a jednak Monet…



 … i patrzysz oczarowany i zadziwiony, że Ty też jesteś częścią tego obrazka. Z aparatem w dłoni na krawędzi perspektywy.
"A jednak Monet" – myślisz z wdzięcznością .
Jaki nadać by można tytuł?
Córki zrywające miętę?
Dama z parasolką?
Bujność życia?

A może po prostu: "Szczęście" ?

 Mimo całego mego optymizmu, nie spodziewałam się aż takich chwil…

alegoria brzozy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Dorastamy.

Leżaczek powoli wychodzi z użycia, głównie za
sprawą taty, który wprowadził pojazd formuły 1 czyli spacerówkę. F1 ma swoje
plusy, bo jest większy, ale i minusy, bo nazbyt angażuje ręce, które przecież
przydały by się np. do pisania na komputerze.

W wyższej kategorii wiekowej do użytku weszły
rolki i nowiuśki rower Dusia.

I tak całą karawaną wytaczamy się na naszą
osiedlową uliczkę z asfaltem na tyle świeżym, że jeszcze nie dziurawym jak
sito. Laucia w wózku, Nusia na rowerku-tygrysku ewentualnie hulajnodze, Dusio
na swym lśniącym czarnym rowerze, a Ala na rolkach – podtrzymywana kurczowo
przez mamę. Rut zaś – jedyna niezmotoryzowana, bo jej rower składak ukradli tuż
po Komunii i od tamtej pory dwukołowca już nie posiadała. A rower w
dzisiejszych czasach to luksus. Auto to potrzeba i mus.

Dorastamy – również i my – Rut i Miś – wciąż
– dzień po dniu dorastamy do roli małżonków, rodziców, ludzi po prostu, czy –
jakby rzekła jeszcze niedawno niepoprawna gramatycznie Nusia – do roli
„człowieków”.

Bo dorastanie jest chyba procesem
permanentnym, nieustającym jak szum wody w rzekach, jak przepływ obłoków na
niebie, jak erozja skał. I nie masz szans stanąć w miejscu, zostać skamieliną.
Musisz wciąż kruszeć, rosnąć, iść.

I dobrze.

Na tym to wszystko polega, prawda?

Dorastamy.

Jak nasze młode brzózki na działce, którym z
roku na rok w obwodzie przybywa, ale i kora coraz głębiej, boleśniej pęka. Bo
dorastanie nie jest tylko wzrostem, musi też być pękaniem, rozdzieraniem
dawnych skorup, odpadaniem tego, w czym już się nie mieścimy.

Rut siedzi na ławeczce, którą rok temu Dusio
zrobił dla swej ciężarnej mamy, głaszcze pień pochylonej brzózki. Jeszcze
gładki, młodzieńczy, choć tu i ówdzie biały zwitek odpada pod dotykiem dłoni. Choć
tu i ówdzie coraz głębsze szramy. To znak, że dorasta.

Jacy podobni jesteśmy do tych brzóz.

 Wszystko jest alegorią naszego życia. Wystarczy
tylko zapatrzeć się, zasłuchać.

Dorastamy.

Do czego?

Oby zawsze w kierunku nieba jak nasze brzozy. Nawet ta garbata tam biegnie z wyciągniętymi zielonymi rękoma.


kwestia sprytu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Kto gra w gumę?! Ja pierwsza!!! – wykrzykuje
Ala znienacka.

– Ja drugi!!! – Dusio ma szybki refleks.

– O nie. – spostrzega się jako ostatnia Nusia
i robi naburmuszoną minkę

– Nie gram!!! – krzyczy za odbiegającym
bratem i siostrą.

 

I tu jest pewna komplikacja, bo do gry
potrzeba trzech graczy. Od biedy tylko stawia się taboret, ale taboret ma z
natury drewniane nogi i nie rusza nimi, by utrudnić grę skaczącemu, a to żadna
frajda,

więc…

 

– No dooobra Nusia…  – ofiarowuje się łaskawie rodzeństwo – jesteś
pierwsza.

 

No i jest.

I po co komu refleks?

Spryt wystarczy za wszystko:)


to i owo

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Nusia wpada jak piorun do kuchni, gdzie mama
ucina sobie kolacyjkę z pokomunijnych resztek

– Gdzie są Luci rzeczy do…do… pierzenia? –
zgłasza interpelację pociecha, u której rąk dyndają zdjęte rajstopki, a na nich
ekstrawagancko udrapowane majteczki.

– W pralce. – udziela szybkiej odpowiedzi
mama.

Zaświeciła różowa dupinka na progu, zatupały
przykurzone pięty.

Przykurzone, bo byliśmy dziś na działce. Po
kilku dniach zimnych, wietrznie porywistych, napadowo-deszczowych,
zaganiano-komunijnych postanowiliśmy wyprawić się do naszego majątku.

Przede wszystkim po to, by drzewko komunijne
Dusia posadzić. Miała być magnolia nigra, ale była tylko jasna. Miał być
migdałek, ale nie było. Wzrok Dusia przykuło zaś inne drzewko. Gładził ręką
zielone miękkie futerko, przeciągał po gałązkach, aż w końcu zapytał:

– A to jak się nazywa?

– Modrzew – odparł tato – podoba ci się?

Podobał.

I oto jedzie z nami na działkę, rozparł się w
samochodzie, jedną włochatą gałązkę Luci wtyka pod paszkę, czubkiem zawadiacko
o sufit szoruje. Wie, że jest drzewkiem nie byle jakim, więc się szarogęsi.

A na działce po wielkich deszczach i małych
deszczułkach wszystko nie do poznania wybujało. Rut niedawno tak pięknie
wypieliła, a tu chwast jak las znowu. Nie ma rady – uzbraja dłonie w rękawice i
znów próbuje się rozdwoić. Jedną ręka wózek tacza, drugą –  perz, pokrzywy, mlecze wyrywa. „Złe ziele
szybko rośnie” – mawiają tu ludzie i rację mają. Czemuż to kwiaty chwastu nie
zagłuszą, a zawsze odwrotnie?

W sercu podobnie – na dobro tak chuchać
trzeba żeby rosło, a zło samo kiełkuje i bez wysiłku rozrasta w krzaki.

Rękawiczki dobre są, ale za krótkie. Rut ręce
poparzyła pokrzywą aż po łokcie. Gdyby była małą dziewczynką to by płakała, ale
jest dorosła i odkryła, że to dziwne uczucie pulsowania poparzonych rąk  nie jest wcale takie nieprzyjemne. Zresztą,
może już dawno to odkryła. Gdy miała kilkanaście lat i skarżyła się na ból nóg,
mama odwołała się do mądrości ludowej i wyparzyła nogi córki wiechciem pokrzyw.
Nogi były jednym wielkim bąblem, ale Rut nie płakała, syczała tylko i
wsłuchiwała się strumienie chłodu i gorąca przepływające w poparzonym ciele.
Może już wtedy  powoli docierało do niej
zrozumienie, że ból jest częścią życia i że niemądrym jest w panice przed nim
uciekać. Ta świadomość pomogła bardzo przy jednym porodzie, drugim, trzecim,
czwartym. Wtedy nie wiesz nawet jak się nazywasz, ale wiesz, że ból jest nieunikniony,
więc próby ucieczki to strata cennego czasu, czasu, w którym możesz dać komuś
życie. Może to jest największa lekcja, jaką daje macierzyństwo.

 

Modrzew już posadzony przegarnia wiatr
zielonymi palcami. Miś podlał go raz, a potem Rut po raz drugi. Rośnij, rośnij
modrzewiu naszego syna.

A za kilka lat posadzimy drzewko dla Nusi,
potem dla Laurki.

– Wiesz, że gdy Laurka będzie szła do
Komunii, Dusio będzie miał już 18 lat? – mówi Rut do męża.

 
trudno to sobie wyobrazić.

Ale póki co Laucia śpi spokojnie w wózeczku,
a brat pędzi jak szalony na swoim rowerze, Miś mierzy budynek na działce, Nusia
biega dookoła, a Rut patrzy na stary sad, w którym bawiła się jako dziecko
łapiąc koniki polne.

Jutro wraca Ala. Tęsknimy już za nią.

prośba o zwyczajność

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Och, jaki piękny jest zwyczajny dzień
powszedni – westchnęłam, gdy dzieci pomyte poszły do łóżek, zmywarka szumiała
rozprawiając się z ostatnią partią brudnych naczyń, stoły i krzesła stanęły w
swych zwykłych, zadumanych pozach, lodówka trzeszczała w szwach, bo jedzenia
jak zwykle było za dużo.

– Taak. – zgodnie przytaknął mężulek
uwolniony z galowego garnituru, który znów z trudem się dopiął.

Po gwarze zapanowała cisza przetykana srebrną
nitką zegarowego tykania.

Po bałaganie ład zaczął zakradać się do
każdego kąta.

Po szumie w głowie myśli zaczęły układać się
w logiczne ciągi.

– Dusio był dziś taki poważny, skupiony,
jakiś inny… – szepcze Miś.

Prawie go nie widziałam w kościele zajęta
lulaniem Laurki w bocznej kaplicy. Widziałam tylko przez moment tuż po tym jak
przyjął Komunię i łzy same potoczyły się po policzkach. Że takiego syna mam,
dobrego, mądrego, dorosłego prawie. Ja – Rut – kobieta najzwyczajniejsza w
świecie – takiego giganta urodziłam, wychowałam, światu dałam.

– Dobrze go wychowałaś Rut – usłyszałam
szelest w głowie.

 

 Nie
proszę dla niego o bogactwo, o sławę, o przepych. Niech tylko będzie dobry,
niech będzie mądry, niech nie odpadnie – to wystarczy za cały splendor, blask i
szczęście. Niech nie odpadnie jak uschła gałąź, niech trwa i zieleni się w
winnym krzewie – to wszystko co warto osiągnąć tutaj.

 

A teraz – dnia naszego powszedniego daj nam
dzisiaj, bo piękne są dni świąteczne i ważne jak milowe kamienie, ale to w
kuźni powszednich dni wykuwamy swoje życie.

 

Och, jaki piękny jest dzień powszedni, jaki
ważny, owocny trudem niewidzianym, niedocenionym, nienagrodzonym wierszykiem i
bukietem kwiatów.

Dnia powszedniego daj nam dzisiaj…

 

lekkość

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

 

– Mamo, co to? – pyta Nusia pokazując dziwną
laskę w gazetce reklamowej jednego z hipermarketów.

– To? – Rut pochyla się nad płachtą gazetki –
to taka laska dla starych ludzi, którzy nie dają rady się schylać i wtedy takim
chwytakiem mogą sobie brać różne rzeczy z podłogi .

– Aaaa – wyraża jednogłoskowe zrozumienie
córeczka – Pogramy balonem? – przeskakuje na inny temat z szybkością pong-pongowej
piłeczki.

– Pogramy.

– Ja jestem młoda to mogę się schylać –
wyjaśnia maluch sięgając po czerwony balonik – Ty też mamo jesteś młoda. Ludzie
bardzo długo są młodzi – kontynuuje pacając rytmicznie balon.

– I wiewiórki też. – dorzuca przy którymś
pacnięciu.

 

???

 

Pac –pac-pac fruwa balonik pod sufitem, a
główka Laurki obraca się jak tarcza kwiatu do słońca.

Wielofunkcyjna Nusia toczy dalej swój wywód:

– Ty mamo od dziecka jesteś taka zmęczona.

– Od dziecka? – nie posiada się ze zdumienia Rut.

– Tak. Bo dziecko cię budzi w nocy i jesteś
niewyspana:)

 

Trochę w tym racji. Tym bardziej, że dziecko
znów ma katarek i słabo sypia.

Ale i tak spodziewałam się większego poziomu
zmęczenia materiału, bo wszak jutro Pierwsza Komunia Dusia. Przyjęcie
tradycyjne, w domu. Powinniśmy być nieprzytomni, biegać z obłędem w oczach i
zadyszką. Postanowiliśmy jednak, że tym razem tak nie będzie. Ani za dużo
jedzenia, ani zamieszania żeby najważniejsze nie umknęło.

 

– Jak to mamo było z twoją pierwszą
spowiedzią? – pyta wieczorem Dusio.

– Siostra nam powiedziała, że będziemy lekcy
jak piórko.

– I co?

– No i po spowiedzi zaczęłam podskakiwać w
kościele żeby to sprawdzić.

– I byłaś lekka?

– Tak. Lekka jak piórko.

– Ale ja się nie czuje ciężki – zastanawia się
synek.

 

I obyś nigdy tego nie poczuł – myśli mama
głaszcząc przed snem jego plecki.

 

Niech nigdy się nie zgubi, nie odejdzie za
daleko, niech na końcu  trafi do Domu. Tylko o to
Cię dzisiaj proszę. O nic więcej.


nieopierzony Ikar

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Miałam dziś dwa piękne sny – opowiada Nusia
przeciągając się porannie

– Jakie? – pytam

– Jeden, że byłam księżniczką Jasminą ( do
przewidzenia w świetle ostatnich tygodni), a drugi… że miałam skrzydła i
latałam ( do przewidzenia w świetle ostatnich dni).

 

 

Łup!!! Łup!!! Łup!!! Dudni podłoga raz po
raz. Nusia założyła skrzydełka irlandzkich elfów, które przysłała ciocia
Anetta, wdrapuje się na kufer i skacze zeń machając obficie rękami.

– Może mi się uda. – postękuje pomiędzy
lądowaniami.

Łup!!! Łup!!! Łup!!! Oj, babcia powinna
podeprzeć sufit stemplami, bo gotów się zarwać:)

– Mamo? – zatrzymuje się elf na chwilę
refleksji – a jakbym skoczyła z wyższa to bym pofrunęła?

– Nie!!! – gwałtownie oponuję, by wybić jej
ten pomysł z głowy jeszcze w zalążku zanim zdąży urosnąć do postanowienia
skoczenia z balkonu na przykład.

– Bo ptaki skaczą z wyższa… – argumentuje
uparcie.

 

 

Skrzyp – skrzyp – skrzyp – jęczy nadwyrężona
nieco kanapa.

Tym razem Nusia skacze z jej poręczy na
kołdrę.

– Dlaczego nie mogę polecieć???

– Bo ludzie nie latają.

– A ptaki to mogą?

– Ptaki mają skrzydła.

– Ja też mam – maluszek wskazuje na
przymocowane gumkami do ramion skrzydełka

– Ale są za małe i nieopierzone i nie ruszają
się.

– Macham przecież rękami.

– Ale na rękach nie masz piór.

– Ale ja chcę lataaać.

– Może kiedyś polecisz samolotem.

– Nie, ja chcę na skrzydłach!!!

 

Takie oto scenki częściowo dialogowane
rozgrywają się pod naszą strzechą od dobrych paru dni. Nusią zawładnęło
odwieczne marzenie istot ludzkich, by wzbić się w powietrze i poszybować jak
ptak. Marzenie nieracjonalne, utopijne, lecz jakże żywotne. I cóż tu dziwić się
Ikarowi, że nie posłuchał ojca. Nasz mały Ikar też nie przyjmuje do wiadomości,
że okolice słońca są przestrzenią zakazaną.

I może ma rację – kto wie.

Może warto zatracić się w swoim marzeniu jak
Ikar.

– Zobaczysz – szepcze mi mężulek na ucho –
ona jeszcze będzie skakać z bungee.

 

Tak wyglądała kiedyś…


 ale od tamtego czasu skrzydła jej urosły.

Marzenia wraz z nimi:)

weteran dwóch wojen

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Gdy Ala była w wieku Lauci i ząbkowała równie
siarczyście, toczyła nieustanne za-żarte boje z pewnym pieskiem.

Piesek onegdaj
należał do ciotki Leny i był – zdaje się – wyrazem czci okazanej jej przez
jednego z adoratorów. Widocznie ofiarodawca „dostał kosza”, bo maskotka szybko dostała się
w niewolę siostrzenicy.  

Twarda to była
służba. W krótkim czasie, sterany na bitewnym polu piesek miał  oderwaną nogę i poszarpane czerwone majtki, a ogon w polowych warunkach doszywany był po wielokroć.
Od czasu do czasu dzielny żołnierz był wyzwalany z rąk okupanta i wyżymany ze śliny. Stąd
otrzymał nadobne imię Wymoczek.

Po kilku miesiącach nierównej walki z
przeważającymi siłami wroga wymoczony piesek zniknął jak kamfora i słuch po nim
zaginął. Pachniało to na kilometr zdradą i dezercją, ale nikt się bardzo nie
przejął, bowiem sezon ząbkowania uroczyście zamknięto.

I oto… po 11 latach Rut go odnalazła.
Zadekował się w najciemniejszym kącie strychu, pewien , że dożyje tu spokojnej
starości jako wojenny weteran.

O, jakże się pomylił stary wiarus!!!

Nie w naszym domu przywileje wczesnej
emerytury dla służ mundurowych.

Wymoczek więc został bez pardonu wyprany, odwirowany,
wysuszony i ponownie rzucony na front…

 

w największy wojenny ogień…

trzeszczą szwy na starych bliznach wojennych…

błyszczy jak bagnet świeżo wykluty ząbek.

 

 

 PS. Jak widać właścicielka ząbka czuje się
już o niebo lepiej. Chorobie zaś poddaje się ostatnia niezdobyta flanka, czyli
Rut. Cóż, szpital polowy ma ograniczoną ilość prycz – trzeba chorować na raty:)

Dobrze, że chociaż dobrze jeść dają…

półroczny torcik:)

z epoki brązu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Rut rozwiesza pranie na strychu.

– Mamo przynieś mi jakąś zabawkę!!! – dudni
głos Nusi z dołu.

– Nie. Starczy już tych zabawek!!! – stanowczo
odkrzykuje mama z ciemnej czeluści.

 

– Przynieś mi, to dam ci pieniążka!!! –
ponawia modły głosik.

– Nie. ( Grunt to konsekwencja – myśli Rut
dawno zasłyszanym sloganem)

– Przynieś mi, to dam ci dużo pieniążków!!! –
podbija stawkę głosik

 

No i Rutka ulega rozczulona desperacją  pociechy.

 

 

 

Tak to korupcja kwitnie jak wiśnie w Kraju
Wiśni.

Korupcja emocjonalna.

A żelazna konsekwencja nie zawsze musi być
gruntem wychowania, ale o tym mądrzy autorzy poradników jeszcze nie wiedzą.

My jeszcze w epoce brązu jesteśmy:)

a może kamienia łupanego?


zawiłe losy kota z obrazka

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Po południu narysowałam głowę kotka. Z braku
laku – na odwrocie zaproszenia ślubnego Amelki ( tak, tak – ślub lada dzień).
Kotek miał sobie spać słodko zwinięty w kłębuszek i być może – docelowo –
znaleźć się na jakimś nowym modelu naszego łóżeczka.

Tymczasem …

jak to zwykle bywa w naszej chacie, kotek
musiał poczekać, rysowniczkę bowiem porwał wir wydarzeń ( Laurka wciąż chora i
ząbkująca, dzieci szykowały się na przyjęcie balonikowe u ciotecznej
siostrzyczki Tosi).

Dopiero późnym wieczorem mój okręt znów
zawinął do portu Kuchnia w celu uzupełnienia zapasów ( czasami trzeba coś zjeść).
Na stole leżał mój kotek, lecz bynajmniej nie zwinięty a … rozkraczony:)

 

 jakby go walec drogowy przejechał w czasie
błogiej drzemki.

Od razu znać charakterystyczny styl
współautorki obrazka. Z pewnym zmieszaniem ośmieliłam się tylko zapytać:

– Co to ten kotek ma na brzuszku?

I usłyszałam to czego się spodziewałam:

– Pipcioszkę.

 

Po co się pytam , jak wiem:)

 

Rozkraczony kotek przespał na stole calutką
noc. Może to niezbyt wygodne leże, ale i tak zwierzak miał szczęście – ja i Miś
prawie nie spaliśmy i spokojnie moglibyśmy tę noc ustawić na półce z horrorami
i thrillerami.

Gdy rano półprzytomna doszłam na późne
śniadanie, okazało się, że kotek nie jest już sam, bo oto z pułapu zwieszał się
okazały …

 

pająk:)

Tu już musieliśmy trochę pogłówkować z mężulkiem
kto w twórczym porywie spłodził stawonoga razem z jego pajęczyną.

No i choć niewyspani i nie w sosie i
posiwiali od wczoraj o kolejne dziesiątki włosów musieliśmy się roześmiać z
całej tej historyjki o kotku, która zupełnie wymknęła się spod kontroli.

 


Gdy byłam na studiach w ramach pracy nad sobą
układałam każdego wieczoru harmonogram dnia następnego. I potem punkt po
punkcie realizowałam swoje plany. Czasem z uporem maniaka i kosztem zamknięcia
się na to, co oferowało życie. Czy to było dobre? Nie wiem. Na pewno prostsze,
bardziej uporządkowane.

Bo kiedy jesteś sam, scenariusze są
łatwiejsze do przewidzenia, znasz swoje historyjki od początku aż do puenty.

 Kiedy
zaczynasz dzielić życie z innymi, opowieści rozrastają się w zadziwiające
fabuły, a nad wieloma wątkami tracisz władzę. Nikt cię nie pyta jakie miałeś
plany i czy wszystko idzie po twojej myśli, a wydarzenia zaskakują cię raz po
raz, barwy mieszają się, powstają nowe odcienie .

Ale takie życie wolę.

I bawi mnie, że kotek z obrazka, który miał
być słodkim kłębuszkiem, wygląda jak dywanik przed kominkiem:)