ślady na piasku

 

Chciałabym pisać, wierzcie mi, ale coś mnie powstrzymuje.

Wiem, że tu zaglądacie. Najwierniejsi z wiernych. Widzę wasze przyjścia jak odciśnięte ślady stóp na nadmorskim piasku.

Ale czy chcecie słuchać naprawdę tego, co ja chcę opowiadać? Bo przecież każda moja nawet najbardziej świecka myśl zawraca jak bumerang ku Niemu, bo przecież potrafię „wywlec” Go niespodzianie z ziarna piasku, z koloru liścia, skrzydeł biedronki.

Jeśli Was to razi lub denerwuje, jeśli wydaje się to Wam nieznośnie „mistyczne”, po prostu zawróćcie. Plaże świata tego są tak wielkie. Jeśli naprawdę nie chcemy, nigdy nasze ślady nie skrzyżują się na ich piasku.

A jeśli szukacie Go tak samo jak ja, wbrew wszystkiemu i we wszystkim, jeśli chcecie razem ze mną kulejąc iść jednak Jego śladem, zostańcie.

Nigdy też nie nazywajcie mnie „dobrą”. Płoszą mnie takie słowa i głęboko zawstydzają. Czuję wtedy, że musiałam gdzieś skłamać skoro wyciągnęliście taki absurdalny wniosek.

 

Słowa.

Wiem, że są ważne. Kocham słowa. Może dlatego także, że jedno z Jego imion to „Słowo”.

Wiem, że umiem je pisać, zaprzęgać szalone rumaki do powozów myśli. Rozumiem też, że to dar i że muszę z niego zdać rachunek. Boję się jednak słów pustych. Za dużo ich wokół nas. Przerażają mnie rwące potoki słów – widm. Bez pokrycia ciałem rzeczywistym.

 

Ale chcę do Was pisać. Wierzcie mi – chcę. I tyle bym chciała Wam powiedzieć z tego, co się wydarzyło ostatnio i wydarza. Może mi się uda.

Tymczasem stoję na piasku plaży i patrzę w moje Morze Jedyne. Podszewka moich myśli faluje turkusem, seledynem i lazurem.

 

 

 

 

 

gra towarzyska

 

Siedzi przed mną małżeństwo z około 5-letnim stażem. Pijemy kawę. Temat jakoś schodzi na garnki. Jak to przy stole w kuchni:)

Mówię, że brakuje nam takiego bardzo dużego do gotowania kompotu letnią porą. A kompotu na naszą rodzinę trzeba nagotować naprawdę sporo.

Ona skarży się, że też nie ma takiego pojemnego naczynia, bo przecież żal na to pieniędzy ( delikatny ukłon w stronę jego).

On na to, że byłoby, gdyby ktoś ( tu skinienie głową na nią) nie przypalił dna garnka.

Ona więc, że przykro jej, ale smażyła konfitury ze śliwek dla męża i dzieci, a nie miała nikogo do pomocy.

– Nawet męża? – dopytuje on z nutką ironii w głosie.

Ona stwierdza, że mąż uważa wszystko za ważniejsze, ale nie pomoc żonie i dodaje szczegóły dramatycznego smażenia powideł. Że dzieci były małe, ona po nocnej zmianie, mieszała konfitury, ale przysypiała na dywaniku na podłodze, dzieci bawiły się obok, a konfitury w końcu się przypaliły.

On więc ripostuje, że przecież cały czas prowadzi budowę żeby żona w końcu nie narzekała, że dzieci nie mają pokoików.

Itd. Itp.

Wszystko w sielskiej atmosferze, przy kuchennym stole, popijając kawę z mlekiem.

Siedzę i słucham i już mam się wtrącić – jak to ja – z ciętą uwagą w kierunku Onego, bo Ona jest moją siostrą, więc wspólne geny zobowiązują, a ponadto cenię sobie kobiecą solidarność. Lecz – gdy już już mam na końcu języka moją własną dygresyjkę, nagle doznaję olśnienia.

To tylko gra!!! Zwykła gra towarzyska.

Oboje lubią się nią delektować przy filiżance kawy.  Grają ze zręcznością i wprawą, rzucając od niechcenia swoje kolejne asy z rękawa. Trochę szachrują, ale oboje o tym wiedzą. Nikomu nie dzieje się krzywda. I głupio byłoby się wtrącać przerywając im, jak nie przerywa się partyjki szachów dwóm starszym panom przy stoliku w parku.

Nasze gry.

Prowadzimy ich bardzo wiele. Większość z nich po prostu lubimy i gdyby stały partner do partyjki odmówił udziału, bylibyśmy ogromnie zawiedzeni. Wiele naszych rozmów i relacji przebiega wg. ściśle określonego schematu, są pewne reguły gry, których się trzymamy latami. Najczęściej nawet nie uświadamiamy sobie, że prowadzimy grę. Dopóki nie doznamy olśnienia.

 

Dlaczego uprawiamy tego typu rozrywkę? Dlaczego gramy w nasze własne gry? Czy tak jest łatwiej okiełznać skomplikowane relacje, poradzić sobie z emocjami, przekazać coś ważnego mówiąc banałami? Bo może łatwiej powiedzieć: „brakuje mi garnka” niż „naprawdę cię kocham i potrzebuję twojej obecności”. Albo łatwiej jest uciec w pracoholizm niż wyznać komuś „żyję w strachu, że cię zawiodę”.

 

Nasze gry. Z dziećmi, mężem, teściami, sąsiadami, nawet z sobą i z Bogiem.

 

niezamierzone chwile

 

Siedzę sobie nad strumykiem w samym środku upalnego dnia, w samym środku wielkiego miasta, które tak bardzo kiedyś kochałam. Siedzę z moją najmłodszą roześmianą córeczką bez jednego mleczaka z przodu.

Drzewa po drugiej stronie szumią i rzucają w nas swoje cienie. Woda śpiewa podskakując na kamieniach i łachach piasku porośniętego wodorostami. Tuż obok nas przelatują migotliwie ważki o kolorach, których nazw jeszcze nie wymyślono. Wyjmuję nogę z buta i wyciągając ją sięgam wody. Głaszcze zimną dłonią moją skórę. Łaskocze. Chłodzi.

Zdejmuję kroksiki Laurki i biorąc ją pod pachy zsuwam w koryto wodnej strugi.

– Jak łaskocze. – śmieje się dziecko przebierając paluszkami nóg.

Potem bawimy się rzucając liście i patyczki i przyglądając się, który pierwszy zniknie gnany wartkim prądem. Córka zagrzewa swoje do zwycięstwa. Pokrzykuje rozbawiona.

Siedzę nad strumykiem w samym środku mego- szybszego niż bieg strumyka – życia. I cieszę się wraz z moim dzieckiem tą chwilą, która nigdy by się nie zdarzyła, gdyby nagle, podczas podróży nie urwała nam się linka sprzęgła w samochodzie.

Mój mąż macha do nas czarną od smaru dłonią i krzyczy, że już.

 

Niesamowite.

Ile rzeczy by się nie zdarzyło, gdyby nie nagłe zawirowania naszych ścieżek. Ile by nas ominęło, gdyby nie nieoczekiwane postoje.

– Przemyśl do końca Rut, nim powiesz kiedykolwiek, że zdarzyło ci się nieszczęście – szepcze fala myśli wijąca się w głowie – nie bądź pochopna.

Fala głaszcze. Chłodzi. Koi.

 

na jagody

 

– Kiedy w końcu pójdziemy do domu? – nudzi Laurka rozglądając się badawczo po zielono usłanym pod stopami dywanie.

– Jak nazbieramy całą miskę – odpowiadam.

– Mamo, mrówka mi wlazła do buta – tupie kroksem o ściółkę lasu.

-Daj, to ci wyjmę.

– To kawałek liścia, nie mrówka – stwierdzam po zakończonej operacji przeszukania butków.

Śmiać mi się chce, bo jakby czas się cofnął o ponad 30 lat. Widzę małą Rut, która dokładnie tak samo stoi sztywno w jagodzińcu i wciąż marudzi babci jednej lub drugiej, że mrówki ją atakują. Marudzi na chóry z Amelką. Obie ubrane jak komandosi tak by ubranie nie odsłaniało najmniejszego skrawka skóry, a mimo to mrówki są tak sprytne, że wejdą wszędzie. Teraz Rut przyszła do lasu ze swoimi dziećmi.

– Chodźcie – powiedziała – nazbieramy jagód na drożdżówkę.

Ala i Adaś zbierają z poświęceniem czarne złoto. Stukają perełki owoców o dno seledynowej miski. Mama opowiada im jak to kiedyś dla wiejskich kobiet takie wspólne wyjście na jagody było jak święto. Czasem nawet, by to podkreślić, zawiązywały na głowy lepsze niż do obrządku chustki.

– A dlaczego to było dla nich święto?

– Bo mogły pół dnia siedzieć z kumoszkami w lesie. W cieniu. A zbieranie jagód nie było tak ciężką pracą jak ta w gospodarstwie. Było wręcz odpoczynkiem. No i żaden mąż nie mógł powiedzieć, że żona „się obija”, bo przecież zbierała jagody. Na soki, bułki, do suszenia. Kobiety były przeszczęśliwe, gdy nadchodził lipiec i można było pójść w jagodzińce. A ile się nagadały, naplotkowały, czasem pośpiewały, ile różańców razem odmówiły.

Rut wszystko pamięta. Zawsze babcie zabierały ją i Amelię na takie wypady. Czasem kończyło się wszystko tragikomicznie.

– Bo, gdy już udało nam się uzbierać razem jeden słoiczek jagód – tłumaczy dzieciom – to czasem którąś tak ukąsiła mrówka, że ta podrywając się, wysypała wszystko z naczynia. I cała wielogodzinna praca na marne.

– A słoiczek był pewnie wielkości tego po koncentracie pomidorowym – śmieje się syn.

Powoli, ku uldze Laurkowej, wracamy z lasu. Ptaki układają się już do snu. Słychać to w ich wieczornej piosence. Las zamyka podwoje dla odwiedzających.

A w domu jeszcze praca przy przebieraniu i płukaniu jagód i mieszaniu drożdżowego ciasta. Z przepisu, który nigdy nie zawodzi. Kruszonkę tradycyjnie wykonuje Adam, uznany za speca w tej dziedzinie.

A rano, raniutko Rut odkraja skrawek ciasta na spróbowanie. Obsypuje się spod palców złota kruszonka, rozpływa w ustach jagodowy smak. Znów wracają wspomnienia dzieciństwa, gdy Babcia Rubaszna piekła bułeczki i układała je na ściereczce na łóżku. I trzeba było koniecznie poczekać żeby wystygły.

Ale to już opowieść na inną okazję…