włochaty robaczek czyli do siego roku

 

Laurcia huśta się zamaszyście na hamaku uczepionym tradycyjnie w drzwiach naszej kuchni.

Hamak zawsze tu wraca na zimę po wakacjach spędzonych pod jabłonką na wsi.

Nogi sześciolatki co rusz pojawiają się tuż nad blatem stołu, bo bujać się lekko ona nie lubi. Siedzieć w ciszy też nie za bardzo, więc opowiada właśnie barwnie ostatni odcinek kultowej bajki „Było sobie życie”.

Z zawiłej i długiej przemowy wnioskuję, że rzecz dzieje się w jelitach człowieka i dotyczy zasiedlających je bakterii złych ( takie niebieskie z grubymi tyłkami) i dobrych.

Potakuję głową, tu i tam zadam pytanko, wyrażę zadziwienie przeciągłym: Ooooo!!!, ale zupełnie nie spodziewam się puenty.

– I ja mamo – kończy zdecydowanie swoją opowieść córka – chcę zostać tym brązowym włochatym robaczkiem, który dzierga witaminy.

– Bakterią w jelicie? – upewniam się odstawiając kubek z herbatą.

– Tak. Bo ona jest taka słoooodka. – uzasadnia koronnym argumentem przedszkolaka.

:):):)

Najstarsza córka marzy, by zostać w przyszłości lekarzem, a najmłodsza chce być bakterią probiotyczną zasiedlającą jelita.

Obie w zawodach medycznych:)

Tym miłym akcentem kończę opowieści roku 2016 i życzę Wam wszystkim tego, czego życzy się tradycyjnie w Sylwestra – spełnienia najskrytszych marzeń. Nawet gdyby komuś innemu wydały się śmieszne i głupie.

 

I niech spełnią się marzenia, jakie Bóg ma o nas.

 

 

 

nieporozumienie miłości

 

Zbieram w domu pranie. Najpierw jasne, potem kolorowe i na koniec ciemne. Chodzę po pokojach i pytam czy ktoś coś chciałby dodać od siebie w tej kwestii. A że nie ma mego jedynego syna, sama się w jego pokoju szarogęszę i wszelkimi znanymi mi matczynymi sposobami sprawdzam czy ubrania leżące tu i ówdzie są czyste i pachnące świeżością.

Do szafek nie zaglądam. Pozostawiam im swobodę cieszenia się swoją własną tajemnicą.

Od jakiegoś czasu jest pewien problem z terminowością oddawania do prania ubrań Adama.

Proszę, nagabuję, żartuję, złoszczę się, ale niewiele to zmienia.

Gdy zaś bez wiedzy właściciela sama sprawę rozstrzygam, z kolei właściciel złości się i ciska argumentując, że to i owo jeszcze czyste było.

Ostatnio znów to zrobiłam. I właściciel upranych ubrań się wściekł. Chodził naburmuszony, ciskał się od ściany do ściany i zbywał moje próby porozumienia wiele znaczącym buczeniem. W końcu nałożył sobie porcję spaghetti ( taki obiad potrafię zrobić jedną ręką:) i siadł naprzeciw mnie przy kuchennym stole.

Patrzyłam na niego i jego chmurną twarz. Spokój zalewał moje serce.

– Synku – zaczęłam ciepło – ja nie robię tego tobie na złość. Zrozum to. Kocham cię i zależy mi byś chodził w czystych ubraniach. Dlatego się o ciebie troszczę. Przecież wiesz.

Nie podniósł głowy znad talerza, choć po jego twarzy zaczęły przelewać się fronty na zmianę pogody.

Siedzieliśmy w milczeniu długo. Skończył obiad, podniósł się i niespodziewanie pojawił się obok, przytulił się policzkiem do policzka.

– Pyszny obiad ugotowałaś. Dziękuję. – i pocałował mnie.

– Kocham cię. – przypomniałam jeszcze raz.

– Ja też cię kocham. – odparł łagodnie.

 milosc-to-wdziecznosc-za

 

Czasem buntujemy się przeciw czemuś, za co powinniśmy wdzięczni.

Czasem trzeba powiedzieć „kocham” choćby to się wydawało nie wiem jak oczywiste.

 

 

 

 

Prawdziwych Świąt

Zbliża się.

Jest tuż tuż.

Za drzwiami.

Puka.

Czy otworzymy?

DSCF3246

Życzę i sobie i Wam byśmy w tym roku nie udawali, że to pukanie to tylko kawki w kominie, albo, że szmer na dnie serca to jakaś anomalia kardiologiczna. Żebyśmy już więcej nie udawali, że Go nie potrzebujemy i że jakoś poradzimy sobie sami.

Niech nareszcie będzie NAPRAWDĘ.

Niech naprawdę narodzi się w naszych sercach i życiach, bo my w Jego Sercu narodziliśmy się zanim świat powstał.

Niech ludzie, a w nich On będą ważniejsi niż przedmioty.

Niech od zwyczajów będą ważniejsze więzi miłości, przyjaźni.

Niech opłatek nie będzie tylko symbolem, ale prawdą pojednania.

Niech zdrówko nie będzie najważniejsze, bo nie jest.

Niech prawda, że On  naprawdę ma urodziny, naprawdę umarł, zmartwychwstał i jest tuż obok ogarnie ciepłą falą nie tylko serce, ale i umysł.

Niech zostanie wpuszczony do wszystkich naszych miejsc, także tam gdzie jest ciemno i boli.

Niech zgaśnie oślepiający blask ozdóbek, którymi fałszujemy sobie życie. To tylko ozdoby choinkowe. Nic więcej.

Niech uwiedzie nas Prawda, Dobro i Piękno.

Marana tha. Przyjdź światło prawdziwe. Jesteśmy gotowi, by Cię przyjąć.

Jesteśmy?

 

 

– życzy( także sobie)  Rut z rodzinką 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

dzieło nie-jednej chwili

Udało się. Mimo złamanej ręki, mimo kolejnych natarć zimowych wirusów, mimo zawirowań i przeciwności losu.

Cały jeden wieczór zajęło rodzince wypiekanie, a potem cały jeden dzień Ruttce i Laurce ozdabianie.

Nie jest to więc dzieło jednej chwili, ale jest.

Na dowód zdjęcia:)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze tylko ryba, barszcz, prezenty, sprzątanie, pozbyć się gorączki u dzieci, kaszlu, kataru, ciasta popiec, kutię zrobić…

🙂

 

oto nadchodzi

 

Sobota jest pracowita, choć z jedną ręką.

Sprzątanie, kilka prań, obiad niezbyt skomplikowany. Dziewczynki dzielnie pomagają, choć nie obchodzi się bez przypominania o tym i o owym. Mężczyźni na budowie. Wieczorem harcerska zbiórka, msza, krótkie odwiedziny mikołajkowe chrzestnej Nusi, jeszcze szybko mąż zagniótł makowiec. No i czasu zabrakło na pierniczki, które już mocno dojrzałe czekają w kolejce na strychu. Niedziela mija równie szybko: trochę swarów wśród dzieciarni, śmieszne przyśpiewki przy stole, kawa, ciasto, tradycyjny schabowy, msza, lodowisko na schodach, wytężona nauka, bo każdy ma po kilka sprawdzianów przed świętami, odwiedziny u znajomych, katar męczący męża. No i znów zabrakło czasu na pierniki, które tupią już mocno nogami zniecierpliwione.

Jutro poniedziałek, potem wtorek…

Jesteśmy taką zwykłą rodziną. A czuję jak Bóg jest z nami. Stale.

On nie szuka ludzi niezwykłych. Sam jest wystarczająco Niezwykły. Przychodzi do nas takich, jacy jesteśmy.

Czasami wyobrażam sobie moment, gdy mnie znalazł, znajduje, znajdzie.

Jestem malutkim ziarenkiem piasku na nadmorskiej plaży. Lśnię w blasku słońca odbitym światłem. Gdyby nie słońce… Gdyby go nie było… Ale jest, więc jestem pełna blasku. On jest tym, którego stopy stąpają po brzegu, pochyla się, spogląda na mnie z miłością. Jestem taka mała, jedna z miliardów tysięcy, nie mam nic. Nawet gdybym miała – tak jak mi się czasem wydaje – ten centymetr kwadratowy powierzchni wokół mnie ( śmiechu warte!!!), to wciąż jest wielkie nic. A dla Niego jestem kimś wartym szukania, znalezienia, uwagi, miłości.

Oto nadchodzi.

Czwarta świeczka płonie na wieńcu.

Oto nadchodzi. Szuka.

Ziemia drży od miłości.

– To NAPRAWDĘ są moje urodziny. – mówi nieco smutny, zaglądając do mojej głowy wypełnionej po brzegi choinką, pierniczkami, sałatką śledziową, porządkami, prezentami dla rodziny.

 

Co zrobić? Powiedzcie co zrobić, by to było naprawdę?

 

 

w bursztynie

 

Odmawiam Nowennę Pompejańską.

Siedzę w kąciku w pokoju dziewczynek, patrzę w płomień czerwonej świecy, przesuwam czerwone koraliki. Pachnie różami. To świeca.

Ostatnia tajemnica chwalebna wtapia mnie w swoje wnętrze. Tak jak bursztyn zamyka na wieki pęcherzyk powietrza. Trudno mi się wychodzi z przestrzeni modlitwy do świata spowrotem. Przedłużam więc prośbą:

– Proszę Cię Matko byście razem z Twoim Synem zasiedli na tronach w moim sercu i tam już zawsze królowali.

Całuję krzyżyk, dmucham w rozkudłany złoty płomień i wychodzę.

Kilka minut później siedzimy sobie z rodzinką na kanapie, trochę zerkamy w TV, trochę rozmawiamy, śmiejemy się, Laurcia pobiegła po kartkę i rozłożywszy się na podłodze rysuje. Po chwili wstaje, wskakuje na kanapę obok mnie i mówi:

– To mamo dla ciebie prezent. Narysowałam obrazek.

Patrzę i aż mnie zatyka. Bursztyn innego świata znów mnie wciąga.

– Co to jest? – pytam jakbym nie wiedziała.

– To ty i ja – pokazuje córka dwie postaci na dole strony – to są schody do nieba, a to Jezus i Maryja czekają na nas – wskazuje na kobietę i mężczyznę w górze. Oboje z odsłoniętymi wielkimi sercami na piersiach i równie wielkimi uśmiechami na twarzach.

Uśmiecham się. „Nie zwlekaliście z odpowiedzią” – myślę, trzymając w ręku dzieło córeczki.

 

„Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców naszych…” – pisał św. Paweł.

Do dziś to robi.

Czasem w kropli deszczu, czasem w słowie ludzkim, czasem przez rysunek dziecka:) Nieskończony także w swej inwencji. Zaskakujący jak wnętrze bursztynu.

 

 

 

 

 

trudna kwestia dżemu

 

– Jakąś taką ostatnio niechęć czuję do chodzenia po schodach. – dzieli się mężulek wzdychając – Jak trzeba zejść do piwnicy po słoik dżemu, to sobie myślę: „A może bym coś innego jednak zjadł?”

– Nowa definicja starzenia się. – śmieję się – „ nieuzasadniona niechęć do schodów”.

– Jak to dobrze, że w naszym nowym domu kotłownia będzie na tym samym poziomie. – pociesza się mój staruszek, wyjmując z lodówki kiełbasę.

 

Tak to właśnie wygląda.

Najpierw widzisz jeden siwy włos i go wyrywasz, potem drugi i robisz to samo, ale gdzieś przy tysiącu siwych nitek dochodzisz do wniosku, że może dać sobie spokój. Bo w sumie lepiej być siwym niż łysym:)

Torba, którą masz od lat, zrobiła się jakaś nieporęczna, schody za wysokie, lód zbyt śliski:) sprzęgło sztywne, a długopis już nie leży tak w dłoni jak niegdyś. Igły produkują dziś takie, że za nic nie da się ich nawlec, a w telewizji i radiu spikerzy mówią coraz ciszej. 🙂

To takie drobnostki, że nie zdajesz sobie z nich sprawy. No, może poza siwizną, bo farby idzie coraz więcej:)

Jest ponoć taki symulator starości. Zakładają ci ciężki kombinezon, przytraczają do nóg ciężarki, na dłonie zakładają sztywne rękawice, na oczy – okulary niezbyt „różowe”, w uszy –korki, usztywniają cię tu i ówdzie, a potem każą np. nawlec igłę albo pokonać schody.

„To może ja już zjem coś innego niż ten dżem” 🙂

Mimochodem, mimochodem… – śpiewał bard Kaczmarski.

Tak właśnie przemierzamy ostatni odcinek naszego istnienia tutaj. Powoli wysupłując się z coraz bardziej niewygodnego kombinezonu ciała.

 

A mnie coraz bardziej denerwuje mój gips, więc też powoli się z niego wysupłuję:)

 

 

sposób na optymizm

 

Rozważamy kolory ścian i tapet w nowych pokojach dzieci. Nie są małe, ale nieco wąskie i jak to na poddaszach – pod skosami, więc nieustannie pojawia się hasło: „optycznego powiększania”.

Każdy już niby rozumie co to znaczy, a jednak… diabeł tkwi w szczegółach.

– U nas tapety muszą być jasne – stwierdza przy którejś naradzie Nusia – bo pokój trzeba OPTYMISTYCZNIE powiększyć.

Wszyscy prychają śmiechem i robi się naprawdę optymistycznie mimo szarej, siąkającej deszczem aury za oknem.

A to nasz optymistycznie pomalowany dom.

 

 

 

nie taki znów czarny humor

 

– Może mi ktoś popilnuje tego bejsbola zanim wrócę z ubikacji? – pytam rodzinkę dźwigając przed sobą białą kłodę.

Mąż i dzieci śmieją się z wielkiej łodzi łóżka:)

 

W sobotę, idąc na mszę pierwszo-sobotnią upadłam na lodzie i złamałam lewą rękę. Złamanie otwarte, karetka, operacja, druty w kości, szpital, gips, dwa miesiące zwolnienia.

– Na szczęście powiesiłam już firanki na święta – opowiadam przyjmującemu mnie na SORze lekarzowi.

– To są baby – śmieje się – aby firanki powieszone, to już jest dobrze.

– A ja wiem dlaczego pani się tak mocno połamała. – odpowiada żartem – bo pani bardzo wysoka i z dużej wysokości spadła.

 

– Teraz to już niewiele zrobię – opowiadam koleżance Moni przez telefon – prawa ręka nadaje się tylko jako stojak do miksera, a lewa jako chwytak do cebuli.

– Ale jak to wypada – komentuje Moni – żeby taka pobożna osoba pod kościołem się połamała.

– Godnie wyszło, nieprawdaż? – mówię i prychamy śmiechem.

 

– Ładna zawieszka na choinkę – zauważam, patrząc na dwa solidne druty wystające z mojego nadgarstka. Doktor robiący nowy opatrunek uśmiecha się pod nosem. Pewnie sobie zjawisko zwizualizował:)

 

– Najlepiej byłoby odpiąć tę rękę i położyć na półce na sześć tygodni, a potem przykręcić na nowo. – śmieję się do córki.

 

– I skąd ten Mikołaj wiedział, że ja się połamię? – zastanawiam się głośno, wyjmując z torebki prezentowej rozkładany stoliczek do łóżka. – Mają cynk ci święci:)

 

 

Dziękuję Bogu, że lepiąc mnie dziesiąt lat temu dorzucił do miski dużo poczucia humoru:)

 

To kolejny dar, bez którego ciemne doliny życia byłyby dolinami nie do przejścia.