odkrywca wszystkiego

Bywa, że przed kimś uchylam drzwi, opowiadam o czymś najgłębszym, o płomieniach, które rozpalają mnie od środka.
I widzę, że mój słuchacz mnie nie rozumie, bezradnie unosi brwi zdumiony lub zmienia temat. I przekonuję się, że w samym centrum mnie samej muszę pozostać samotna.
To doświadczenie powtarza się regularnie całe życie.
Wciąż próbuję, lecz nigdy jeszcze nie znalazłam kogoś, kto zrozumie wszystko, kto pojmie całą tajemnicę mnie samej.
I godzę się coraz bardziej z myślą, że tak już pozostanie i że jedynym, kto rozumie każde włókno mego istnienia jest On.

Każdy z nas jest głęboką jak ocean samotnością, nieprzetłumaczalną na inny język mową, szkatułą zamkniętą, zwojem opieczętowanym, ogrodem ukrytym.

Jest tylko Jeden, który schodzi tak głęboko, który rozumie każde słowo, ma klucz do szkatuły, rozrywa zwoje, spaceruje po ogrodach.

Jest tylko Jeden.

powrót do domu

 

Oczywiście nie obyło się bez tzw.

„przeciwności losu”, bo jechać na nasze krótkie wakacje mieliśmy już tydzień wcześniej. Lecz nagle, w ostatniej chwili duże auto rodzinne zaczęło szwankować, domagając się interwencji mechanika.

– To może pojedziemy mniejszym, a Adasia zostawimy w domu – zaproponował tata.

– Nie – obruszyła się na to najmłodsza siostra – Co to za wyjazd bez Adama?

No i miała rację.

Więc wyjechaliśmy z tygodniowym opóźnieniem i z prognozami załamania pogody.

I jak zwykle okazało się, że „przeciwności losu” były „opatrznościowym zrządzeniem”, a załamanie pogody – hiperbolą literacką:)

Deszcz padał tylko raz i to w nocy, gdyśmy słodko spali, a aura była wprost wymarzona: we wszystkich odcieniach ciepła, bez niewygód upału.

Naprawdę odpoczęliśmy.

Oczywiście psychicznie, bo mięśnie nóg wciąż mi pulsują od nadmiaru chodzenia:) A Lalcia – prawie zbuntowana prawie nastolatka raz po raz wygłaszała niemal poetyckie strofy o daremności człowieczego chodzenia po brukowanych uliczkach, wzgórzach i górkach, tudzież ruinach czy też dobrze zachowanych pałacykach.

Marność nad marnościami i wszystko marność:)

Jeszcze parę lat temu ucinało się te jej wywody, biorąc ją po prostu na ręce. Dziś, z racji jej wagi i wzrostu, to niewykonalne.

Więc po prostu wszyscy klasycznie trenowaliśmy cierpliwość i poczucie humoru.

– Okres dojrzewania po raz czwarty – szeptałam raz po raz mężowi na ucho, śmiejąc się cicho.

Naprawdę, nie jest to takie straszne. Przynajmniej w wykonaniu naszych dzieci.

* * *

Trzy dni minęły pięknie i szybko i oto znowu nastały te zwyczajne, domowe, pachnące praniem, floksami, koszoną trawą, rosołem, ciastem całorocznym z porzeczkami. Amelia przyjechała z rodziną, Kora. Koty stęsknione ocierają się o nogi, na budowie znowu świsty, zgrzyty i pokrzykiwania męża i syna. Gdzieś daleko klęgor żurawi, niestygnące wciąż żniwa.

Dobrze jest wyjechać, by znowu wrócić do domu, przytulić, poczuć bicie jego serca. Czasem o tym zapominamy, że domy też mają serca.

Nasz ma.

Najbardziej to widzę, kiedy wracam.

 

 

 

 

 

niebieski komplement

 

– Od kiedy malujesz, zwracam uwagę na niebo, na kształty chmur, kolory – mówi mój mąż, gdy suniemy autem wśród roztoczańskich krajobrazów. Wracamy właśnie od św. Antoniego, z Radecznicy. To jedno z naszych ukochanych miejsc i jeden z ulubionych świętych.
– O, zobacz!!! – wykrzykuje mąż – Jakie chmury!
Zza ciemnego, prawie grafitowego pasa wyglądają tuż nad horyzontem obłoczki podobne do bąbelków z piany. Ze względu na gwałtowne zmiany pogodowe, niebo aż wiruje od zmian i zaskakujących kombinacji układów i barw.


– Gdybym coś takiego namalowała, ludzie powiedzieliby… – zaczynam
– Że to niemożliwe – szybko dodaje mąż ze śmiechem w głosie. – Tak, to wydaje się niemożliwe.
– A prawda jest taka, że jakkolwiek bym nie machnęła pędzlem, malując niebo, to wszystko jest możliwe.
– I jakiekolwiek byś użyła kolory.
Tu zaczynamy wymieniać wszystkie barwy, jakie mieści w sobie niebo: niebieski, biały, różowy, perłowy, ecru, żółty, pomarańczowy, fiolet, lila, fuksja, czerwony, morski, czarny, granat, grafit, brąz…

– Nawet zielony – myślę sobie już po cichu – Bo trzeba go dodać, by uzyskać ten odcień błękitu pomiędzy niebieskim a morskim, zgaszony nieco, zamszowy…

– Od kiedy malujesz – jeszcze raz powtarza mąż – częściej patrzę na niebo.
I brzmi to jak komplement.
Uroczy, choć zupełnie niezasłużony. Bo żadna w tym moja zasługa, że niebo jest tak piękne i zaskakujące, że pociąga oczy i serce.

* * *

Oby ktoś kiedyś mógł powiedzieć o nas:

Dzięki temu, że żyła na ziemi, często patrzyłem w kierunku nieba.

Oby.

 

Ps. Mój mąż czuje się świetnie, wszystkie wyniki badań- książkowe, żadnych skutków ubocznych chemii. Żyjemy więc normalnie, pijemy kawę co rano, pracujemy, odpoczywamy, śmiejemy się, planujemy, marzymy i ufamy, że będzie dobrze, bo Bóg czuwa nad nami.