czas biegnący do Sylwestra

 

Dwa dni przed Sylwestrem Adaś gra z kolegami całą noc w ping ponga. W nowym budynku, zwanym warsztatem, za stół mając jedną z płyt meblowych i za nic mając – późną godzinę:)

Jedną noc przed Sylwestrem Nusia zakłada czarną suknię, sznur pereł i moje futerko z lat studenckich i udaje się do przyjaciółki na 18-tkę w stylu retro. Zabawa ma trwać aż do rana.

– O, to Laura dziś nóg nie wystawi spod kołdry – mówię do mężulka, gdy na schodach znikają pięty pozostałych w domu obu córek.

– Dlaczego?

– Bo kiedy Hani nie ma w pokoju, Laura boi się wystawić nogi – przekazuję ostatnio zasłyszany od dziatwy news:)

Swoją drogą – dlaczego? Czyżby starsza siostra miała jakiś patent na obronę stóp w razie ewentualnego ataku ewentualnego intruza?

Ale nie dochodzę tej kwestii, bowiem pamiętam jeszcze, jak jako mała dziewczynka wolałam spać na wesalce od ściany, żeby Baba Jaga nie obgryzła mi nóg:) W moim przekonaniu mieszkała pod łóżkiem i żywiła się głównie dziecięcymi nogami. Amelka więc rada nie rada spała od brzegu, ale jej to chyba nie przeszkadzało, bo w jej wyobraźni Baba Jaga nie istniała.

*  *  *

– Alutka słyszy głosy – szepnęła dwa wieczory przed Sylwestrem Hania, patrząc znacząco na sufit, nad którym znajduje się pokój Ali.

– Co? – zdumiałam się.

– Słyszy głosy – powtórzyła znów szeptem córka.

I gdy już w mojej wyobraźni rysowała się wizja wizyty u psychiatry, nagle mnie olśniło…

– A, suszy włosy!!!? – wykrzyknęłam słysząc stłumiony warkot suszarki.

– A ty co myślalaś? – śmieje się Nusia.

– Że Alutka słyszy głosy – chichoczę.

No i wizja psychiatry rozwiała się, ale czas pomyśleć o wizycie u laryngologa. Mojej:) Zdecydowanie za dużo hałasu źle mi robi na uszy.

*  *  *

Dwa dni przed Sylwestrem Lalcia – ku niememu zdumieniu rodziny – wyciągnęła z półki tom pierwszy Muminków i – zawinięta w biały puchaty kocyk – przeczytała go od deski do deski. Jeden dzień przed Sylwestrem przyniosła tom drugi i przeczytała go do połowy. W tenże sam kocyk zawinięta, z nogami prawie pod choinką.

Czyżby wydarzył się cud prawie – noworoczny i przez rwącą rzekę genów zostały raz na zawsze zerwane tamy niechęci do czytania?

Nie tracimy nadziei:)

*  *  *

Chłopaki ciężko pracują zarówno jeden, jak i dwa i trzy dni przed Sylwestrem. Gdyby mogli, pracowaliby także w dniu sylwestrowym, ale w tym roku popadł w niedzielę;)

My zaś a to gotujemy, a to pieczemy, chleb na zakwasie co dwa dni robimy, sprzątamy, pierzemy, igliwie spod choinki odkurzamy, bo sypie się nam w tym roku drzewko jak nigdy. Filmy, książki, zakupy, odwiedziny gości i wyjazdy w odwiedziny.

Kręci się nasz wesoły kołowrotek aż do ostatniej sekundy 2023 roku, furkocze aż w oczach się kręci.

Bo dla życia nie ma dat, ani godzin, miesięcy, granic. Raz wypuszczone ze źródła, płynie sobie nieskrępowanie jak strumyk, pokonując kolejne umowne granice, przepływając pod mostkami, kładkami, mijając niefrasobliwie nasze kamienie milowe, szeleści wydarzeniami jak dzieci rozwijające cukierki z choinki.

Niech takie będzie. Właśnie takie. To życie.

Trochę nieokiełznane, przebogate i płynące zawsze ku swojemu celowi, ku morzu.

Niech przepłynie wszystkie kwietne łąki i pustynie, góry i doliny, słoneczne dni i ciemne noce, jakie nas spotkają w kolejnym roku.

Tego Wam i sobie życzę❤️

 

I pamiętajcie, że wszyscy jesteśmy bogaci.

Te perły i futerko, w które ubrała się Hania są sztuczne, ale jej przyjaciółka dostała z okazji urodzin sznur prawdziwych pereł.

Nieważne jednak czy mamy naszyjnik prawdziwy czy z tombaku, bo nie na tym polega nasze bogactwo. Umieć dostrzegać najmniejsze dobro, piękno i prawdę – to zdolność ludzi naprawdę bogatych.

I takimi bądźcie:)

 

 

hej kolęda, kolęda

 

Dziś dzień kolędowy, czyli od rana czekamy na księdza. Wiadomo, że idzie od pierwszego domu od lasu, więc łatwo obliczyć naprędce, że nim dotrze do nas mieszkających obok kolejnego zagajnika – przy najlepszych wiatrach – zajmnie mu to co najmniej godzinę.

Więc spokojnie piję herbatę, potem pijemy razem kawę, niespiesznie zgarniam ze stołu, który od wigilii stoi w salonie (wciąż ubrany odświętnie i z adwentowym wieńcem) kubeczki, szklanki i talerzyki pozostawione przez ucztujące stadko wczoraj wieczorem. Potem wyjmuję dwa złote świeczniki, nieco nadpalone białe świeczki i starą, jeszcze po Babci Niebieskiej pasyjkę. Do małego talerzyka wlewam odrobinę święconej wody ( przez chwilę tylko się zastanawiam czy w tej butelce aby napewno jest święcona, a nie woda egzorcyzmowana czy np.cudowna z Gietrzwałdu przywieziona mi przez Bellę – można się pogubić:) i układam obok małe kropidełko splecione z jasnych wiórków.

Od dziecka fascynowało mnie kropidło, uwielbiałam je wyjmować z takiej specjalnej szafki w domu i dotykać. Było w nim coś nieziemskiego, magnetycznego. Tamto, z mojego domu rodzinnego było już pociemniałe od wielokrotnego kontaktu z wodą, nasze jest jeszcze zupełnie młodym kropidełkiem, jasnym i niemal dziewiczym.

Układam to wszystko, ustawiam, okruszki ze stołu zgarniam. Stare angielskie kolędy robią za tło moim poczynaniom, słońce zakrada się przez duże okna kuchni i salonu, a w międzyczasie sobie z mężem poranną pogawędkę ucinamy. Jest spokojny poranek, ani ja ani on nie musimy się spieszyć do pracy, a i dzieci nie budzimy z nadmiernym wyprzedzeniem. Niech się wyśpią.

W końcu jednak czas najwyższy, więc mężulek wspina się na poddasze i podejmuje pierwszą próbę reanimacji towarzystwa.

Próba jest tylko częściowo skuteczna, bo po pewnym czasie słyszymy szuranie na schodach i schodzi 1/4 naszego potomstwa, czyli Nusia.

Trzeba odczekać jeszcze kolejną dłuższą chwilę nim szuranie się ponowi i oto w kuchni pojawia się Alusia.

– Czy budziłaś może Laurę? – tata jest ciekawy.

– Tak – odpowiada szybko najstarsza latorośl – Budziłam, ale pocałunek prawdziwej miłości nie zadziałał. – wyłuszcza szczegóły operacji.

🙂

Niestety, na Lalcię nie działa ani ww.pocałunek, ani kolejne apele rodzicielskie. Ona musi sama dojrzeć do tak brzemiennej w skutki decyzji „wstać czy jeszcze pospać?” i to w czasie ferii świątecznych.

Zresztą, do wszystkich innych rzeczy też dojrzewa powoli i z rozmysłem;)

 

Ostatecznie udaje się i wszyscy „zdanżają” rychło w czas. – jak mówiła moja druga babcia.

Ale chyba tylko dlatego „zdanżają” , że tym razem po naszej wsi chodzi ksiądz flegmatyk, więc dotarcie do nas zajęło mu ostatecznie ponad dwie godziny:)

W tamtym na przykład roku był u nas pędziwiatr, który biegał aż mu sutanna furkotała, a na koniec przesiadł się na pożyczonego quada i resztę kolędy dokończył w tempie błyskawicy.

 

🙂

Tak czy owak nie przeraża nas fakt kolędy, ani nie peszy. Lubię ten zwyczaj, choć przecież – za sprawą Ksawerego – wizytę duszpasterską mamy co najmniej kilkadziesiąt razy w roku. A o Bogu i wierze rozmawia się w naszym domu naprawdę nie tylko od wielkiego dzwonu.

Możnaby zastanowić się głębiej nad formatem takiej wizyty. Czy ma być szybko i oględnie, czy powoli, z namysłem i dogłębnie? W tym właśnie czasie, czy rozłożona na cały rok? Czemu ma służyć? Co ze sobą nieść?

I wszystko – jak zawsze – zależy od człowieka. Od kapłana i od tych, którzy go przyjmują.

 

Przysłowie „gość w dom, Bóg w dom” w przypadku wizyty księdza przestaje być przenośnią literacką. Gdybyśmy o tym pamiętali z tej jednej i tej drugiej strony, może dotarlibyśmy do najgłębszego sensu kolędy.

 

Każdy z nas jest „Christo foros – niosący Chrystusa” i „Christo fora – niosącą Chrystusa”, lecz w sposób najdoskonalszy możliwy na tej ziemi jest nim kapłan – „Alter Christus – drugi Chrystus”.

O ileż łatwiej byłoby, gdybyśmy takim go widzieli, o ileż łatwiej, gdyby on był na tyle transparentny, by nie zasłaniać sobą Chrystusa.

Ale wciąż żyjemy na tej niedoskonałej ziemi. Są księża flegmatycy, jąkały, pędziwiatry, budowlańcy, menagerowie, nerwusy, a my nie umiemy przebić się przez tę ciężką powłokę zewnętrzną i ujrzeć w nich Tego, Który przychodzi.

Więc takie spotkania kolędowe są wprost proporcjonalne do naszej niedoskonałości.

Ale dobrze , że są; tak jak dobrze jest, że i my jesteśmy:)

 

 

notesik na Nowy Rok

 

Czasami słyszę jak ktoś z pewną rezygnacją w głosie wygłasza zdanie: „Święta, święta i po świętach.”

Trochę to brzmi jak to słynne „a myśmy się spodziewali…” zawiedzionych uczniów idących ( uciekających?) do Emaus po śmierci (porażce?) Jezusa.

Bo obiecujemy sobie tak wiele, tyle zachodu wkładamy, tak się przygotujemy, a tu…fiasko. Przeminęło z wiatrem i nic nie zostało.

Czego spodziewamy się po świętach?

Że ich komercyjnie reklamowana magia odmieni nasz los? wyleczy depresję czy brak spełnienia? naprawi nadwątlone relacje? w końcu nas samych zmieni na lepszych, mądrzejszych, piękniejszych?

A może tylko marzyliśmy, że w święta odpoczniemy, wyśpimy się na zapas, najemy za wszystkie czasy, nadrobimy zaległości? I też nic z tego nie wyszło.

Trochę nieadekwatne są nasze oczekiwania i stąd zawód i gorycz, jakie wynosimy po tych kilku dniach.

Podobnie jak nieadekwatne do rzeczywistości są słowa „i żyli długo i szczęśliwe” wygłaszane przez lektora na końcu każdej bajki.

Nasze życie nie jest bajką i nic w nim nie dzieje się za sprawą magii lub nie zmienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Rzeczy wielkie i spektakularne zdarzają się parę razy na całe życie lub nigdy. A i te, które się wydarzają, w niczym nie przypominają filmowych zwrotów akcji lub opowieści tysiąca i jednej nocy.

*  *  *

Jest jednak metoda, by życie stało się nieustannym cudem i przynosiło radość niemal co dzień.

Nauczyć się zauważyć drobne rzeczy, gesty, uśmiechy, malutnie podarunki podobne kroplom deszczu stale nawadniającym ziemię. Niektórzy mają problem z ich dostrzeżeniem lub zapamiętaniem, ale i tu jest dobra metoda. Zeszyt wdzięczności:)

Ja na co dzień nie mam problemu z dostrzeganiem drobinek dobra, ale podczas choroby mojego męża, gdy noc była naprawdę ciemna, taki notes bardzo mi pomagał. Zapisywałam w nim wszystkie łaski i każdą dobroć okazaną nam przez Boga i ludzi, nawet najmniejszy przebłysk światła. Potem czytałam to po wielokroć w najtrudniejszych chwilach. Podobne to jest do dmuchania na ostatnią iskrę w popiele. Wskrzeszasz ogień.

A kiedy już się zacznie, trudno powstrzymać lawinę i spisać wszystko.

Co więc zapisałabym w rozdziale pt. Boże Narodzenie 2023?

Śmiech podczas dekorowania pierników, które z roku na rok wychodzą nam coraz bardziej szalone,

nową umiejętność składania pięknych gwiazd z kartek starej książki, a przy tym wspaniały wieczór spędzony z moimi córkami,

wigilię w szkole i jej nastrój znowu – po latach – pełen serdeczności,

popołudnie, gdy zrobilyśmy sobie babski raj, przyjechała Kora i Julcia i bawiłyśmy się wszystkie, robiąc sobie hybrydy,

wigilijna spowiedź u ks. Jana,

śnieżek, który w pewnym momencie polukrował cały już nieco przybrudzony świat,

aniołka makramę – podarunek od uczennicy – który powieszony nad grzejnikiem pachnie na cały pokój,

nowe piękne lampki w ciepłym białym kolorze, które jak krople rosy obsiadły naszą choinkę,

to, że udało się zdążyć i kurier na czas dowiózł prezent dla mojego rodzeństwa – stemple z ex librisami,

że starszym siostrom udało się namówić Lalcię, by odstąpiła od tradycyjnej czarnej bluzy i ubrała się na wigilię w liliową koszulę,

że mężulek mógł odpocząć i zregenerować nadwątlony kręgosłup po ostatnich ciężkich tygodniach pracy,

że tuż przed świętami otrzymaliśmy ostateczną diagnozę mojego szwagra, że jednak nie ma raka trzustki, którego podejrzewano,

że udało się zmieścić małą choinkę z naszego podwórka w pokoju Kory i sprawić jej tym radość,

i śmieszne chwile przy związywaniu tejże choinki sznukiem i ładowaniu jej na auto,

pięknie przebranych kolędników, którzy wczoraj odwiedzili nasz dom,

wszystkie miłe słowa wysłane do nas na tysiące sposobów przez tak wielu życzliwych ludzi,

zakwas, dzięki któremu znowu mogłam upiec świeży chleb na święta,

spotkanie przy stole w domu rodzinnym, rozmowy, przekomarzanki, śmiech i nowe farby, które dostałam od Maksa,

to, że nasi przyjaciele z Ukrainy po raz pierwszy obchodzili wigilię 24 grudnia,

nowe płyty, dzięki którym nasz dom jeszcze bardziej wypełnił się muzyką,

że po ośmiu tygodniach choroby, przestaję kaszleć,

wiatr, który huczy w kominie, deszcz i przebłyski słońca,  fiołka, który akurat na święta rozkwił na różowo,  że makowiec z kratką pieczony bez przepisu wyszedł bardzo smaczny, dom pełen gwaru, bo znowu jesteśmy wszyscy razem …

 

I można tak bez końca:)

Gdy zaczniesz to sobie przypominać, nigdy nie wygłosisz złamanym głosem: „a myśmy się spodziewali”.

Nie spodziewaj się. Zauważ to, co masz.

Niedługo nowy, zupełnie świeży rok. Może warto kupić sobie notesik albo nawet zeszyt i zacząć zapisywać wieczorami małe cuda minionego dnia, wszystkie te miłe chwile zaskakujące nas tyle razy jak świerszcze strzelające spod stóp, gdy idziemy łąką.

Są tak małe, że można je przeoczyć, ale dostrzeżone, potrafią życie uczynić niezapomnianą przygodą.

Wtedy – nieważne na co dzień czy od święta – będziemy pełni pogody ducha.

 

 

światło

 

Za nami cały dzień wypełniony przygotowaniami. Sprzątaniem, gotowaniem, praniem, pieczeniem, krojeniem, dekorowaniem, ostatnimi zakupami. W międzyczasie różaniec, a na koniec kolejny dzień nowenny.

Ten ostatni dzień jest jak alegoria naszego życia pełnego zabiegania za sprawami małymi i większymi, przyziemnymi i tymi wyższymi. I alegorią jest ten śnieg, który nagle zaczął prószyć i wirować platkami w powietrzu aż polukrował na biało szarą przestrzeń wokół. I chciałoby się, patrząc na biały świat zacytować: „choćby wasze grzechy były jak szkarłat, nad śnieg wybieleją…”

Bo nie ma takiego zabiegania, które nie znalazłoby odpoczynku, takiego błota, którego nie zdołałby wybielić śnieg, takiego grzechu, którego Bóg nie ogarnąłby swoim miłosierdziem, takiej ciemności, której nie rozdarłoby jak zasłony światło.

„Była światłość prawdziwa, która ogrania każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.” (J1, 9)

Wiedzieliście o tym? Że już w momencie waszego narodzenia, zostaliście otoczeni światłością Boga.

I nie ważne w jakiej rodzinie się poczęliście, czy w szopie czy w pałacu, czy byliście chciani czy niechciani przez rodziców, czy ile ciemnych nocy przeszliście aż do dziś – światło Boga i Jego miłość nigdy nie odstępuje od Was i nie odstąpi.

✨✨✨✨✨✨✨

„Światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła” – uwierzmy w to jeszcze raz, choć za oknem noc i zimny wicher wieje. Widzieliśmy już w życiu tyle czarnych nocy, lecz widzieliśmy tyleż samo pięknych jasnych poranków.

Tego Wam i sobie życzę w tę ostatnią noc przed wigilią: niezachwianej wiary w światło i nieugaszonej pewności, że jesteśmy w jego samym środku.

Błogosławionych Świąt kochani 🌟🌟🌟🌟🌟✨

 

szósty z dziewięciu

 

Dziś szósty dzień nowenny ze starej kantyczki.

Czas biegnie wytrwale ku swemu celowi. Nie ogląda się, nie zastanawia, nie waha. Biegnie jak świetlista strzała ku Bogu.

Tylko my ludzie, o ścieżkach splątanych jak węzły gordyjskie, przewracamy się raz po raz, zawracamy, latami całymi biegniemy w przeciwną stronę, dziwiąc się, że nic się nie przybliża, nic nie rozwiązuje i że taka pustka w sercu.

Światłość tak blisko, na wyciągnięcie ręki, a my taplamy się w ciemności jak w gęstym błocie i nie widzimy już ani grama światła, czystości, prawdy.

O, przyjdź! Wyprowadź więźniów z ciemnego więzienia, do którego sami weszli.

O, przyjdź! wskaż drogę błądzącym.

O, przyjdź! Oczyść nasze oczy, ręce i serca.

O, przyjdź Jasności odwieczna, Drogo, Prawdo i Życie.

Odmień losy nasze i świata całego, gdyż poszaleliśmy wszyscy i nasz obłęd niesie nas na skraj przepaści.

Przyjdź Pasterzu i ręką miłującą zawróć swoje stada z dróg wiodących ku zgubie.

Nie zwlekaj🙏

Nie, nie jesteś poobijaną małą figurką z gipsu, jakby chcieli niektórzy, nie jesteś wytworem czyjejś bujnej wyobraźni ani urojeniem chorego umysłu. Nie można Cię wyrzucić, kiedy się znudzisz, na śmietnik historii, ani wymazać Twego Imienia z kronik, wykasować Cię z naszego życia.

Tyś Bóg Mocny i Wszech-mogący. Jesteś dużo większy od naszego zagubienia, jesteś ponad naszym szaleństwem, jesteś lekarstwem na naszą głupotę i miłosierdziem na nasz grzech.

Przyjdź!!!

Noc jest jak atrament.

 

 

trochę koloru

 

Kiedyś niektórym z Was spodobała się moja bardzo intensywnie niebieska sukienka. Niestety nie mogłam Wam podać żadnych namiarów gdzie można kupić coś podobnego.

A tu dziś… znalazłam cudną i bardzo podobną do mojej sukienkę o nazwie Atencja. Nie jest tania, ale ma tę przewagę nad moją sukienką, że posiada wpuszczane w szew kieszenie. Nie wiem jak Wy, ale ja ogromnie lubię kieszenie w sukienkach:)

Zresztą, same popatrzcie…

sukienka

A jeśli przypadkiem macie niedługo urodziny, imieniny lub inne święto, to może zamarzcie ją sobie na prezent:)

Są też inne kolory Atencji;)

To tak króciutko dziś. Żeby Wam dodać koloru do tych szarości:)

 

 

szare dni

 

Śnieg już prawie się roztopił, bałwan stoi smętnie przekrzywiony z garnkiem na bakier. Rano mgła jak mleko, mżawka i błoto rozjeżdżające się spod opon i butów. Auto zaparowuje od środka momentalnie, światła innych aut rozbryzgują się na mokrym asfalcie i kłują w oczy. Chlapa, szaro i obskurnie.

Po co są takie dni? Po co?

Żeby powiedzieć Ci jeszcze raz „kocham” mimo, że nic ku temu nie nastraja. Gdy jest ciemno, zimno i bez fajerwerków.

Kochać Cię wiernie także ukrytego, szczelnie zawiniętego z szary pled, milczącego.

I nauczyć się wyostrzać wzrok, by nawet w morzu szarości odnaleźć kroplę Twego piękna. Wyostrzyć słuch, by nawet w najgłębszej ciszy usłyszeć Twój oddech.

Wyczulić serce, by kochało Cię nawet bez lukru.

 

9 dni

 

Moja babcia przekazała to mojej mamie, a ja zrobiłam ksero i zszyłam białą nicią kartki.

Stara kantyczka sprzed pierwszej wojny światowej, rozsypujące się w rękach kartki, język, jakiego się już prawie nie używa, a jednak…

Od lat, co roku, na 9 dni przed Bożym Narodzeniem odśpiewywaliśmy wspólnie starą nowennę do Matki Bożej.

Zwłaszcza urocze to było dla najmłodszych. Cała rodzina zbierała się w jednym pokoju wieczorem i przy zapalonej świecy klękała. A potem moja mama swym charakterystycznym zaśpiewem inotnowała pierwszą pieśń. Wszyscy znamy to na pamięć. I pieśń i słowa. Niektóre frazy brzmią nieco uciesznie np. końcówka wersu: „wszyscy zbawieni będą grzeszni i ja”, nieodmiennie kojarzyła się wszystkim z paszczowym odgłosem osła. I tak zaiste brzmiała w naszym chóralnym wykonaniu:) Jak stadko dzikich osłów na pastwisku😁

A potem ten moment – ulubiony przez małe dzieci – gdy podczas ostatniej pieśni wszyscy po kolei przekazują sobie pasyjkę i całują Jezusa w stopy. Oczywiście dzieci, ku uciesze reszty, dają dubeltowego buziaka Jezusowi prosto w buzię.

I to właśnie najmłodsi pilnują jak prawdziwi strażnicy czy aby na pewno krzyż dotarł do rąk wszystkich orantów;) Nikt nie może być pominięty, nikt nie może uchylić się od zaszczytu ucałowania Zbawiciela.

A na koniec prześcigują się kto zgasi święcę. I to z takim chuchem, że aż wosk bryzga wkoło.

Urocze to i takie ważne.

By razem modlić się, czekać, przeżywać, śpiewać, a nawet śmiać się.

Trochę mi tego brakowało od kiedy przenieśliśmy się tutaj. Dlatego poprosiłam, by mama pożyczyła mi kantyczkę, a ja zrobiłam kopię tych kilku poplamionych stron.

Może i moje dzieci kiedyś zrobią kolejną kopię. Albo babcia przekaże w końcu komuś z nich rozsypującą się starą książeczkę.

Dziś zaczynamy🌟

 

Ciebie prosimy Najświętsza Maryja

niech nam w nowennę Syn Twój z Tobą sprzyja

przez te dni dziewięć chwalimy Cię z chęci

dziewięć miesięcy czcząc w sercu pamięci.

Twój czysty żywot nosił Pana nieba…

 

 

 

 

 

 

krótki termin

 

Opowieść jednej z moich koleżanek przedszkolanek.

Jeden z maluchów przychodzi do niej i konspiracyjnym tonem szepcze:

– A wie pani za ile będą święta?

Pani wzrusza ramionami i zamienia się w słuch.

– Za dwie świece. Pani od leligii tak mówiła😁 – zdradza tajemnicę malec:)

 

A jednak uważnie mnie słuchają:)

Pamiętajcie: ZA DWIE ŚWIECE!!!

 

 

zwyczajna normalność

 

Leżymy jak co wieczór na naszym wielkim łożu w sypialni. To już nasz rytuał, że kolacja w kuchni i pogaduchy w salonie przenoszą się właśnie tu.

Omawiamy dzień, każdy coś dorzuca od siebie, rzeczy śmieszne, poważne i zadziwiające. Ja z dziewczynkami oglądam krótkie filmiki z Ig i raz po raz się nimi inspirujemy. Te gwiazdy zrobione z kartek książki na przykład:) Albo…

– O, widzicie! – wykrzykuję jak dziecko – Dwie baterie i szklanka wody i powstaje taki wir – zrywam się z łóżka i zaczynam grzebać w misteczce z bateriami. Tak, mamy na nie specjalną miskę z bambusa;) Nie pytajcie dlaczego. Po prostu tak:) Jesteśmy mistrzami nieoczywistości wszelakich.

– Ale że co? – nie rozumie mężulek.

– Nic, nic. Muszę to wypróbować!!! – krzyczę wybiegając do kuchni.

– Eee, nie działa – wracam po chwili zrezygnowana – Albo baterie za słabe, albo oni mają w tej szklance coś innego niż woda.

Dziś spróbuję z octem:)

No i znowu leżymy, przekomarzamy się i śmiejemy. Ja – jak zwykle – napraszam się żeby ktoś mnie pogłaskał po plecach:)

– Ostatnio rozmawialiśmy w szkole – zaczyna Nusia – i opowiadałam moim koleżankom, że dzieciaki przyjechały na weekend do domu i siedzieliśmy w salonie ( dodam, że Adaś zwykle nie siedzi, lecz leży rozciągnięty przez środek na dywanie:) i rozmawialiśmy, żartowaliśmy, słuchaliśmy muzyki… A wtedy jedna koleżanka powiedziała, że ona wogóle nie rozmawia ze swoim bratem.

– Ale jak to? – wtrąca pytanko Laura.

– No, że oboje siedzą każde w swoim pokoju i prawie się nie widzą cały dzień i prawie nie odzywają się do siebie.

– Co??? – wykrzykuje najmłodsza latorośl – Ja bym nie mogła nie rozmawiać z Adamem!! On ciągle mnie zaczepia i łaskocze. I nawet jak jestem w swoim pokoju, to mam otwarte drzwi i widzę go jak leży na swoim łóżku. Czasem myślę, że to nie jest on, tylko jedna ze stert z jego ubraniami:)

Tak, tak. Sterty z ubraniami to specjalność naszego syna:) Dodam, że sterty są mieszane, czyli rzeczy świeżo uprane z tymi przepoconymi razem:)

– Jak tak rozmawiam z moimi znajomymi, to ja mam najwspanialszą rodzinę – podsumowuje Nusia – Taką normalną.

*  *  *

Być normalną rodziną w tym dziwnym świecie. Zastanawiam się dlaczego się nam udaje, jaki jest przepis na to. A może jest jakiś jeden tajemniczy składnik, który sprawia, że ciasto wyrasta i smakuje wszystkim.

Ale nic mi nie przychodzi do głowy. Bo naprawdę nie robimy nic nadzwyczajnego ani kosztownego ani trudnego.

Jesteśmy najzwyczajniejsi w świecie.

Po prostu jesteśmy, żyjemy.

Więc ten cud normalności nie pochodzi od nas i nie jest naszym dziełem.

Lecz dlaczego dziś jest tak rzadki?