Lubię dbać o nasz dom.
Trudno nawet opisać ile mi to daje poczucia sensu i sprawczości. Może czasem więcej – przyznam się bez bicia – niż dzieje się to w mojej pracy zawodowej, gdzie na efekty trzeba czekać latami, a w bardzo wielu przypadkach nigdy ich nie ujrzysz na własne oczy. Ktoś inny, gdzieś, kiedyś – wierzę, ale nie ja.
Uwielbiam zapach świeżego prania, czyste okna, kwitnące kwiaty, umyte podłogi, bielusieńkie firanki, poprasowane zasłony, nowe obrusy na stole, bukiety w wazonach jak stada barwnych motyli, bibeloty rozstawione w malowniczych acz nieoczywistych ( jak to u nas:) grupkach… Uwielbiam to tak samo jak uwielbiały to moje babcie, ciocie, moja mama…
Czekam więc na rzetelne naukowe opracowania jak istotne w życiu kobiet jest to całe „bezsensowne” kręcenie się po domu, przestawianie z kąta w kąt, dekorowanie, wyszywanie, mycie i sprzątanie i gotowanie. Jak to wpływa na ich dobrostan fizyczny i psychiczną równowagę.
Tak, wiem – w dzisiejszych czasach napisanie o tym książki byłoby bardzo niepoprawne politycznie, lub wręcz skanowane pod kątem mowy nienawiści:) Ktoś bowiem od dłuższego już czasu usiłuje wmówić nam kobietom, że ta cała nasza praca, staranie o dom, rodzinę, dzieci, męża, kwiatki to tylko wynik zaprogramowania przez opresyjne lobby męskie. I że my do lepszych rzeczy jesteśmy stworzone, a wręcz do tych samych, do których są stworzeni mężczyźni:)
Bo dzisiaj jesteś o tyle wartościowy, o ile przynosisz do domu pieniądze, odkrywasz nowe lądy, zdobywasz sławę, robisz karierę. Widać cię i słychać. Nie możesz być po prostu zwyczajny, bo zwyczajność jest dziś synonimem „gorszości”. Nie możesz wieść zwyczajnego prostego życia, bo to brak ambicji.
Chodzę więc sobie po domu, myję okna, wyjmuję świeże zasłony i firanki, obrywam uschnięte listki i przekwitłe kwiatki fiołków, dolewam wody do wazonów, bo polne bukiety wyjątkowo dużo piją:) Nie da się tej mojej pracy jakoś wycenić, przeliczyć na złotówki, a nawet roboczo-godziny. Bo ja wciąż coś poprawiam, przesuwam, zniosę pranie z góry, wyrzucę śmieci, sypnę kotom karmy, przetrę umywalkę, ustawię równo książki, pozbieram płatki kwiatów z podłogi, zetrę kurz z ramy obrazu…
Potem siądę na chwilę, zrobię parę zdjęć, by uwiecznić jak ślicznie ułożyły się cienie liści na lnianej zasłonie. Napiję się łyk herbaty, odmówię dziesiątek różanca i już biegnę, bo pralka zapiszczała, że skończyła prać.
Po takim bieganiu jestem zmęczona, ale jest tyle radości w tym patrzeniu przez czyste szyby, rozwieszaniu pachnącego prania na wietrze, jest tyle satysfakcji, że kwiaty kwitną, że położymy się dziś spać w czystej pościeli, że to rekompensuje wszystkie wysiłki.
Więc czekam na rzetelne naukowe artykuły opisujące ten fenomen: jak to jest, że takie proste czynności potrafią dać tyle szczęścia, jak to się dzieje, że siedząc w domu, wcale nie tracisz na wartości, a zyskujesz pokój serca i sens życia.
Że wcale ci nie brakuje wielkiego świata i jego jarmarcznych atrakcji, bo jesteś zauroczona tym, że rozpoznajesz już śpiew pierwiosnka i bez kozery zgadujesz nazwy wielu roślin. Że dziś wieczorem położysz się w pachnącej wiatrem pościeli, a rano znowu siądzesz na drewnianym progu z kubkiem kawy i… – to całkiem prawdopodobne – nauczysz się rozpoznawać śpiew kolejnego ptaka.