Odmawiam Nowennę Pompejańską.
Siedzę w kąciku w pokoju dziewczynek, patrzę w płomień czerwonej świecy, przesuwam czerwone koraliki. Pachnie różami. To świeca.
Ostatnia tajemnica chwalebna wtapia mnie w swoje wnętrze. Tak jak bursztyn zamyka na wieki pęcherzyk powietrza. Trudno mi się wychodzi z przestrzeni modlitwy do świata spowrotem. Przedłużam więc prośbą:
– Proszę Cię Matko byście razem z Twoim Synem zasiedli na tronach w moim sercu i tam już zawsze królowali.
Całuję krzyżyk, dmucham w rozkudłany złoty płomień i wychodzę.
Kilka minut później siedzimy sobie z rodzinką na kanapie, trochę zerkamy w TV, trochę rozmawiamy, śmiejemy się, Laurcia pobiegła po kartkę i rozłożywszy się na podłodze rysuje. Po chwili wstaje, wskakuje na kanapę obok mnie i mówi:
– To mamo dla ciebie prezent. Narysowałam obrazek.
Patrzę i aż mnie zatyka. Bursztyn innego świata znów mnie wciąga.
– Co to jest? – pytam jakbym nie wiedziała.
– To ty i ja – pokazuje córka dwie postaci na dole strony – to są schody do nieba, a to Jezus i Maryja czekają na nas – wskazuje na kobietę i mężczyznę w górze. Oboje z odsłoniętymi wielkimi sercami na piersiach i równie wielkimi uśmiechami na twarzach.

Uśmiecham się. „Nie zwlekaliście z odpowiedzią” – myślę, trzymając w ręku dzieło córeczki.
„Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców naszych…” – pisał św. Paweł.
Do dziś to robi.
Czasem w kropli deszczu, czasem w słowie ludzkim, czasem przez rysunek dziecka:) Nieskończony także w swej inwencji. Zaskakujący jak wnętrze bursztynu.
