłuje wmówić nam kobietom, że ta cała nasza praca, staranie o dom, rodzinę, dzieci, męża, kwiatki to tylko wynik zaprogramowania przez opresyjne lobby męskie. I że my do lepszych rzeczy jesteśmy stworzone, a wręcz do tych samych, do których są stworzeni mężczyźni:)

Bo dzisiaj jesteś o tyle wartościowy, o ile przynosisz do domu pieniądze, odkrywasz nowe lądy, zdobywasz sławę, robisz karierę. Widać cię i słychać. Nie możesz być po prostu zwyczajny, bo zwyczajność jest dziś synonimem „gorszości”. Nie możesz wieść zwyczajnego prostego życia, bo to brak ambicji.

Chodzę więc sobie po domu, myję okna, wyjmuję świeże zasłony i firanki, obrywam uschnięte listki i przekwitłe kwiatki fiołków, dolewam wody do wazonów, bo polne bukiety wyjątkowo dużo piją:) Nie da się tej mojej pracy jakoś wycenić, przeliczyć na złotówki, a nawet roboczo-godziny. Bo ja wciąż coś poprawiam, przesuwam, zniosę pranie z góry, wyrzucę śmieci, sypnę kotom karmy, przetrę umywalkę, ustawię równo książki, pozbieram płatki kwiatów z podłogi, zetrę kurz z ramy obrazu…

Potem siądę na chwilę, zrobię parę zdjęć, by uwiecznić jak ślicznie ułożyły się cienie liści na lnianej zasłonie. Napiję się łyk herbaty, odmówię dziesiątek różanca i już biegnę, bo pralka zapiszczała, że skończyła prać.

Po takim bieganiu jestem zmęczona, ale jest tyle radości w tym patrzeniu przez czyste szyby, rozwieszaniu pachnącego prania na wietrze, jest tyle satysfakcji, że kwiaty kwitną, że położymy się dziś spać w czystej pościeli, że to rekompensuje wszystkie wysiłki.

Więc czekam na rzetelne naukowe artykuły opisujące ten fenomen: jak to jest, że takie proste czynności potrafią dać tyle szczęścia, jak to się dzieje, że siedząc w domu, wcale nie tracisz na wartości, a zyskujesz pokój serca i sens życia.

Że wcale ci nie brakuje wielkiego świata i jego jarmarcznych atrakcji, bo jesteś zauroczona tym, że rozpoznajesz już śpiew pierwiosnka i bez kozery zgadujesz nazwy wielu roślin. Że dziś wieczorem położysz się w pachnącej wiatrem pościeli, a rano znowu siądzesz na drewnianym progu z kubkiem kawy i… – to całkiem prawdopodobne – nauczysz się rozpoznawać śpiew kolejnego ptaka.