nie wierzcie meteorologom;)

 

Jest późny ranek.
Odsłaniam zasłony z grubego białego lnu, a za nimi czeka na mnie jeszcze bielszy odcień bieli.
Mróz podczas nocy nie żałował białej farby i pędzla.
Ubieram się ciepło i wychodzę na pierwszy tego dnia różaniec.
Stąpam delikatnie po świecie utkanym jak z koronki, raz po raz się zatrzymuję i patrzę w zachwycie.

Każdy listek, z tych co ostały się do tej pory, obramowany bielą, gałązki świerkowe jak misterne zabawki z białej porcelany, brzozy o włosach srebrzystych, każda trawka wystająca spod śniegu, każda zaspa, gałązka, ostatnie kwiaty lśnią obsypane diamentowym pyłem.
Przepych grudniowego poranka.

– A przecież miało tego nie być – myślę, a wdzięczność rozsadza serce.
Tak, miało nie być.
Na początku miesiąca w radio słyszeliśmy z mężem prognozę. Meteorologowie nie pozostawiali złudzeń: święta na plusie, deszcz i błoto.
Aż nam zrzedły miny. Kolejne święta szare i ponure:(
Ale wtedy zadzwonił do radia stary góral.
– Kochani państwo, nie słuchojcie meteorologów, oni guzik wiedzom – rzekł dziarsko zaciągając po podhalańsku – Jo wom mówie: śnieg bedzie, bo „jak Barbara po wodzie, to święta po lodzie”.

No i prowde godoł:)
Śnieg jakby to słyszał i sypnął niemal natychmiast.



Prezentu też w tym roku miałam nie dostać pod choinkę, bo Lena robiła przydział i się pomyliła. Nietrudno się pomylić, bo jest nas 18 sztuk:)
– Ja ci zrobię prezent mamo – szepnął syn, gdy pomyłka się wydała.
No i zrobił. Ale okazało się, że pod choinką był jeszcze drugi prezent dla mnie. Od kogo? – nie wiem. Pewnie od świętego Mikołaja:)
I tak zostałam dubeltowo obdarowana tego roku, choć zapowiadało się bez-prezentowo.

* * *

Z wieloma rzeczami tak jest.
Bywa, że nie spodziewamy się niczego, a dostajemy tak wiele. Nie liczymy nawet, że szczęście się do nas uśmiechnie, a ono uśmiecha się od ucha do ucha aż widać „ósemki”.
Boimy się, że utoniemy, a pływamy jak kaczka. Myślimy, że nie damy rady czegoś dźwignąć, a okazuje się, że jesteśmy niesieni wraz z naszym ciężarem. Czujemy się zapomniani, a pamięć o nas nie wygasa. Myślimy, że jesteśmy biedni, bo dziury w portfelu, a jesteśmy najbogatsi.


Miało nie być śniegu, a Lalcia dziś śmiga z górki na tzw. „dupolocie”. Miało być na plusie, a moje dziecko obgryza sopel z dachu.
– Nie jedz tego, to brudne, dym z komina… – włącza mi się matczyne biadolenie;)
– Mmmm – mruczy zadowolona Lalcia, liżąc lodową pałeczkę – o smaku szynki.
🙂
No tak, palimy drewnem. Stąd posmak wędzonki w soplu.



Miało nie być.
Lalci też. I Hani, i syna… Zawsze ktoś uczony kiwał głową i mówił: „Nie utrzyma pani tej ciąży”. Miało domu nie być. ” To ruina, wyburzcie ten budynek” – radził ktoś życzliwy. Nawet małżeństwa miało nie być. ” A z czego będziecie żyli?” – załamywali ręce rodzice męża. Pracy miało nie być… Kolejnych lat życia dla mojego męża…


Nie słuchajcie meteorologów.
Słuchajcie serca i … Jego.
On jeden tylko wie co będzie, a w hojności nikt Mu nie dorówna. Z pustego naleje, płacz zamieni w radość, lament w taniec, wór w najpiękniejszą szatę, ruinę w pałac, błogosławieństwo ześle jak deszcz, grzechy jak śnieg wybieli…



I chyba tego właśnie chcę Wam życzyć u krańca tego roku, na progu najszczęśliwszego z możliwych 2022.
Bo będzie najszczęśliwszy, cały spoczywający w Jego Dłoni❤️💝
W Nim pokładajcie nadzieję.

świeżo upieczona atmosfera świąt


– Nie czuję atmosfery świąt – poskarżyła się ponuro Lalcia, wchodząc po skończonych zdalnych lekcjach do salonu.
– No jak to nie czujesz? – zakrzyknęłam – Choinka pachnie, pierniczki pachną, świeczki płoną, kolędy śpiewają, bigos gotowy – wyliczałam entuzjastycznie.


– To co? – mruknęło dziecię zawijając się na kanapie w kocyk ( też w świąteczne wzorki) – Nie ma śniegu, więc nie czuję.

No tak, na taki argument macierz nie miała stosownej odpowiedzi, choć gdzieś tam w zakamarkach mózgu już był gotowy szalony pomysł, że : ” to kłaczki z waty rozrzucimy!!!”


Ale macierz jest doświadczona i wie kiedy nie wygłaszać jednak tego typu haseł wobec pociechy ewidentnie w stanie ” adolescencji nastoletniej”.
( Bo chyba nie wspominałam, więc spieszę ze wspomnieniem, że Laurka tuż po skończeniu lat 11, zaczęła przejawiać symptomy buntu nastolatka. Przy czym „tuż” należy brać tu dosłownie, bo nastąpiło to w 3 dni po urodzinach. Co się będzie dziewczę ociągać? Naście lat do czegoś zobowiązuje;)



Tak więc leży oto nasza nastolatka w humorze skwaszonym bardziej niż nasza kapusta w piwniczce, a tymczasem mamusia czuje jakąś dziwną mgłę zasnuwającą myśli, potem świat cały powoli i już już… Rutka kładzie się na kanapie podobna śniętym karpiom.
– Zaraz będzie padał śnieg – wygłasza jeszcze obietnicę słabym głosem – Zaraz zobaczysz, czuję to – śnieg idzie.*
– Na pewno nie. – zaprzecza typowa nastolatka.
– Na pewno tak – coraz cichszym głosem wieszczy mamusia, a światełka choinki rozmazują się coraz bardziej.
Tu film się urywa…
Klaps😁

Pół godziny potem.
Mamusia otwiera oczy i pierwszym rzutem oka dostrzega białe kłębuszki wirujące w snopie światła przydrożnej lampy. I to nie są kłębuszki z waty!!!
– Widzisz – wykrzykuje zupełnie już rześko – Śnieg sypie!!! Mówiłam.

Pociecha jakby trochę pocieszona się zdaje. Może atmosfera świąt zaczęła działać. Ostatni wyczekiwany element wskoczył na swoje miejsce w układance.
A nie, przepraszam – przedostatni.
Jest jeszcze jeden, bardziej niezbędny niż śnieg, choinka i jemioła, której – nadmienię – pęczek kupiłyśmy z Alusią na targu.


– No i będziemy świeżo – upieczeni na święta – mówi Lalcia, gdy brniemy całą rodzinką przez mrozy i lody do kościoła na spowiedź.
Śmieję się.
– Tak świeżo – upieczeni – potwierdzam.
– Uważaj mamo na lód, żebyś się znowu nie połamała – ostrzega mnie jeszcze świeżo – upieczona nastolatka.
– Ja już miałam obie ręce pałamane – uspokajam – a trzeciej nie mam:)
Choć przydałaby się – myślę w duchu – do tych wszystkich przedświątecznych prac;)

 

 


* Tak, Rutka ma wbudowany czujnik śniegowy:) Tak chyba miewają ludzie urodzeni zimą:)
Z tej tęsknoty za śniegiem Rut zaczęła malować zaśnieżone widoczki.
Oto jeden z nich, malutki – 20x30cm.





Chcę, by właśnie ten trafił do kogoś z Was, wiernych odwiedzających garniec, głośnych lub cichutkich przyjaciół.
Więc jeśli komuś się podoba, proszę tylko napisać:)
Prezencik wyślę oczywiście po świętach, bo teraz mam dwie ręce pełne roboty. Niestety trzecia wciąż nie chce urosnąć😀

Tymczasem znikam. Ciasto na chleb czeka.



 

kuferek z drobiazgami

 

Choinka ubrana wśród śmiechu i wrzawy.
W tym roku bardzo wcześnie, ale piątek to był jedyny dzień, gdy mogliśmy to zrobić pospołu. A właśnie to „pospołu” przy takich czynnościach  najważniejsze. Nawet efekt nie jest tak ważny jak wspólne strojenie drzewka.
A efekt jak zawsze: „choinka w stylu meksykańskich wieśniaków”, czyli wszystko i we wszystkich kolorach tęczy.


– Zauważyliście, że dzięki bombkom Babci Niebieskiej ( pisałam już, że je odnaleźliśmy) nasza choinka wzbogaciła się o kolor niebieski? – pytam, kłując palce o świerkowe gałązki .
– Teraz już jest wszystko – potwierdza Alusia gdzieś spod niższych gałęzi. – Bo do tej pory szliśmy tak bardziej w tonację czerwono – złotą.

Adaś nanizuje druciki do powieszenia, Lalcia czai się z cukierkami i chowa je w najciemniejsze zakamarki choinkowe.
Pachnie w całym domu żywicą, skrzą się światełka, podfruwają papierowe aniołki, płoną świece, oczy, czerwone od emocji policzki.

🌲🌲🌲

A następnego dnia choinka od rana świeci w rogu salonu, zupełnie jak krzew Mojżesza, który płonie, a się nie spala.
A dzień intensywny, pełen zajęć, obowiązków, pracy boć to sobota. A jeszcze mąż wymyślił jakieś remonty hydrauliczne( nieodzownie konieczne tuż przed świętami – jak zauważamy obie z Alusią:), a jeszcze chłopcy mają montaż mebli w dwóch domach, Alusia cały dzień opiekuje się ciężko chorą mamą Julki, Hanię boli brzuch, a hydraulik spóżnia się bite 4 godziny…

🌲

Ja biegam po całym domu, Lalcią komenderuję, bo zostałyśmy same na placu boju, a tu i pranie i sprzątanie, w piecu napalić, koty nakarmić i obiad ugotować, potem trzeba go Ali zawieźć na jej posterunek, po drodze babci bańki postawić, bo ją przewiało, no i przykryć miejsce gdzie posadziłam cebulki kwiatów żeby mróz ich nie uszkodził, przypilnować, bo ktoś ma przyjechać po choinki dla Ksawerego do kościoła…


Udaje mi się jeszcze w międzyczasie pompejankę odmówić i dokończyć dekorowanie domu ( jedlina i kalina). Nawet na chwilę akwarele wyjęłam i pomalowałam nowo- narysowanego aniołka na choinkę. Alusia go narysowała, gdy tęskniła w dużym mieście za domem.

🌲🌲🌲

Tyle tego wszystkiego.
Chłopcy zjeżdżają pod wieczór, Arek hydraulik stuka, puka i wierci do godziny 20tej, więc wody mamy tyle, co nałapaliśmy w garnki. 

Ale nie tracimy humoru.
Siadamy wokół choinki, jedni na fotelach, inni kładą się na kanapie, a Adaś zasypia na podłodze pod choinką.
Włączamy sobie nieśmiertelne bożonarodzeniowe przeboje. I te amerykańskie z lat 50tych i angielskie tradycyjne kolędy, i te bardziej współczesne utwory.
Śmiejemy się, przekomarzamy, śpiącego na podłodze przykrywamy kocykiem, podkładamy poduszkę pod głowę, a potem robimy mu zdjęcia. Ma tak słodką minkę jak Jezusek w szopce. Tyle tylko, że bardziej wyrośnięty:)


Jutro dekorowanie pierniczków, bo dziś już nie starczyło ani czasu ani sił.
Starszaki jeszcze muszą pojechać na chwilę do dużego miasta na kilka zajęć.
I wracają.
A potem już święta🌲🌲🌲
Takie jak zawsze i jednocześnie takie jak nigdy. Wszak jeden jedyny raz przeżywamy każdy dzień, każdą godzinę, chwilę…
Jako nastolatka napisalam pewnego takiego jedynego dnia życzenie:

Życie przeżyć tak, by wspomnień starczyło do końca.🍁

Możliwe, że uzbierało się już tego tyle, że i kolejne pokolenia nasycą się i nakarmią.
Możliwe.
Bo taki jeden dzień jak dzisiejszy, to już kuferek z mnóstwem drobiazgów.

🌲🌲🌲

W każdym bądź razie postaram się , by odziedziczyły ( te przyszłe pokolenia) bombki Babci Niebieskiej i aniołka Alusi:)