cyrkowy afisz

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Po tygodniach wielkiego sprintu dzieci z sukcesem zakończyły
rok szkolny. Ala z czerwonym paskiem. Boże, jak dawno nie miałam w ręku
takiego dokumentu, od matury chyba.

– Chyba już sobie wyrobiłam to co mamo mówiłaś. – komentuje z
uśmiechem.

– Markę dobrego ucznia – podpowiadam.

Tak, wiem to z własnego doświadczenia – jeśli od początku
pokażesz się jako ktoś solidny, ambitny i zdolny to potem jest łatwiej, a
opinia ciągnie się jeszcze dłuuugo za tobą i toruje drogę rodzeństwu.

U Lauci choroba ma się ku końcowi. Niestety, skończyło się
na zastrzykach, bo więdła nam już jak koperek na straganie. Stres nieprzespanych
nocy, strach, gdy nie można było zbić gorączki, bezsilność, pragnienie, by mnie
to dotknęło, a jej dało spokój… Ale już po wszystkim. Dziś był ostatni zastrzyk
i znów można głębiej odetchnąć.
Nóżka Nusi też rokuje coraz lepiej i różowieje jak młode prosiątko.

Mąż ze starszymi dziecmi pojechali na dwa dni do Nałęczowa i sanktuarium
w Wąwolnicy. Taka wycieczko-pielgrzymka, wypoczynkowo- dziękczynna. Mieliśmy
jechać wszyscy, ale po pierwsze – zastrzyki, po drugie – pogoda  taka, że niebezpiecznie nawet na podwórko
wyjść z maluchem.

Ksawerego przenoszą na inną parafię – taką, gdzie to wrony
zawracają. Niemiło, że głównie z powodu głupiej ludzkiej zazdrości o to, że
ludzie go lubią . W każdym słowie czuć jak czuje się zraniony. Oczy mu nawet
wyblakły i już nie są tak błękitne. Dobrze, że to tylko 40km. stąd. Będziemy
się odwiedzać.

 

To i jeszcze wiele, wiele sprawiło, że czuję się jak „pęknięty
balonik Prosiaczka”.

Osiągnęłam taki poziom znużenia, że do kościoła na
niedzielną mszę idę głównie po odpoczynek, że relaksem jest zmywanie garnka, a
rozwieszanie prania na balkonie – ekscytującą przygodą.

Muszę odpocząć.

Muszę odpocząć.

Muszę odpocząć.

Najlepiej daleko stąd.

Planujemy wyruszyć z naszym  objazdowym cyrkiem w trasę po Polsce
Południowej.

Jeżdżę sobie kursorem po komputerowej mapie, przemierzam
setki kilometrów jednym ruchem ręki, rozpracowuję logistycznie szukając
najlepszego wariantu. Trzeba wyznaczyć najlepszą drogę, najdogodniejsze „międzylądowania”
i najbardziej-odpowiadający-wszystkim termin.

A i tak najgorsze już za mną – pozytywnie zakończone
pertraktacje z mężulkiem:)

Strzeżcie się więc Mamuty z Kwiatowego Miasta !!! Cyrk przyjeżdża!!!

w świecie VIP – ów

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

st1\:*{behavior:url(#ieooui) }

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Co ty masz tu niuniu napisane na guziczkach? – Dusio
pochyla się nad zielonym body siostrzyczki

– V.I.P. – literuje

– Co to znaczy VIP? – pyta

– No… – szuka jakiejś przystępnej definicji tatuś

– No… – włącza się mama – Ktoś taki bardzo ważny: bogaty, na
wysokim urzędzie, sławny…

– To skrót od czegoś, ale nie wiem od czego – dodaje tata.

– Ale…- zgłasza wątpliwość syn – przecież w s z y s c y są
bardzo ważni.

 

– No tak, ale niektórym wydaje się, że są bardziej ważni od
innych, albo inni ich za ważniejszych uważają

– Hmmm. – zastanawia się Dusio niezbyt przekonany.

 

Obyś synu nigdy nie dał się przekonać.

 

Tak czy owak u nas VIP- em jest Laurka:)

Guziczki  – świadkiem.

plagi egipskie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Laucia odkryła ostatnio trzy zadziwiające szczegóły tego
świata.

Pierwszy:

Patrzy jak zahipnotyzowana obserwując chaotyczne spacery
czarnych kropek po dywanie. Czasem nawet wzdycha w niemym podziwie, gdy takoważ
dziwna kropka ni z tego ni z owego podskoczy i zniknie.

Drugi:

Oto są przedmioty, które widać, ale nijak ich się nie da
złapać.

I tak, żółta wanienka jest wypełniona takim czymś białawym,
chlupoczącym i miło łaskoczącym ciałko, ale gdy próbujesz zacisnąć piąstkę i
wciągnąć to coś do buzi, nagle znika.

Trzeci:

Coś podobnego otacza też człowieka w nocy, dotyka do oczu,
ale nie łaskocze i nie chlupie i ma inny kolor. Jest ciemne i jakby aksamitne.
Ale, gdy wyciągasz rączkę, by dotknąć, okazuje się, że tego nie ma.

 

Tak odkryliśmy : muchy, wodę i ciemność.

Dziwne, że są to akurat trzy spośród plag egipskich:)
Pozostały jeszcze komary, żaby, szarańcza, grad, wrzody…

 No, chyba, że na
poczet tych ostatnich zostanie nam policzony ropny katar , który znów nas
dopadł, a przebiega z bólem głowy, uszu i wszystkich zębów. Do tego stan
podgorączkowy, ogólne rozbicie i tony chusteczek zdobiące meble i podłogę. Najgorzej miewa się mały odkrywca.

Taaak, wrzody przy tym to mały pryszcz.

 

Jak przyjdzie zaraza na bydło to nieco odetchniemy, bo bydła
akuratnie nie posiadamy:)

cierpienia młodego Wertera

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Nusia gra na keyboardzie swoje własne wyszukane kompozycje.
Palce jednej ręki przebiegają szybko po klawiszach, druga zaś z uporem maniaka
przyciska jakieś dudniące kotły perkusji.

– To jest muzyka dla młodzieńców – oświadcza wirtuoz
odwracając się do zgromadzonej publiczności. W tym charakterze: mama, Laucia i
liczne towarzystwo grzechotkowe baraszkujące na wielkim łożu .

– A może dla Luci? – pada pytanie z widowni.

– Nie. Laucia nie cielpi takiej muzyki. – rozwiewa
wątpliwości mały Mozart .

– Nie cierpi? – proszą o dalsze wyjaśnienia słuchacze.

– Jakby była chłopem, to by cielpiała. – nieco enigmatycznie
kończy artysta i powraca do instrumentu.

 

 

Ależ mamy nielogiczny ten nasz język polski.

Jak można mówić o Rut na przykład, że „szarego barszczu nie
cierpi”, skoro ewidentnie cierpi w trakcie jego konsumpcji? 🙂

coś szalonego

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Zróbmy coś szalonego – kusi czasem Rut męża, gdy życie
wpadnie w utarte koleiny i podróż zrobi się już nazbyt monotonna.

I czasami wystarczy tylko upieczenie jakiegoś placka,
czasami spacer pod siąkającym niebem, czasem wieeelkie przemeblowanie, a czasem…    taki
wypad we dwoje w siną dal, jaki zafundowali sobie, gdy Rut była w szóstym
miesiącu ciąży Dusiem.

Jesień była rozmokła, słotna, o zimnych płonących czerwono
zachodach słońca.

– Zróbmy coś szalonego – powiedziała ciężarówka, która miała
dosyć zaszycia w domowych pieleszach.

 

– Ale co? – jak zwykle w takich razach zapytał Miś.

– Pojedźmy prosto przed siebie – rzuciła pomysł Rut – tam,
gdzie nas poprowadzi droga.

Rutka nie tylko była wówczas ciężarówką, ale także
współwłaścicielką czerwonej buczącej ciężarówki. Zapewnili więc nianię dla swej
córeczki ( w tej roli – ciocia Lena) , wsiedli i pojechali zostawiając za sobą
szarą strużkę dymu i charakterystyczny zapach diesla.

 Na początku droga
była dobrze znaną szosą prowadzącą do pobliskiej wioski. Miło i pewnie się nią
jechało w świetle przygasającego dnia. Za znajomą wioską droga wciąż była równa
i prosta i zachęcała do dalszej podróży przez łąki i pola. Lecz nagle asfalt
się skończył tuż przed bramą kaplicy, a szlak podróży zwinnie zakręcił pod
kątem prostym i stał się zwykłą bitą drogą wciśnięta pomiędzy chałupki i
skromne gospodarstwa. Ale – jak się rzekło A, trzeba rzec też B, więc czerwona
ciężarówka małżeństwa szukającego szalonej przygody prychnęła raźno,
skręciła  i przejechała przez wioskę
wzbijając za sobą nieco kurzu. Sioło należało do niewielkich i przytulało się
jednym boczkiem do lasu. Droga teraz była leśnym duktem, nieco wybitym, acz
rysującym się malowniczo. Nieco się 
praktyczny mąż zawahał ( słuszna obawa o zawieszenie!) nim zredukował
bieg i wjechał pomiędzy drzewa.

– Jedźmy – nagliła jednak szalona żonka.

Las był piękny, pachniał igliwiem i grzybami, a droga była
coraz mniej zdecydowana: „biec dalej czy się skończyć na najbliższym jałowcu”.
Ostatecznie jednak pobiegła i wyprowadziła dyszącą ciężarówkę na skraj nieco
zrudziałej łąki.

Miś był gotów zatrąbić do odwrotu, ale oboje dostrzegli
pokusę nie do odparcia. Przez środek łąki aż po horyzont biegły dwa czarne ślady
opon. Jawny znak, że cywilizacja ludzka i tu dotarła.

– Jeżdżą tędy. – zauważyła Rutka – Ciekawe gdzie?

Musieli koniecznie sprawdzić. Zresztą, obiecali sobie
jechać, gdzie ich powiedzie droga, więc niehonorowo teraz się wycofać.

Och, widok był przepiękny. Na otwartej przestrzeni, niczym w
amfiteatrze, widać było całe widowisko pt. jesienny zachód słońca.

Tę emocjonującą podróż przerwał jednak nagle i brutalnie…
elektryczny pastuch rozciągnięty jak na drwinę przed maską czerwonego auta.

– Musimy zawracać – zdecydował Miś i wrzucił bieg wsteczny.

I nic.

Koła zabuksowały tylko, a ciężarówka została w miejscu
unieruchomiona na podmokłej łące.

Kierowca wyskoczył z kabiny 
i szybko ocenił sytuację: ciężkie auto ugrzęzło w czarnej ciapai.
Usiłował jeszcze ratować sytuację  podrzucając co miał na pace pod opony, ale
wszystko na próżno.

Jak to się mówi – byli uziemieni.

A tu zmrok zapada szybko jak kurtyna, nigdzie ni żywego
ducha,  wiatr dmie na pustkowiu. Nagle
romantyczna sceneria przestała być taka ekscytująca.

– Idę do wioski po pomoc – oznajmił mąż kobiety, której
zachciało się szaleństw miast siedzenia przy ciepłym grzejniku pod bezpiecznym
dachem. Ona sama musiała zostać, gdyż miała bezwzględny zakaz dłuższego
chodzenia. O, gdyby ją zobaczył teraz jej stateczny Pan Ginekolog! Siedziała
samotnie w kabinie i chcąc nie chcąc kontemplowała uroki nadrzecznej łąki w
blaskach gasnącego dnia. I wielkim wysiłkiem woli powstrzymywała napływające
wizje watahy wilków wychodzących na nią z lasu czy hord równie dzikich
rozbójników.

– Nigdy więcej szaleństw – obiecywała sobie solennie drżąc
od chłodu.

Miś wrócił po jakichś 20 minutach, a za nim pyrkał  krzepki traktorek. Wysiadł zeń roześmiany od
ucha do ucha chłopek, o twarzy rumianej jak jabłuszko i gumiakach lśniących jak
lustro.

– Oooo, my już niejednego stąd wyciągali – śmiał się – kilka
razy na tydzień – dodał barwny szczegół i zapiał ze śmiechu jak kogut nie
przymierzywszy.

– A co tam jest dalej? – dopytywał Miś podpinając linkę
holowniczą

– A cóżby? Rzeka – odparł ubawiony człowieczek

– Jest most?

– Nie.

 

W tym momencie niewysłowiona wdzięczność dla elektrycznego
pastucha zalazła serca wędrowców aż po brzegi:)

 

Gdy słońce chowało się za horyzont, czerwona ciężarówka zamigała
światłami na wiejskiej drodze i popędziła w kierunku domowego ciepełka. A za
nią wciąż rechotał mały traktorek i jego rubaszny właściciel obdarowany za
przysługę nową ciepłą kufajką w kolorze zgaszonego lazuru.

 

W błędzie jest jednak ten, kto spodziewał się radykalnej
zmiany filozofii pomysłodawczyni całego przedsięwzięcia.

Niewiele wody upłynęło w rzece, gdy znów kusiła statecznego
męża:

– Misiu, zróbmy coś szalonego.

 

I zawsze wtedy wspominają swą podróż do krainy, gdzie kończy
się droga i zdrowy rozsądek:)

 

 ***************************

 

A wczoraj?

Wczoraj chciałam go wyciągnąć na wieczorny
spacer. Laurka spała, Dusio by popilnował chwilę. Narzuciłabym tylko sweter, bo
koszulę nocną mam zupełnie do letniej sukienki podobną.

– Nie, może jutro – powiedział – Zmęczony jestem.

I dobrze go rozumiem, bo Rada Pedagogiczna trwała pięć
godzin, z czego połowę zalało bagno niewybrednej kłótni kilkorga osób.

– Czuję się brudny, jak oblepiony błotem – skarży się mąż po
powrocie.

 Wiem. Ludzie czasem
tak bolą. Ich głupota, ich zawiść, wzajemne pretensje, ich ego rozdęte jak balon.

Czasem po prostu marzysz, by pójść gdzie cię oczy poniosą i
nie boisz się łąk podmokłych, bo ludzie przerazili cię bardziej.

Zróbmy coś szalonego. Sprawmy, bo wokół nas nie było błota.

przechwałki

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Zamierzchły tekst z czasów przygotowań do
ślubu Amelii.

 

Rut sprawdza wypracowanie najstarszej córki.
Tym razem praca domowa dotyczy opisu pejzażu. Rut czyta, czyta i… oczom nie
wierzy.

– Nie – przerywa samotną ucztę duchową –  Muszę wam to przeczytać – zwraca się do
siedzącego obok rodzeństwa – Kory i najmłodszego brata Leona.

I Rut czyta, a oczy Kory i Leona z każdym
zdaniem robią się coraz bardziej wyłupiaste.

Myśl płynie po „rudym dywanie traw”, po
„przejrzystej tafli jeziora”, dotyka „lekkich jak puch obłoków”, przystaje na
kamiennym moście, brodzi w „długich popołudniowych cieniach drzew”…

– Tak pisze Ala. – kończy prezentację dumna
mama.

– Nie. No, normalnie młoda Żeromska!!! –
wyraża uznanie ciotka.

 

 – Tyle,
że Żeromski pisał tak w szczycie swej formy, a ona ma dopiero 11 lat:) –
prostuje Rut.

 

Czyż to nie wyczyn tej samej wagi co
Herkulesowe igraszki z wężami w kolebce?

 Czasem
dociera do mnie, że … herosów urodziłam.

bańka Pandory

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Lista jest równie długa co tragiczna:

Po pierwsze czwarty ząbek lezie, lezie i wyleźć nie może, a
wnioskując po jego bracie-bliźniaku ( prawa górna jedynka) też będzie wielkości
łopatki do piasku

Po drugie smakowanie życia ma też swoją drugą stronę, która
zakorkowała się na kilka dni i nie pomaga żadne stękanie i napinanie przepony
tudzież wybałuszanie oczu i czerwienienie na twarzy. Rumianek, koperek, tarte
jabłuszko, a nawet czopek – bez echa.

Po trzecie – nagłe załamanie pogody i szlaban na spacery.

Po czwarte przerost pragnień nad możliwościami, no bo jak
dostać ulubioną grzechotkę, gdy pełzanie wychodzi tylko do tyłu, a i rączki są
określonej długości, albo – gdy fascynujące grzechotanie kończy się guzem na
czole.

 

A jakby tego było mało dziś rano objawił się punkt piąty,
czyli tzw. apogeum – cieknący katar uniemożliwiający oddychanie, ssanie, spanie
i jego nieodłączny towarzysz – kaszelek. O temperaturze podwyższonej nie trzeba
wspominać, bo to oczywista oczywistość.

 

I tak to Laurka w wieku siedmiu miesięcy po raz pierwszy odkryła
prawdę, którą później odkrywamy z zadziwiającą regularnością, że „życie jest do
bani!!!”

 

Tylko gdzie znaleźć banię, która by pomieściła te wszystkie
tragedie i kataklizmy małego człowieka i czy ta bania nie ma przypadkiem nic
wspólnego z puszką Pandory?

 

Ale maluszek odkrył na razie tylko część prawd o życiu i nie
wie jeszcze, że im bania większa, tym szybciej pęknie.

Wszystko wszak przeminie, bo „nawet najdłuższa żmija kiedyś
mija”:)


rzecz o koronowanych głowach

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Tato – zagaja Nusia zalotnie – Kupisz mi
dia…dia-dem?

– Uff!!! – wypuszcza parę rodziciel – a już
myślałem, że dia-ment.

Ulżyło mu, bo jeszcze śni mu się po nocach
okrągła sumka, którą żona musiała zapłacić za leczenie zębów.

Ach, te kobiety!!! Przecież bez zębów i
diademów też żyć można.

A tu potrzeby rosną w tempie odwrotnie
proporcjonalnym do pensji.

3 córki i żona to śmierć dla portfela
mężczyzny.

Ale dia-dem miał być nagrodą za odwagę przy
operacji o kryptonimie bojowym: „Rozlana kawa”. Operacji, która trwa nadal,
choć wyraźnie ma się ku finiszowi.

– Mam telaz taką młodziutką stólkę na nóżce
jak Laucia – komentuje Nusia podczas opatrunku.

Nowiuśki wujek Artur, który był jedną z ofiar
i bezpośrednią przyczyną wypadku, chciał odpokutować, kupując ofierze nr. 2
wymarzone cacko. Chodzili z Amelką, szukali, ale nie znaleźli. Namiary jakie
otrzymali od Rut okazały się błędne.

 

Więc dwa dni temu po diadem wybrała się sama
królowa-matka. Po przejrzeniu zasobów Internetu nastawiła się psychicznie na
wydatek około 20 zł. A tu, niespodzianka – w pierwszym z brzegu sklepie
zabawkowym znalazła w oka mgnieniu cały zestaw: diadem, kolię i klipsy,
wszystko skrzące i ociekające drogimi kamieniami z plastiku i to za jedyne
4,40.

Uff!!!

Dumna z siebie Rut nie wypuściła już z ręki
zdobyczy, tym bardziej, że księżniczkowy zestaw był ostatnią sztuką na stanie.
Uradowana dokupiła jeszcze płyn do baniek mydlanych, a po drodze trzy piękne
sadzonki surfinii.

Nusia omal nie zemdlała, gdy róg obfitości
się przed nią wysypał z maminej torebki.

– Za dzielność przy przewijaniu nóżki –
dodała mama wręczając zabawki.

Tata król taksował prezenty niechętnym
spojrzeniem.

– Za jedyne 4,40 – szepnęła mu żonka kojąco w
ucho.

Och, trudno oddać słowami tę błogą ulgę
malującą się na obliczu seniora rodu. Trudno powiedzieć kto był bliższy
omdlenia – ukoronowana księżniczka czy jej ojciec, którego skarbiec nie doznał
wielkiego uszczerbku:)

– Rozumiem, że to już prezent na twoje
urodziny – próbował jeszcze cyganić.

– Nie, to za dzielność – nie dała się
zbałamucić księżniczka.

 

A trzy surfinie w najpiękniejszym liliowym
kolorze?- zapytacie.

 Na
fali ogólnego wzruszenia król zapomniał o protokole i nie wystosował do swej
małżonki  sakramentalnego zapytania : „
Znowuuu kwiatki?!!!” 🙂

fotoreportaż z oazy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Ponoć wszędzie dookoła są burze, wichury zrywają dachy, pioruny
biją pięściami w ziemię, a rzęsiste deszcze zmywają wszystkim głowy.

Ponoć… po u nas cisza, spokój przetkany złotą nicią cykania
świerszczy i upał .

Jedyne co leje się z nieba to żar, więc …

 

 

 Jedyne zachmurzenia wyglądają tak:

 

Jedyne co grzmoci to nóżki Nusi o podłogę.

– Zdrowy duch – zdrowe cielę – zacytowała z pamięci stare
przysłowie:) i pobiegła jak wicher wprowadzając słowa w czyn.

– Żyki na zakwasie, żyki na zakwasie!!! – podśpiewuje ( też
z pamięci) skacząc po schodach jak koziołek.

– Chyba : „żytni na zakwasie” – prostuje mama, a Ala wybucha
śmiechem, bo nasunęło jej się niezbyt eleganckie skojarzenie.

Drobne przejęzyczenia .

A wszystko z zabandażowaną nóżką, a wszystko z pamięci:)

 A deszcz – zaklinany po wielokroć – nie nadciąga.

Więc pielęgnujemy ogrody chroniąc je przed upałem.

 

Laurka też angażuje się jak umie.

Pasję ogrodniczą wyssała bowiem z mlekiem matki:)

Cisza, spokój, oaza.

podpowiedź

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Niedzielne popołudnie na działce. Mama i dzieci grają na
kocu w scrabble . Rut dla kurażu popija raz po raz mrożoną kawę z mlekiem.
Szare komórki wyraźnie szybciej się po niej ruszają. Dusio i Ala dotąd męczą aż
dostają po łyczku zakazanego w ich wieku napoju.

Tylko pięciolatek jest niepocieszony.

W końcu, zniecierpliwiony ignorowaniem jego potrzeb, zabiera
woreczek z literkami.

– Albo mi dacie łyczka, albo zabieram litery! – grozi Nusia
– Tak mi mój SUMIEŃ podpowiada!

Ocho, powiało grozą jak za Inkwizycji:)