spóźnione słowa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Tę notkę miałam wpisać
przed wigilią, ale Internet odmówił posłuszeństwa. A później my odcięliśmy się od wirtualnego świata, by bardziej zamieszkać w tym realnym.

Mimo to wierzę, że tak
czy owak moje dobre myśli dotarły do Was z lotem sikorek złoto-brzuchych i
przysiadły na wszystkich gałązkach tych ostatnich dni.

 

 ………………………………..

Sałatka śledziowa już gotowa, karpie w mleku wymoczone leżą
w towarzystwie pieczarek na blaszce gotowe do pieczenia, barszczyk czerwony
paruje – szyby w dekoracyjny szronik ozdabia, choinki w liczbie 2 robią co
mogą, by atmosferę domową nasycić zapachem żywicy, śniegowa glazura na trawniku
za oknem dwoi się i troi, by wytrwać choć do wieczerzy.

Dzieci pomogły babci na dole pierogi lepić. Miś stał z
Laucią na czatach, a ja i Kora chyżo spakowałyśmy prezenty, przeniosłyśmy do
skrytki i udrapowałyśmy na prezentowym stożku koc, kapę i poduszkę dla „niepoznaki”.
Potem, w stosowym czasie, dzieciaki trzeba będzie odciągnąć od epicentrum
zdarzeń (czyt. wigilijnego stołu) i sprytnie zrzucić desant pod choinkę.

Wszystko już – już, prawie, prawie.

Zegar cyka między jemiołą a czubem drzewka: cyk-cyk-cyk-cyk…


Laucia, zwana ostatnio „Piórkiem” dla uczczenia jej złotych,
puchato-fruwających włosków, biega zaaferowana i gulgocze długie monologi w
sobie znanym tylko języku.

– Szanti-szanti!!! – krzyczą po hindusku dzieciaki
wyedukowane przez ciotkę.

– Co to znaczy? – pytam.

– Wyluzuj, wyluzuj – tłumaczy Kora

– W takim starożytnym języku takie młodzieżowe słownictwo?

– Oj, bo to w starożytnym języku „pokój ducha” oznacza –
śmieje się „hinduska”

 

Aaaa, to już szybciej do świąt pasuje, więc…

Szanti- szanti  Wam wszystkim, niech Maleńki ogarnie cały
świat pokojem.




notatki między grochem a kapustą

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

20 grudzień

 

Syyyyypie!!!

Nareszcie!!!

Na początku nieśmiało, drobniutko jakby kaszą manną, ale z
czasem odważniej, zadziorniej, hulaszczo, zadymnie.

Sypie Pan Śnieg.

Śliiiisko!!!

Nogi się rozjeżdżają, auto szusuje na środek skrzyżowania
jakby pozbawione wszelkich hamulców. Redukuję bieg na dwójkę i powoli sunę
trasą bardzo dziś widokową. Pan drogowiec z naprzeciwka z piaskarką udaje, że
zdążył z odsieczą:)

 Śnieg rozplaszcza się
na szybach, na ciepłej twarzy ślizga, otula czapą świerczki, świerczęta i
świerczki wszelakie.

Huuu!!! Haaa!!! Nasza zima zła!

Jasno się zrobiło, odświętnie jakby kto obrusem bielutkim
stół na wigilię nakrył.

 W sam raz – babcia
dzwonki karpia mrozi w lodówce. Czas prezenty dokupić, wyśledzić gdzie śledzie
najtańsze, zadbać o smaki, zapachy, klimaty. Kora jutro z Indii wpadnie jak
śliwka w kompot z wielkiego upału w mróz nasz ojczysty. Znów w klapkach
japonkach w zaspy śniegu:) Obiecała szal mi jedwabny przywieźć.

 

21 grudzień

 

Syyypie nieustannie i nie zamierza przestać. Musi się
wysypać za wszystkie czasy. Kiedyś wszak te pierzyny niebiańskie trzeba wytrzepać:)

Wieczorami drogi jak szklanka, a wszystko wokół jak bajka.

Jeszcze jasełka w szkole, roraty przedostatnie, jeszcze
imieniny Ksawerego u nas przy choince urządzane, jeszcze pobiegać po mrozie, w
kolejkach postać…

Kora przyleciała, z Warszawy się wydostać nie mogła, ale
jest w końcu. Tatuaż z henny na ręce pokazuje, dzieciakom cudeńka błyszczące
wręcza. O szalu ani pary z ust nie puści:) Może Gwiazdka łom w jedwab zawinie co by wrażenie złagodzić:)

Laucia sie Kory nic a nic nie boi, rączki podnosi do góry i prezentuje
swoje bollywodzkie tańce. Śmiejemy się.

A świat cały biały , bielusieńki jak w tej kolędzie
Preisnera sprzed wieku. Pamiętam, gdy jej słuchałam – świeżo upieczona mężatka.
Czekałam aż mąż wróci z pracy, słuchałam radia i płakałam ze wzruszenia nad
tymi kolędami, a Alusia wtedy pierwszy raz pod moim sercem skrzydełkami
zatrzepała.

Zawsze już, zawsze kolędy
na koniec wieku
będą tajemną ścieżką docierały w głąb mnie i roztapiały
mnie od wewnątrz.

Całą noc padał śnieg.
Cichy, cichy, cichuteńki. Przyszedł świt, a tu świat – cały biały, bielusieńki…

Kolęda

 Pokój ludziom dobrej woli.

zestaw małego…

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Mamo, wiesz co chcę pod choinkę od Mikołaja? – pyta Dusio,
który rok temu został uświadomiony co i jak i gdzie należy składać podania
odnośnie prezentów. ( ciężka to była dla nas decyzja, ale z dwojga złego
woleliśmy wybrać opcję: „rodzicielska rozmowa” niż opcję” szydzenie kolegów”)

– No co? – okazuję zainteresowanie, bo jestem – szczerze
mówiąc – „ w kropce” odnośnie prezentu dla syna jedynego.

– Kominiarkę i latarkę – wypala jedynak, a moja głowa
zaczyna snuć wizję rodem ze scenariusza filmów gangsterskich.

– Ale wiesz, że Mikołaj 
nie daje głupich prezentów. – próbuję resocjalizacji zanim będzie za
późno.

– Ale dlaczego taki jest głupi?

– Synu, bo kominiarkę i latarkę sprzedają tylko w zestawach
z łomem!!! – tym razem ton zmieniam na komiczny.

 

Po południu mąż wraca z zakupów.

– Kupiłem Dusiowi na prezent taką fajną latarkę –
konspiracyjnie szepce mi na ucho.

– A kominiarka i łom? – przypominam usłużnie:)


pieśń o dzisiaj

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Tą, która od kilku dniach zaglądała ciekawie z balkonu do
ciepłego wnętrza domu, zaprosiliśmy dziś do środka. Stanęła, otrząsnęła kilka
zielonych igiełek, rozprostowała gałązki, rozsiała ulotny aromat swoich perfum.

– Pod naszą choinką też będą prezenty? – zapytała Nusia.

– Nie, prezenty są tylko pod choinką u babci, bo tam jemy
wigilię. – odpowiadam.

– Eeee – nachmurza się pięciolatka – to po co stawiamy u nas
choinkę?

– Choinka nie jest tylko dla prezentów. Jest dla bombek,
żeby lampki zapalić, cieszyć się, poczuć zapach – tłumaczę.

– Ubierzmy ją dzisiaj. – kuszą dzieci, ale my jesteśmy
nieugięci.

Powiesiliśmy tylko kilka bombek, które już jakiś czas temu
przewałęsały się ze strychu, tylko srebrne cukierki i malutkie rajskie
jabłuszka, które kupiłyśmy dziś z Alą.

Reszta jutro. Takie przyjemności trzeba dozować. Delektować
się nimi, wydłużać, celebrować. A dziś sobota. Dużo innych zajęć. Pranie,
sprzątanie, zakupy, gotowanie.

– Zjedzmy trochę tego maku. – podpuszczam mężulka.

– Nie.

– A potem, z reszty upieczmy ciasto – drążę jak kropla
skałę.

– Nie, nie zjemy – odpowiada Miś i sięga po woreczek z
makiem – Nie możemy – dodaje biorąc do rąk nożyczki – to jest mak na święta, na
kutię – kończy swój wywód i rozcina opakowanie.

(Ta skała to chyba był wapień – tak szybko dał się wydrążyć:)

I już pół godziny później zapach pieczonego ciasta miesza
się uroczo z zapachem choinki.

Zawijam lalę Laurci w pieluszkę i kładę pod choinką.

– To będzie Pan Jezusek – obwieszczam zdziwionemu
maluszkowi, a ten zaraz wchodzi pod zielone gałązki, wyciąga Jezuska i tuląc z
całych sił do brzuszka kołysze się na boki.

-Aaaaa – śpiewa mu, a Jezusek wypada z pieluszki od nadmiaru
czułości.

Dusio mości sobie kocyk pod choinką.

– Już wiem jak czuje się prezent – dochodzi nas jego głos
spod zielonych gałązek.

– Ja też chcę. – zgłasza się Nusia i chwyciwszy poduszkę z
kanapy wchodzi pod drzewko z drugiej strony.

Ala jest na wigilii harcerskiej. Za oknem się ściemnia .

Siedzę przy grzejniku obok choinki, piję malinową herbatę,
chrupię paluszki, słucham Jedynki – podają przepis na drożdżowe ciasto, ponoć
rewelacyjny.

Srebrny cukierek kręci się obok jabłuszka.


Czujecie jak się zbliża?

Jest tuż, tuż.

przyspieszony kurs dla hodowców drobiu:)

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Mamo, a jak kogut zapładnia kurę? – słyszę i nie dowierzam
własnym uszom.

Dusio wpatruje się we mnie z zaciekawieniem.

„ To już? To już? Od czego by tu zacząć?”

– No więc – zaczynam powoli co by dać się wyszaleć mętlikowi
w głowie – No więc wskakuje jej na grzbiet i trzyma dziobem za kark. – zaczynam
powoli mając nadzieję, że takowe wyjaśnienia zaspokoją pierwszą ciekawość.

– No, ale jak? Dziobem? – dopytuje ciekawski, którego
ciekawość jest większa niż się spodziewałam.

– No dziobem przytrzymuje.

– Ale jak zapładnia?

„No trudno. Trzeba skoczyć na głęboką wodę.”

– Wkłada jej sisiutka w taką dziurkę pod ogonem. I wtedy
zapładnia jajko, a z niego wykluje się kurczak. Jak nie zapłodni, to jajko
nadaje się tylko na jajecznicę. – tłumaczę starając się nie roześmiać i
utrzymać w miarę równy oddech.

Uff!!!

Ten figlarny uśmieszek na twarzy Dusia.

Dalszych pytań nie ma.

Przesłuchanie skończone:)

 

Wieczorem Nusia opowiada co robili w zerówce.

– I nauczyliśmy się piosenki po angielsku – mówi i zaczyna
prezentację – Dolly sex halloDolly sex hallo,

– Tam chyba są inne słowa? – sugeruję nieśmiało przerywając
rzewną pieśń – pewnie: dolly says hallo.

– Nie – protestuje świeżo upieczona anglistka – Dolly sex hallo, dogs sex hau and cats  sex miau – recytuje.

Acha.

Ciekawe jakby to brzmiało w swobodnym tłumaczeniu na
polski?

 

 

Kiedy dziatwa śpi, oboje z mężulkiem komentujemy zajścia.

 – A mogłaś
powiedzieć, że kogut idzie na grządkę kapusty i tam znajduje kurczaka.* –
podpowiada usłużnie Miś .

– A jak nie znajdzie w kapuście, to bocian mu przynosi**. –
śmieję się.

 

Tak powiem. Obiecuję.

Albo nie.

Powiem, że do zapładniania potrzebny jest nadmanganian
chlorku potasu. To powinno rozwiązać kwestię na dłużej:)

 

 ********************************************

 

*dla niewtajemniczonych –
wypowiedź Misia miała wydźwięk ironiczny:)

** moja wypowiedź miała wydźwięk
dwakroć bardziej ironiczny:) 🙂


zapach pomarańczy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Wchodzę do pokoju nauczycielskiego. Od progu spowija mnie
zapach pomarańczy.

– Och, Boże Narodzenie – mówię z rozmarzeniem.

– Ty Rut też jesteś z tego pokolenia? – śmieje się Maria.

– Tak – potwierdzam – Statek z pomarańczami zawinął do portu
w Gdyni.

Drzwi otwierają się na nowo. Wchodzi siostra Dorotea.

– Boże Narodzenie!!! – krzyczy pociągając nosem.

Też jest z tego pokolenia.

Nasze dzieci nie rozumieją dlaczego pomarańcze to Boże
Narodzenie.

– A dlaczego mamo Cohen kojarzy ci się z Bożym Narodzeniem?
– pyta Ala zanurzona wraz ze mną w jego szorstki zmysłowy głos sączący się z
płyty.

Nie wiem dlaczego. Dla mnie to taka oczywistość jak 2 i 2 to
cztery. A może nawet większa, bo nie jestem ścisłowcem:)

Może nikt więcej tego nie zrozumie?

A może Cohen tylko mnie przenosi w czasie i przestrzeni?

Każdy z nas ma takie tajemne klucze, którymi otwieramy
tajemne komnaty w tajemnych zamkach. Nikt więcej tam nie wchodzi. Nikt nawet
nie podejrzewa, że istnieją.

Smaki, zapachy, brzmienia, widoki. Ten świat, który znam
jest tylko mój. Nikt inny nigdy go takim nie widział, nie pozna, nie dotknie,
nie zasmakuje.

Boże Narodzenie najbardziej sprzyja wyzwalaniu jedynych
światów.

On był Jedyny. My jesteśmy jedyni.


meteorologia nowa

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Miś wraca z dworu ( u nas tak się mówi, gdy ktoś wraca w
pielesze domowe ze świeżego powietrza).

Ale żeby wszyscy zrozumieli – proszę bardzo : „Miś wraca z
pola” ( choć u nas tę czynność wykonują li jedynie rolnicy, a Miś – syn rolnika
i dzierżawca areałów z pola wraca z rzadka)

Miś niesie wielka nowinę i aż go ta nowina rozpiera od
wewnątrz.

 

– Śnieg kapie!!! – obwieszcza rodzinie zebranej w ciepłej
kuchni.

 

Dobrze powiedziane.

Kapie.

A zdaje się, że zwykle „prószył”, „sypał” lub ewentualnie „padał”.

Ot, czasy nastały! – jak mawiał Pawlak w "Samych swoich"

Śnieg kapie:)


pomocnik

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Moja znajoma ze Stanów opowiedziała mi o tradycji
kultywowanej w amerykańskich domach. Jest to jednocześnie dobra, sprawdzona
metoda wychowawcza, która ułatwia zapanowanie nad dziatwą utrudzonym
rodzicielom w newralgicznym czasie "okołobożonarodzeniowym".

Otóż potrzebny będzie elf.

Trzeba więc go albo kupić, albo
uszyć. My uszyliśmy. Można też złapać gdzieś w lesie, ale będzie to trudne,
gdyż ze względu na trudne warunki meteorologiczne wszelki leśny i łąkowy ludek
pochował się głęboko pod ziemię.

 Następnie elfa
sadzamy wysoko na półce w strategicznym miejscu tak, by miał dobry ogląd i mógł
sobie szybko wyrobić zdanie nt. zachowania w/w dziatwy.

Potem możemy go zarejestrować na specjalnej stronie i od
tego momentu elf nabiera magicznej mocy fruwania i komunikowania się ze świętym
Mikołajem w sprawie ewentualnych prezentów dla grzecznych dzieci. Dzieci zaś
nie mogą go dotykać, by mocy nie stracił bezpowrotnie.

 A oto nasz
przyjaciel, uszyty ze skrawków różowych spodenek,  starej czerwonej bluzy wujka Leosia i
ozdobiony koronkami od cioci Anett. Ach, ten czujny wzrok i tajemniczy uśmiech
Mona Lisy:)

 

Jego służba w tym roku dobiega końca, bo oto wielkimi
krokami zbliża się  6 grudnia.

Życzymy Wam by ta noc – jedna z najpiękniejszych – była dla Was szczodra:)

A nam już dziś wysypał się wór z cudownościami.


 ps. Anett, jesteś najlepszym elfem Santa Clausa.


to-tak-to, to-tak-to, to-tak-to…

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Oglądaliśmy ostatnio film „Family Man” z Nicolasem Cage’m w
roli głównej. Taki ciut remake „opowieści wigilijnej”. Bogaty, ustawiony, bez
zobowiązań, przebojowy makler budzi się nagle jako mąż swej byłej dziewczyny i
ojciec dwójki dzieci, pracownik sklepu z oponami w zapadłej mieścinie. Sen
niestety jest dłuuugi i prowokujący do przemyśleń i narastającego buntu, który
ostatecznie główny bohater artykuuje w postaci zdania tej treści:

„ Jakie ja mam życie? Wstaję rano budzony przez psa i krzyki
dzieci, zmieniam pampersa synowi, wyprowadzam psa, jem śniadanie, ubieram się,
odwożę dzieci do szkoły, potem idę do pracy i kilka godzin spędzam sprzedając
opony. Po południu odbieram dzieci, wracam do domu, wyprowadzam psa, jem
kolację, przebieram się i idę spać. I tak dzień po dniu.”
( niedosłowny cytat:)

 

Rano Miś budzi mnie delikatnym szturchnięciem. Zawsze wydaje
mi się to zdarzenie częścią snu niedośnionego. Wiecznie jestem nienasycona snem, a już
szczególnie około godziny 6 rano. Wszystko dzięki Laurci, która nad ranem śpi
jak przysłowiowy „zając na miedzy”.

Drugie delikatne szturchnięcie połączone z szeptem: „Wstań”
nie pozostawia jednak wątpliwości co do realizmu zdarzenia, choć zwykle jeszcze
z minutkę-dwie udaję, że nie domyślam się o co chodzi.

A potem „grabejdam” się jednak spod ciepłej kołdry. Zbyt
ciepłej w zbyt zimny poranek. Idę do łazienki, wracam, opatulam się kołdrą
szczelnie siedząc na łóżku jak „sęp na gałęzi”. Jedyne co ośmielam się wystawić
na działanie orzeźwiającego chłodu to głowa i dwa palce prawej ręki. Miś,
śmiejąc się, zaczepia o te palce ucho kubka z kawą.

– Moja sówka. – mówi i chyba ma rację, bo wyglądam zapewne
jak duża napuszona, zbyt wcześnie wybudzona sowa.

Pierwsze łyki kawy docierają do zaspanych komórek. Umysł
zaczyna tkać gobeliny myśli.

– Zobacz – mówię – on miał rację. My też mamy takie życie.
Wstaję rano, śniadanie, dzieci do szkoły, kilka godzin w pracy, wracam, obiad,
dzieci ze szkoły, przygotowania na następny dzień, kolacja, mycie, wieczorne
rytuały, sen. I następnego dnia znów ten sam scenariusz.

– Narzekasz? – pyta

– Nie. Mówię tylko, że to tak właśnie jest. I w tym
zwyczajnym, monotonnym życiu trzeba jednak umieć odnaleźć szczęście, cieszyć
się chwilami, zauważać drobiazgi. To wielka sztuka umieć przełamać rutynę i
znudzenie .

 

To jest jak malowanie akwareli.

Kiedy widzisz, że płótno wysnuwające się spod pędzla jest
zbyt szare, rzuć kilka plam czerwieni, rozświetlające oranże, czasem nawet
czarną kreskę. Jeśli jest zbyt krzycząco jaskrawe, stonuj je błękitami,
ciepłymi brązami, rozsnuj tu i tam siwą mgiełkę.

Przywróć harmonię.

Czasem wystarczy wyjść wieczorem na balkon, zaczerpnąć kilka
haustów zimnego powietrza.

Czasem można wypić lampkę wina, poczuć ciepło winnych
stoków, gdzie dojrzewało.

Czasem w sobotę pozwolić rodzinie dłużej pobyczyć się w
łóżku.

Czasem zatrzymać się w biegu, czasem nagle zerwać do
sprintu, gdy czas toczy się zbyt leniwie.

Czasem wystarczy przesunąć jeden mebel z kąta w kąt,
postawić flakon z kwiatem.

Czasem sięgnąć na chybił trafił do półki z książkami,
przeczytać kilka stron dawno nie czytanych.

Czasem odkurzyć starą płytę, pozwolić się ponieść muzyce.

Czasem stanąć przed lustrem i zapatrzyć się w swoje własne
oczy.

Czasem rozetrzeć na dłoni gałązkę tui i poczuć jej
odurzającą zieloną woń.

Czasem usiąść mężowi na kolana, dać mu się otoczyć ciepłymi
ramionami.

Czasem zrobić psikus rodzinie i włożyć małą skarpetkę do
szuflady na sztućce.

Czasem zjeść potrawę z dzieciństwa – kanapkę ze śmietaną i
cukrem.

 

 

I – choć stukot kół pociągu taki czasem monotonny – można ucieszyć
się tą naszą podróżą w znane Nieznane.

Na koniec bohater filmu też to odkryje.