nowe zakamarki książki, nowe rodziały siebie

 

Nie wiem czy też tak macie, że czujecie, że dana książka jest specjalnie przeznaczona na ten czas waszego życia.

Ja tak mam.

Wiele książek jest dla mnie ważnych, wiele z nich stoi na półkach w naszym domu, bo zawsze kupuję te, które do mnie przemówiły. Wiem, że jeśli raz się odezwały, to mają mi do powiedzenia jeszcze więcej i że przemówią znowu. Wiele z nich czytam więc po wielokroć, wracając jak do miłego miejsca kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt razy w życiu.

Ale nie zawsze to jest ten czas.

I choćby książka syciła mnie wcześniej wiele razy, to czasem nie rezonuje z tym właśnie dniem, tygodniem, miesiącem, okresem życia.

Po prostu nie. I koniec.

A potem znowu nadchodzi ta chwila, że bierzesz ją do ręki, otwierasz okładkę i już po pierwszych słowach wiesz, że przepadłeś.

I choćbyś ją czytał po raz tysięczny, odkrywasz w niej nowe brzmienia, nowe nieznane światy, zasłonięte dotąd tajemnice i zaklęcia otwierające kolejne kłódki w sercu i głowie.

Toniesz w niej jakbyś widział ją po raz pierwszy.

Tak stało się dziś z Charbelem i jego „Orędziami z nieba”.

Książka wróciła do moich rąk po długiej podróży, bo pożyczam książki żeby innych też nakarmiły. I znów to się stało…

Otworzyła się przede mną na oścież, na zupełnie nowym poziomie, wyższym levelu – jakby powiedzieli młodsi ode mnie:)

Więc czytam co tchu, aby nie uronić ani kropli.

Czytam i myślę, że…

Chciałabym, by mądrość i światło płynące z książek nie przeciekało przeze mnie jak przez dziurawe sito. Ale niestety tak nie jest. I muszę zgodzić się na to, że na kanwie mojego serca osadza się tylko niewielka cząstka, a jeszcze mniejszą cząstkę udaje mi się ( nie, nie zrealizować), choć spróbować wcielić w życie. To też pokora przyznać się, że nie umiem od razu Rzymu zbudować. I że może nigdy go nie zbuduję:)

Ale to przyznanie przychodzi z czasem. A ten jest starannym i skrupulatnym artystą – rzeźbi nas powoli.

Więc czytam, spijam, cieszę się, chłonę i – już bez trwogi – zgadzam się, że nie wszystko mi wyjdzie.

To mi przypomina frazę wiersza x. J. Szymika, która tak mnie zawsze intrygowała, choć zupełnie jej nie rozumiałam.

„Skaczę, nie sięgam, spadam

przegrywam radosny”

Do takiego stwierdzania długo się dojrzewa.

Jakieś 50 lat:)

Bo trzeba przegrać bardzo wiele razy, aby wygrać swoje życie.

 

 

Bóg z nami

 

– Przecież Jestem – powiedział mi ostatnio, gdy biegałam wokół spraw wielu, tracąc chwilami oddech i pewność czy dobiegnę do końca.

„Przecież Jestem” – powiedział nagle, tak w połowie drogi między kuchnią a salonem, zwyczajnego dnia tygodnia, bez zapowiedzi, trąb cherubów i ognistych krzewów…

I to wystarczyło. Dwa słowa, które moje serce bezbłędnie rozpoznało i zrozumiało.

” Dlaczego troszczysz się i niepokoisz o tak wiele, przecież nie jesteś sama. Jestem. Widzę. Słyszę. Działam. Asekuruję. Nie odejdę nigdy. Jestem. Po prostu. Możesz żyć spokojnie”

Nie było w tych słowach cienia wahania czy pretensji, wyrzutu ani wymówki. Po prostu czysta miłość i pewność, jaka towarzyszy stwierdzaniu faktu.

To było z dwa tygodnie temu. I skłamałabym, gdybym powiedziała, że od tamtego czasu ani razu nie wpadłam w mój motyli chaotyczny taniec na zmiennym wietrze życia. Wpadłam nie raz. Trzepot skrzydeł i popłoch.

Ale On wtedy znowu powtarza jak zaklęcie:

„Przecież Jestem”

I uśmiecha się.

A ja składam skrzydła i przysiadam na Jego dłoni.

*  *  *

Nigdzie nie znajdziecie takiego pokoju jak we wnętrzu Jego dłoni. Miejsce osłonięte od wichru i burz. Przysiadajcie tam często, uspokójcie zadyszkę serc, kołatanie myśli, wrażenie, że wszystko musicie sami.

Nie musicie. Odkąd mamy Emmanuela – „Boga z nami” nie jesteśmy ani dnia, ani minuty, ani sekundy sami.

Przecież Jestem:)

Niech to będzie refren każdego kolejnego dnia.

Błogosławionych Świąt kochani❤️

 

wieczór

 

Rok powoli dobiega końca. Ostatnie lampeczki na łańcuchu migoczą przed oczami. Jak zawsze właśnie te ostatnie są najbardziej błyszczące, niezapomniane i ciepłe.

Siadamy przy naszym stole, który nagle – zdumiony sam sobą – stanął ubrany w koronkowy obrus na środku salonu. Rozmawiamy.

Ktoś łapie nożyczki i podkrada cukierka z choinki, ktoś ogląda z bliska symbole na starej pasyjce po mojej babci, inne ktosie nucą kolędę albo próbują pachnący bigos. Śmiech i gwar.

Choinka migocze za plecami, noc ciemnym zamszowym pledem przykryła okna, aromaty z kuchni ciepłą falą rozlewają się po całym domu.

– Na urodziny chcę kalimbę – mówię.

– A co to takiego? – pyta mąż.

– Takie drewienko z blaszkami – śmieje się Alusia.

Szukamy na YT i puszczamy melodie wygrywane na kalimbie. Są delikatne jak lot motyla, słodkie, proste… Mąż zasypia w trzy sekundy:)

Jesteśmy zmęczeni. Chłopcy mieli dziś trzy montaże, my we cztery szalałyśmy w kuchni.

Przed…przed…przed… ostatni wieczór roku.

Przed-dzień wigilii.

Kolejnej w naszym życiu i – wierzę – nieostatniej🌟

 

dostęp:)

🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲🌲

Siedzimy na wigilii szkolnej. Śmiejemy się, rozmawiamy, przepisami wymieniamy świątecznymi. No i… jak zawsze, tam gdzie zbierze się choć dwie mamy, temat szybciutko, truchcikiem schodzi na nasze pociechy. Te małe, te większe i te zupełnie dorosłe.

I oto nasza koleżanka, świeżo upieczona mama pierwszego studenta opowiada:

” Mój mąż dużo jeździł, więc przez wiele lat sama ogarniałam wszystko przy dzieciach. Teraz już częściej jest w domu, więc go bardziej angażuję. No i się przejął, bo gdy rozmawialiśmy o naszym studencie, nagle mówi do mnie:

– A ty tam jakiś dostęp do jego e- dziennika masz?”

Tu wszystkie za stołem prychamy śmiechem, narażając się na zakrztuszenie makowcem lub rybą po grecku.

– Ale widzisz – bronimy go – już coś ogarnia. Wie przynajmniej, że istnieje e- dziennik:)

– Tak – patrzy na nas figlarnie koleżanka – Na studiach?

I od razu przypomniało mi się jak mój tata nigdy nie ogarniał ile kto z nas ma lat i na jakim etapie edukacji się znajduje.

Ale tata miał nas siedmioro, więc miał mocne alibi😁

 

u krańca kolejnego roku

 

Jedną z najpiękniejszych rzeczy, jaka nam się przydarzyła to danie życia tej czwórce.☺️

Oboje pochodzimy z wielodzietnych rodzin i od początku planowaliśmy, że nasza też będzie taka. „Co najmniej pięcioro” – mówiliśmy. I rzeczywiście tak jest, choć po tym pięknym świecie chodzi czworo.

Od 24 lat jestem fotografem rodzinnym, od 17tu – filmowcem amatorem, od 16tu piszę bloga o naszej rodzince, napisałam trzy tomy „Historynki”, od dwóch lat istnieje instagramowe konto dom_otulony_lasem.

Rzadko jestem na zdjęciach w albumach lub filmach na dysku, bo ja jestem zawsze z tej drugiej strony. Mój głos, mój palec na spuście aparatu. Wciąż zachwycona i usiłująca uchwycić to, co nieuchwytne słowem, zdjęciem, kadrem filmu. Ich jedyne minki, ich przekomarzanki, figle, pierwsze słówka, śmieszne powiedzonka, ich sny, zamyślenia i panoszącą się wokół nich miłość.

Życie toczy się jak strumień po kamieniach, śpiewa i podskakuje wesoło… Niedługo skończy się kolejny rok naszego życia.

Nigdy nie marzyłam nawet, że będę je miała takie szczęśliwe:)

I to nic, że zdarza się czas trudniejszy. On też wiele uczy i zmienia.

A my wchodzimy w nową epokę. Dzieci już prawie wszystkie wyfrunęły z gniazda, rozglądają się za swoim miejscem na wielkim drzewie życia. Czasem jeszcze zlecą z hukiem z gałęzi zbyt wiotkiej, a ty patrzysz przerażony i biegniesz w wyciągniętym sercem, by spadły możliwie najmięcej.

A że przy okazji własne serce potłuczesz, to już nic. Do wesela się zagoi:)

Tylko czyje wesele pierwsze;)

 

 

 

 

???

 

Brakuje mi pisania. Ono jest dla mnie tym, czym dla innych ludzi oddychanie.

Nie pisałam już kilka miesięcy. Może czas wrócić…

Bo jak długo można nie oddychać???

 

Ale czy jeszcze potrafię?

Czuję się jak ktoś, kto przeleżał w łóźku długi czas i teraz boi się stanąć na nogi, bo nie ma pewności czy jest w nich jeszcze ta siła, by ponieść go dalej.

Albo jak woźnica, któremu rozbiegły się konie z zaprzęgu. I gdzie ich teraz szukać, jak znowu nad nimi zapanować?

Może wystarczy tylko gwizdnąć i wrócą. A może trzeba czegoś więcej…