niedzielne amory

 

Rzecz dzieje się po powrocie z niedzielnej mszy.

Wymieniamy z mężulkiem ukradkowy pocałunek. Pocałunek tak lekki jak lot motyla .

Myliłby się jednak ten, który by sądził, że „ukradkowy” to to samo co „niezauważony”.

Są owszem tacy, którzy nie zauważyliby przelotu boeing’a, cóż dopiero motyla, ale do nich nie należy zaliczać Nusi.

Nusia jest bowiem niezawodnym agentem „wiecznie na tropie” .

– To był pocałunek miłosierdzia? – chce się tylko upewnić córka.

– Dlaczego miłosierdzia? – pytamy.

– Bo po kościele może być tylko pocałunek miłosierdzia. – podaje zwięzłą definicję specjalistka od amorów.

 

I wszystko jasne.

Teraz już wszyscy wiedzą jaka jest różnica między ukradkiem, a niezauważenie

 

                           … i między romantyzmem, a miłosierdziem:)

 

ułańskie tornado

 

– Mamo, możemy pobiegać po kanapie? – zdyszana Laurka wbiega do kuchni jak tornado.

Tornado ma równiutko przyciętą grzywkę i płomienie na dnie ciemnych oczu. I jak to tornada – ma to do siebie – że potrafi zmiatać swymi humorami wszystko po drodze. Taki temperament:)

– A chcecie spaść i połamać sobie nogi? – odpowiadam pytaniem retorycznym zamkniętym, nie przewidując nawet skutków.

– Hmmm. – zastanawia się w trybie szybkim pociecha – TAK!!! – wykrzykuje entuzjastycznie podjętą decyzję i biegnie z powrotem. Wprost w objęcia przygody.

Tak to, zupełnie przez przypadek zgodziłam się na … połamanie nóg moich dzieci:)

 

Cóż, trzeba było wziąć pod uwagę, że ułańską fantazję dziedziczą także dziewczynki, a na pytanie zamknięte są tylko dwie wersje odpowiedzi, z których z pewnością zostanie wybrana ta bliższa „krawędzi” 🙂 a dalsza zdrowemu rozsądkowi:)

 

w dzień targowy

 

Lubię chodzić po targu. Takim prawdziwym słowiańskim, gdzie znaleźć można mydło, szydło i powidło.

Targ odbywa się w dzień targowy uświęcony wielopokoleniową tradycją i trzeba wiedzieć, że w Mścinowie Małym to jest wtorek, a w Wólce Paczuskiej – piątek. I choć dzisiaj targ jest zasypany tandetą z Chin, spod tej sterty plastiku i kiczu wciąż – jak halka pod pasiastą spódnicą – wystaje koloryt właściwy starym rynkom.

– Ludzie, dziewczyny, zwariowałem!!! – drze się usmażony na słońcu kramarz – Bluzki za trzy złote sprzedaję!!! Spódnice tylko dziesiątaka!!!

Jego apel niedługo pozostaje bez odzewu, bo już przy drugiej zwrotce stoisko oblepia całe stadko pań młodszych i starszych.

– To jest smółka. – poucza inny handlarz swoją czarnowłosą córkę – Zapamiętaj: od smoły. Smółka. – i wskazuje na wiaderko z rośliną o ciemno-różowych kwiatach.

Dziewczyna kiwa głową.

– Bo ty tato tak niewyraźnie mówisz. – robi przytyk.

Na rynku można też się czegoś dowiedzieć. Nie wiedziałam, że istnieje kwiat o takiej nazwie.

Kupuję smółkę od drobnej kobiety pod daszkiem. Jeszcze smółki na działce nie mam, a jest ładna i wieloletnia jak mnie zapewnia moja sprzedawczyni.

– A ma może pani orliki? – pytam.

– A tak paaani!!! – przeciągle z entuzjazmem mi odpowiada – Jakie pani chce mam: białe, różowe, fioletowe…

Umawiam się z kobietą na następną sobotę.

Szukam orlików od jakiegoś czasu zupełnie jak Paszczak, któremu brakuje ładnego okazu do kolekcji i teraz równie jak Paszczak jestem zadowolona.

Wracamy. Ala niesie smółkę, a ja jeszcze u wylotu targowiska kupuję kilka łodyg rabarbaru.

Gorąco. Chce się pić.

– Ugotuję cały garnek kompotu. Dzieciom będzie smakował. Kompot z rabarbaru to moje dzieciństwo. – myślę.

Brzęczą drobne monety, brzęczą ludzkie rozmowy, kurz podnosi się niesiony krokami ludzi, żar leje się z nieba, toczą się kółeczka dziecięcego wózka, miód w słoikach błyszczy jak ogień, sadzonki pomidorów wychylają się z reklamówek. Dzień targowy.

 

Wszystko kupisz, wszystko sprzedasz. Czasem także i to czego byś nie chciał. Zupełnie jak w życiu.

 

 

goło, wesoło i romantycznie

 

Przechodzę obok mężulka. Czułość mnie porywa, schylam się więc i cmokam.

Nusia siedząca obok reaguje natychmiast.

– Tato, mama pocałowała cię w szyję. – uprzytamnia rodzicielowi. – To było takie romantyczne. – dodaje z kocim pomrukiem zadowolenia.

Śmiejemy się.

Temat w chwilę potem schodzi na ciemniejsze znamiona na skórze zwane w naszych stronach „myszkami”.

– A ty masz myszkę? – dopytuje mistrzyni pytań.

– Mam.

– A tata?

– Też ma.

– A skąd wiesz? – śledztwo jest dogłębne:)

– Bo widziałam.

– A gdzie? – brnie dalej Nusia.

– Gdzieś tu chyba – mówię wskazując biodro.

Nusiowe oczy rozbłyskują jak u kota.

– Aaaaa. Zobaczyłaś jak byliście na randce. – znów wpływa na romantyczne wody córka – Bo mama i tata czasami spotykają się NA GOŁO. W łóżku oczywiście.

Gdybyście widzieli ten jej uśmiech.

Chwilę trwało nim pozbierałam myśli i zakończyłam niewinnie:

– No tak, ale wtedy jest zbyt ciemno przy lampce żeby zobaczyć „myszkę”.

Ale uśmiech na twarzy Nusiowej kwitł bujnie jak bez w maju:)

 

zaczarowany poranek

 

– Ence pence, w której ręce? – wplątuje mi się w poranny sen pytanko Nusi.

Wciąż nie otwierając oczu, nasłuchuję. Stawka idzie o jakąś kulkę.

– Ja chcie kulke!!! – domaga się Laurka.

– Ence pence, w której ręce? – nieugięcie powtarza starsza siostra.

– W tej!!!

– Nie.

Tutaj następuje kilka nieudanych trafień, bo wciąż ręka nie ta co trzeba.

– No to chcie wypowiedzieć zicienie. – zmienia taktykę zniecierpliwiony maluszek.

– Jakie? – daje się wmanewrować Nusia.

– CHCIE MIEĆ KULKĘ.

 

Życzenia są lepsze i bardziej pewne niż ruletka:) – stwierdzam już zupełnie na trzeźwo i…

                                                       … budzę się z uśmiechem na twarzy.

 

Słońce wciąż się waha czy wyjść zza chmur czy nie, ale mając dzieci , nie zawsze potrzebuję słońca.

Chcę mieć słońce i mam:)

 

wiosenne dojrzewanie

 

Wiosna.

Wszystko kwitnie. I tulipany w szalonych kolorach, i niezapominajki całym łanem podobnym błękitnemu potokowi, i stokrotki jak białe gwiazdy wyszyte na trawniku, i migdałek – nowy lokator działki, i mlecze zwane mniszkami, choć do mnichów zupełnie niepodobne, i jabłonie odmian wszelakich…

A co nie kwitnie, zbiera się do kwitnienia. Pęcznieje, płatki rozchyla jak usta, pręży muskuły pod baldachimem słonecznego światła.

Wszystko kwitnie. Ale nic jeszcze nie dojrzewa.

No, prawie nic.

 

Tatuś z dziećmi siedzą przy stole i prowadzą głośną dysputę po co ludziom włosy w niektórych dziwnych miejscach. Na przykład na nogach.

– Gdy ludzie dojrzewają, to pojawia się więcej włosów. To znak, że ktoś staje się dojrzały. – tłumaczy tatuś zawiłą kwestię.

Nusia słucha uważnie, potem podwija nogawki dresów. Jeszcze uważniej ogląda swoje włoski na nogach. Ciemne i dość gęste.

– To ja już jestem zupełnie dojrzała. – podsumowuje oględziny z delikatnie wyczuwalną nutką samozadowolenia w głosie:)

 

Niektórzy nie zwlekają z dojrzewaniem tak długo jak jabłka i czereśnie.

 

 

potyczki z polszczyzną

 

Wiek trzech lat to pełne gracji potyczki z językiem ojczystym, który jest ponoć jednym z najtrudniejszych języków świata.

 

Znowu wybieramy się do raju moli książkowych, czyli biblioteki. Szykujemy torbę, zbieramy książeczki po całym domu, które trzeba odnieść do placówki kultury. Laurka niesie stosik literatury.

– Te ksiązecki ODŻYCZYMY. – oświadcza.

Skoro książeczki wypożyczyliśmy, to nie możemy ich teraz po prostu oddać:)

 

Mama opowiada bajeczki na dobranoc.

Często pojawia się tam motyw wędrujący. Miś szedł i szedł i szedł. Myszka szła i szła i szła.

Ha, ha, ha. Można stworzyć nowy czasownik – mocno niedokonany, choć stale dokonywany.

– Mamo, opowiedz jak Lucky Luke ISZET ISZET aż spotkał dzidziusia , któly ISZET na czwolaczka.

Albo…

– Będę ISZŁA do kościółka.

 

A jak już jesteśmy przy chodzeniu, warto wspomnieć o ostatniej drodze, czyli o schodzeniu. Bo jak na przykład odmieniać słówko „grób”?

Laurka bawi się przed spaniem gipsowym kurczaczkiem. Gdzieś tam w górskim pasmie kołdry w kwiatki grasuje na niego wyimaginowany lis.

– On umalł!!! – wykrzykuje nagle zdruzgotana opiekunka kurczaka – Zabierzyjmy go do GLUPU!

Kurczak natychmiast zostaje schowany pod kołdrę – miejsce swego wiecznego odpoczynku.

– Telas go poklepię. – opisuje pogrzeb trzylatka.

– No i jus jest w GLUPIE. – kończy z nieskrywaną satysfakcją spracowany grabarz:)

 

Ale nie tylko trzylatki mają problem z polszczyzną. Sprawia ona problem i innym , szczególnie wtedy, gdy jest używana z szybkością wystrzałową karabinu maszynowego.

Oto jedziemy na działkę. Niedaleko celu podróży mężulek przypomina sobie, że trzeba zamknąć za autem bramę na posesję.

– Wyjdzieszizamkniesz??? – rzuca szybko w moją stronę.

Patrzę oszołomiona.

– Co?- pyta on kątem oka rejestrując moją minę.

– Oświadczasz mi się jeszcze raz?

– Ale dlaczego?

– Zapytałeś przecież: „Wyjdziesz za mnie???”- tłumaczę – Odpowiedź brzmi :Tak. – dodaję szybko żeby się nie rozmyślił:)

 

Uważajcie na ojczystą mowę. Bywa zawiła i wieloznaczna. Przez przypadek można się nawet oświadczyć własnej żonie:)