spektakularne nawrócenie

 

Dzwoni Ksawery i opowiada relację z którychś tam rekolekcji parafialnych. Cały Wielki Post to dla niego wielka orka i wielkie żniwo, szczególnie zbierane w konfesjonale.

– Byłem świadkiem nawrócenia. – opowiada, a ja zaczynam snuć wizje grzesznika, który zrzucił ciężar win i wrócił w ramiona Chrystusa.

– Nie, posłuchaj Rut. – prostuje moje myśli przyjaciel ksiądz i opowiada…

Rekolekcjonista głosił kazanie. Bardzo długie. Opowiadał, opowiadał, tłumaczył. W końcu, gdy wszystko zdawało się zmierzać ku końcowi, ku zdumieniu słuchających tłumów oświadczył, że to była pierwsza część jego wywodu, a teraz przejdzie do części drugiej:) Pewnie niejeden wierny był rozczarowany takim obrotem sprawy. Ale…

…. po skończonej mszy, gdy Ksawery wraz z innymi księżmi wrócili do zakrystii, nagle wpada jakiś człowiek, podchodzi do kaznodziei i mówi z płonącymi policzkami: „Dziękuję. Dzięki kazaniu księdza postanowiłem od dziś zmienić swoje życie.”

Wszyscy stali jak osłupiali, a rekolekcjonista przytomnie pyta: – No dobrze. A co pana tak poruszyło w mojej homilii?

– A to proszę księdza, że ksiądz powiedział: „teraz kończę pierwszą część, a przechodzę do drugiej”, więc ja postanowiłem zrobić to samo z moim życiem. Kończę z grzechem i przechodzę do części drugiej mojego życia. :):):)

 

Duch święty ma poczucie humoru i tchnie kędy chce.

Czasem najbanalniejsze zdanie z wywodu może komuś odmienić życie, czasem kropka nad i, czasem jeden uśmiech, gest, a nawet czegoś brak.

 

Takich zawracających nas ciągle drobiażdżków sobie i Wam życzę jak najwięcej.

 

zabieg odmładzający

 

Przynosi swoje zdjęcie w zielonej ramce. Na fotce ma dwa latka, pucułowate policzki i krótkie złote kędziorki.

– Mamo, zobacz jaka byłam słodziutka. – zachwyca się.

– Tak. – potwierdzam.

– Zanieśmy to zdjęcie do szpitala i powiedzmy im, ze znowu chcę być taka mała. – wpada na pomysł mała kobietka.

 

Nigdy nie jest się zbyt młodym, by nie móc się odmłodzić jeszcze bardziej:)

 


200%

 

Lubię takie dni jak ten, gdy „robota pali się w rękach”, wypełniony po brzegi jak babcina poducha pierzem. Dokładane piórko do piórka codziennych czynności. Od świtu do zmierzchu, a oba były dziś wyjątkowo piękne.

Lubię takie dni, choć ciało pod wieczór zaczyna odmawiać posłuszeństwa, nogi się plączą, głowa robi się ciężka, ręce mniej precyzyjne, a ciężar umieszczony wzdłuż kręgosłupa przygina do ziemi.

Ale za to lodówka i zamrażalka pełne jedzenia dla dzieci, pół strychu mokrego prania, a ręczniki wyprane i wykołysane wiatrem pachną jak kawałek nieba, dom wypucowany, bratki z balkonu zaglądają, mrużąc jedno oko, do pokoju, a na działce wyzbierane gałązki, przegrabione liście, a ogródek czeka gotowy na siewy.

200% normy:)

Cieszę się tym, ile udało się zrobić, choć w tyle głowy gdzieś wciąż pobrzmiewa echo słów zasłyszanych kiedyś na wykładzie mądrego profesora.

Dlaczego jesteśmy zadowoleni z siebie tylko wtedy, gdy uda nam się dużo zrobić? Czy nie ma w tym ukrytego podejrzenia, że jesteśmy tyle warci, na ile do czegoś się przydajemy, że tyle znaczymy, co wyprodukujemy? A jeślibym nie mogła nic robić, nic realnego produkować ( bo np. choroba, kalectwo, śpiączka ), czy nie byłabym nic warta, a mój dzień, tydzień, miesiąc, rok, życie byłoby stratą czasu?

Człowieka trzeba mierzyć inną miarą. Nie miarą produktywności.

 

wiedza wyniesiona z zajęć dla maluchów

 

Jak co środa jesteśmy na zajęciach w bibliotece. Gromadka malców otacza ciasnym wianuszkiem panią. Tym razem mowa o częściach ciała i ubraniach. Pani wyjmuje z tajemniczego pudełka rajstopki.

– Na co to się zakłada? – pyta.

– Na nóżki!!! – krzyczą dzieci.

– A na co zakłada się to? – pyta pani, prezentując spodenki.

– Na pupę!!!

– A to co jest?

– Rękawiczki!!!

– A na co się zakłada rękawiczki?

– NA ZIMĘ!!! – odpowiada zgodny i schrypnięty już nieco chórek.

Co racja, to racja:)

Na szczęście wiosna tuż tuż i niedługo jak Miś i Margolcia „rękawiczki i czapki pochowamy do szafki…”

 

Następne zajęcia w bibliotece już na ten temat. Po krótkiej pogawędce na temat wiosennych kwiatków i innych jej zwiastunów, pani wpada na wspaniały pomysł.

– A może byśmy trochę wiosny wpuścili do naszej biblioteki . – proponuje.

– Taaaak!!! – krzyczy jak zawsze entuzjastyczne stadko.

– A jak ją wpuścimy? Macie jakiś pomysł? – niby się zastanawia pani.

– PRZEZ DRZWI !!! – bez zastanowienia wypala jedno dziecię.

Oj, chyba pani chodziło o coś innego, bo śmieje się i sięga po nasionka rzeżuchy:)

Grzeczne stadko przyłącza się skwapliwie do siewu i… zapamiętuje, że wiosnę można wpuścić, nie otwierając drzwi.

Zanim jednak zrozumieją, że wiosnę, szczęście, przyjaźń, miłość… zapraszamy do życia otwierając siebie, minie jeszcze sporo czasu. Może bardzo wiele.

A to nie koniec. Zrozumienie to początek drogi. Potem jeszcze trzeba nauczyć się żyć z otwartym sercem, choć to wielkie ryzyko. Chłonąć, cieszyć się, być wdzięcznym.

 

Nie zawsze o tym pamiętam, ale wiosna to taki czas, gdy niemal każdy mój oddech brzmi jak : „Dziękuję”.

 

ciasto na dziś

 

A jeśli ktoś sądzi, że „dziś” i „teraz” można używać jako synonimy, to jest w ogromnym błędzie.

Jemy ciasto. Pyszne. Domowe. Drożdżowe z kruszonką.

– Mamo, czy telaz jest DZIŚ? – chce wiedzieć pociecha.

– Tak.

– Nie. – poprawia mnie szybko – Telaz jest niedziela. Ciasto zostawmy na DZIŚ:)

 

Ksiądz Twardowski mówił kiedyś w wierszu, że „jutro niepewne”. Ciekawe co by napisał po spotkaniu z Laurką. Dziś to jest dopiero niepewna data:)

 

 


odroczenie terminu

 

– Ja nie chcę myć włosów!!! – wyje dziecię w kabinie prysznicowej.

– Ale wczoraj mówiłaś, że „jutro” – przypominam ustalenia i sięgam po szampon – Teraz jest JUTRO.

Laurka momentalnie cichnie. Łudzę się, że pogodziła się z losem, ale nie. To była chwila na refleksję. Krótka, bo po dwóch sekundach…

– To umyjemy DZISIAJ. – negocjuje dalej .

– Świetnie! – mówię – to dziś jest właśnie DZISIAJ:)

 

Buuuuu!!!!!!!!

 

Dlaczego czasem czuję się jak windykator długów i komornik w jednym? 🙂

 

 


szary kurz na szarym końcu

 

Pamiętacie jak pisałam niedawno o Fatimie? O kilku kobietach, które układają tam kwiaty, wycierają kurze, sprzątają dbając o każdy detal. Było w tym coś takiego, że miałam chęć zakasać rękawy i przyłączyć się do tej ich pracy.

Kilka tygodni później pojechałam na rekolekcje. Po prostu wiedziałam, że muszę. To dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy czujesz głód. Nie masz wątpliwości, że musisz zjeść. Inaczej umrzesz. Z braku modlitwy – toniesz. Czujesz jak powoli tracisz oddech. Ja to tak czuję.

Na takich zamkniętych rekolekcjach powoli powracają funkcje życiowe. Słuchasz, chłoniesz słowo i ciszę, odnajdujesz Boga i siebie, ciemność blednieje, otwiera się nad tobą światło.

Ale oprócz takiej poezji nieba jest też najzwyklejsza ziemska proza.

Każdy ma swój przydział obowiązków . Czy to na stołówce, czy w korytarzach. Jest zmywanie talerzy i szorowanie toalet, nakrywanie do stołu i zamiatanie podłóg. Ale gdy spojrzałam na listę przydzielonych zadań, siebie znalazłam na szarym końcu z dopiskiem – sprzątanie kaplicy.

Błogosławiony szary koniec listy:)

Uprzytomnił mi, że Bóg zauważa nawet takie drobne zachcianki naszych serc i odpowiada na nie.

Chciałam tylko posprzątać dom Matki. I natychmiast dostałam pozwolenie. A przecież nawet nie nalegałam. I oto tak samo jak te fatimskie kobiety wycierałam kurze z ołtarza i ambon, delikatnie dotykałam wyprężonego drewnianego ciała Chrystusa z krucyfiksu, czyściłam ramy obrazu Maryi brzemiennej, wszystkie listewki, gzymsy, rzeźbienia, parapety, poręcze ławek, stolik, ramię świecznika, drzwiczki, za którymi mieszka Utajony.

Byłam w tym szczęśliwa jak dziecko. Nie wiem dlaczego. Po ludzku to brzmi głupio, ale to nie była ta kategoria bycia, w jakiej zwykle się poruszamy. Więc po ludzku nie do zrozumienia i nie do opisania.

 

Po ludzku przecież nikt nie chce na szarym końcu wycierać szarego kurzu:)

Dla mnie to było spełnienie marzenia.

 

ochroniarz

 

– Mamo, idę na dwól!!! – oznajmia dziarsko czterolatka i usiłuje trafić ręką w rękaw różowego polarku.

– A kto cię będzie pilnował? – pytam pomna, że – choć Dusio jest na podwórku – to siedzi na dachu garażu, w swej ulubionej ostatnio pustelni:)

– Mój Anioł Stlóz. – szybko mnie uspokaja córeczka, wciskając drugi rękaw.

Od razu mi ulżyło:)

 

Swoją drogą: niektórym Aniołom współczuję.

 

 

 

 

 


uliczny dylemat

 

Wtacza się z lalczynym wózkiem do pokoju. W środku – mały Romuś bobas, któremu ostatnio prawie cała rodzinka uszyła kompletne ubranko.

– Mamo, mamo cy to plawda, ze jak mama zostawi dziecko na ulicy to się mówi: „O mój Boze” !!?

– No… – zastanawiam się – jakby mama zostawiła wózeczek z dzieckiem na ulicy, to pewnie niektórzy ludzie by tak powiedzieli.

– Widzisz, widzisz Nuśka!!! – wykrzykuje, zawracając z hukiem wózek – Mozna tak mówić!!!

 

Zwróćcie uwagę – często już pojawia się szumiące SZ.

Ale do Boga wciąż mówimy per „Boze”:) Nic to, na szczęście On jest ogromnie cierpliwy. Poczeka i na „ż” i  na nas poczeka:)

 


 

 

 

entuzjastycznie

 

Bieganie po pokoju jest cudowne.

Kiedyś to odkryła Nusia, teraz tradycję podtrzymuje Laurka. Biega w tę i z powrotem odbijając się raz od kufra raz od łóżka. Nagle wpada na lepszy pomysł i zaczyna z rozbiegu wskakiwać na łóżko. Frajda niesamowita i ogromny sukces.

– To jest talent, któly sobie usplawniam!!! – krzyczy ledwie zipiąc.

– Takie plagnienie mi się wymazyło!!! I takie coś PLAGNIŁO mi się!!! – tłumaczy w biegu zgromadzonej publice.

Jak widać można pragnąć nie tylko wody i nie tylko sprawiedliwości. Skakania po kanapie rodziców też:)

Skakanie z kufra też jest niezłe. Staje Laura na krawędzi mebla i przed skokiem dodaje sobie otuchy:

– Odwagi Lauro, odwagi. – mówi i oddaje skok w odmęty podłogi.

 

Nie sposób się nie uśmiechnąć i nie sposób przegonić nagłego skojarzenia: „Wszystko jest możliwe dla tego, który wierzy”.

Gdybyśmy umieli tak entuzjastycznie jak dzieci wierzyć i w Boga w siebie samych, świat byłby ładniejszy.