połamany

Dzwoni telefon męża.
Odbiera i od razu wiem, że to ktoś z przyjaciół na linii. Nie wiem skąd to wiem, ale ten błysk na twarzy, ton głosu…

– Wiesz, najlepiej klejem… – tłumaczy mąż – Nie. Zwykłym. Zresztą, przyjedź to ci go skleję. Mam klej. Chyba. Dobra, kup na wszelki wypadek… – takie mniej więcej słowa dobiegają moich uszu z całej przyjacielskiej pogawędki.
I nie byłabym kobietą, gdyby mnie ciekawość nie zżerała, gdy mąż odkłada telefon. Ale mój mąż dba o to, by żona nie została przez nic nadżarta, więc od razu wyjaśnia w krótkich słowach.
– Ksawery dzwonił. Kupił w meblach holenderskich stary krucyfiks i gdy wkładał go do bagażnika, Jezusowi odparła ręka. Zaraz przyjedzie.

Po pół godzinie srebrne auto zaprzyjaźnionego księdza ustawia się pod domem, w rozlanym na trawie cieniu brzóz. Przyjaciel uśmiecha się zza kierownicy, przytula wysiadając, a potem sięga do bagażnika.
– Zobacz jaki piękny – pokazuje mi – Oczy ma jeszcze otwarte i półotwarte usta. Jakby tuż przed śmiercią. Jeszcze takiego nie widziałem. Tylko ta ręka… – pokazuje odłamaną drewnianą kończynę.

Wchodzimy do domu, nastawiamy herbatę, a nasz stół staje się stołem operacyjnym dla Świętego Ciała.

Mój mąż skleja Chrystusa. Na drewnianym starym stole w naszej kuchni.
Szumi na kuchence czajnik w kropki, szeleści rozmowa i wiatr porusza firanką.

– Wyczyszczę Go w domu, umyję – mówi rozpromieniony Ksawery – Tylko jeszcze dwóch gwoździ brakuje. Chyba odpadły. Tego przy nogach i przy tabliczce. Może Adaś mi zrobi.

– Pewnie. Z kawałka drewna wystruga. – wyrażam zgodę w imieniu nieobecnego syna.

Rozmawiamy jeszcze. O tym, że pewnie jest z któregoś kościoła europejskiego. Wyrwany stamtąd i wyrzucony jak śmieć. Tyle figur, obrazów i kawałków kościołów widziałam już w sklepach z używanymi rzeczami z Zachodu.
Rok temu widziałam figurę Chrystusa, oderwaną tak brutalnie od krzyża, że oba ramiona były niemal wywichnięte do tyłu. Chciałam Go zabrać stamtąd. Ale sprzedawca stwierdził, że to zabytek. Kosztował 2 tysiące. Nie stać mnie było.
Śnił mi się po nocach. Połamany Bóg, uczepiony drutem do rury wentylacyjnej w sklepie ze starociami.

Teraz sklejamy tego Boga na naszym stole.

Ksawery raz po raz patrzy na niego z czułością i dumą jak matka na swoje dziecko.
Przybiegają dziewczynki, dotykają Dłoni, Stóp , Głowy w cierniach, wodzą palcem po żebrach. Potem biegną dalej do swoich spraw.

Zwykłe życie, dźwięki, zapachy, słowa…

Ale ta Obecność w samym środku zwyczajności. Naoczna dziś bardziej niż kiedykolwiek. Uświadomiona do samej głębi. Kojąca i bolesna jednocześnie.

Gdybym o Niej pamiętała stale. Gdybym wciąż miała to Ciało Umiłowane w samym epicentrum mojego życia… Gdybym nie łamała Mu nóg i rąk…
Nie spychała do zakurzonego kąta…
Nie jestem lepsza Umiłowany od tych, którzy odrywają Cię od krzyży świata, burzą Twoje świątynie, kpią z Twojej Matki, Aniołom obłamują skrzydła…

Nie jestem lepsza.

Co dzień po wielokroć Cię łamię.

rozmówki zawracające serce znad brzegu niezaufania

Siedzę z Lalcią w kościelnej ławce. Czekamy na mszę. Za nami znajoma staruszka odmawia szeptem różaniec. Zaciąga ze lwowska. Uwielbiam zanurzać się wraz ze swoją cichą modlitwą w ten strumień jej słów prostych, dziecięcych prawie. „Zdrowaś Marijo, łaskiś pełna…”
Jest zwykły dzień. Powoli zbiera się grupka stałych bywalców mszy codziennych. Znamy się niemal wszyscy z widzenia, wymieniamy uśmiechami, wpisujemy w niepisane reguły kto gdzie siedzi i w jakim porządku wychodzimy w procesji do Komunii. Jeśli kogoś nie ma lub nagle zmieni ławkę, wszyscy to dostrzegą.
– Mamo – szepcze nagle Laurka, wskazując w kierunku figurki Matki Bożej – Co to za skrzyneczka?
Rzeczywiście u stóp wyraźnie brzemiennej Maryi, pod opuszczonym snopem spojrzenia Jej oczu stoi drewniana skrzynka.
– Tam ludzie wrzucają karteczki z prośbami do Matki Bożej. – tłumaczę.
– A ja też mogę?
– Możesz. Każdy może.
– To ja wrzucę.
– Dobrze.

Dzień kolejny.
Lalcia wystrojona w niebieską sukienkę odcina rożek kartki i zasiada do pisania.
– A o co chcesz prosić Maryję? – pytam zaciekawiona.
– O zdrowie dla cioci Ewy i żeby mamusia urodziła jeszcze jednego dzidziusia – odpowiada jednym tchem.
🙂
– Wiesz – zaczynam tonem negocjacji –Może nie pisz o tym dzidziusiu? Ja już jestem trochę za stara.
– Oj tam. – kwituje moje obiekcje i szrajbuje dalej długopisem po kartce.
Ostatecznie dziecię zapomina zabrać karteczki, co przypomina sobie dopiero w kościele.
A uwagę wszystkich rozprasza nieco puchate nasionko ostu, które wiruje ponad głowami unoszone wiatrem. Ktoś zdjął je sobie z włosów, ktoś dmuchnął, by poszybowało dalej:)

Niedziela.
Mężulek dowiaduje się o intencji.
– Niech ona tego nie pisze. Jeszcze Maryja wysłucha. – sugeruje mi na boku konspiracyjnie.
– Jak zechce wysłuchać to i tak wysłuchała. Czy się napisze czy nie:) – śmieję się trochę z niego.

I ostatecznie karteczka ląduje na dnie drewnianej skrzyneczki u stóp Maryi, a ksiądz ją odczytuje w przeddzień Wniebowzięcia Matki.

I wyraźnie słyszę ten śmiech perlisty nad głową. To Maryja z całym zastępem Aniołów śmieją się z naszego zakłopotania dorosłego i z tego „oj tam” Laurki.
Bo czyż nie dokładnie to powiedział Gabriel, gdy Maryja zmieszała się, że jakże to, że nie ma męża… I czyż nie to samo usłyszała Sara, gdy na wieść o przyszłym synu, zaczęła się śmiać w swoim namiocie.
Albo, gdy w naszych głowach rodzą się obiekcje na temat Wniebowzięcia. Że jak to wziąć ciało do nieba, że jest za ciężkie, a co z funkcjami fizjologicznymi i w ogóle komórki, ich rozpad…

– Oj tam. Żaden problem. – mówią Anieli.

Dla Stwórcy świata do dokładnie taka sama przeszkoda jak nasionko ostu, które odgania się dłonią i dmucha, by nie przysiadło nam na czubku nosa:)

Zaufajcie dzieci – mówi On – Ja wiem co jest dla was dobre. I kiedy daję i gdy zabieram, wszystko jest z miłości.

Jak bardzo czasem zawstydzają mnie moje dzieci i jak uczą czym naprawdę jest wiara i zaufanie Bogu.

Mamusia, Buka i reszta

– Tatusiu Muminka!!! – krzyczę w stronę nadchodzącego – Posiedzisz ze mną i poczekasz na Bukę? – pytam już ciszej zbliżającego się.

Moszczę się właśnie na kolorowym leżaku, opatulam dokoła wiekowym pledem w paski, co to go mężulek wniósł w wianie do wspólnego gospodarstwa:)
– Buka idzie. – tłumaczę wskazując niebo o kolorze mokrego betonu.
Odległe huczenie i buczenie potwierdza tylko moje słowa.

Mąż staje obok i uśmiecha się.
Wie o co chodzi. Nie muszę mu nic tłumaczyć. Zna i swoją żonę zbzikowaną i tę słynną scenę z Muminków, gdy nadchodzi groźna Buka, a rodzina Muminków czeka na nią z drżeniem serca na werandzie swojego domu.
Nie mamy co prawda werandy, ale nasze patio – częściowo zadaszone od góry zielonym balkonem – nada się wyśmienicie.

Buka jest dokładnie taka jak w bajce – bura i hucząca, omiatająca wszystko chłodem i świszcząca wiatrem.
Tylko brakuje przerażenia w sercu, bo burze nie są dla nas straszne i lubimy na nie czekać i je oglądać.
Siadamy więc sobie pod zadaszeniem, Nusia przynosi mi herbatę imbirową, mąż zagryza strach miętową czekoladką, a dziewczynki zakładają kroksy żeby pobiegać pomiędzy pierwszymi nabrzmiałymi kroplami deszczu.
Tak długo był upał i spiekota.
Wszystko wokół czeka i drży z podniecenia przy każdym głuchym pomruku. Drzewa szepczą modlitwę błagalną o deszcz. Pewnie tę samą, którą czasem intonuje w czasie susz nasz znajomy organista: „Boże Abramów…”

Ala też się przysiada, a syn zawisa ciężko na oparciu mojego leżaka w tropikalne kwiaty.

Dziewczynki z piskiem wskakują do domu. Równa grzywa deszczu opadła na ziemię. Daleki flesz światła rozjaśnił na chwilę niebo.

Jest. Zaczęło się. Przyszła.

Siedzę zupełnie jak Mamusia Muminka, otoczona swoją rozgadaną gromadką, na werandzie swojego domu, z kubkiem gorącym w łapkach. Myślę nawet przez chwilę czy by nie pójść i nie przynieść mojej muszli potrzebnej do ubłagania Buki żeby sobie poszła. Ale myśl tę odganiam szybko jak muchę.
Wolę patrzeć jak rozsiada się szara plucha na moich kwiatach, trawach i zemdlałych krzewach.

Jedyne co mnie teraz różni od Mamusi Muminka to brak białego ogonka:)

Bo znikam też czasami zupełnie jak ona.
– Mamo, mamo!!! – rozbrzmiewa wtedy niemal natychmiast świergot Laurki, a zaraz po nim tupot stóp wielu. Trwają poszukiwania:)
– Aaaaa!!! Tu się ukryłaś! – odkrywa najstarsza córka, zaglądając za skrzydło zielonych drzwi.
– „Mamy nie gubią się tak łatwo. – zaczynam z pamięci cytować fragment książki Tove Jansson – Zawsze je można znaleźć w jakimś kącie…
– Wystarczy tylko poszukać.” – kończy cytat Ala.
Posyłam jej uśmiech za skrzydło zielonych drzwi.
– Pamiętasz – mówię.

Od-uśmiecha się kocio.

Choć, gdy ktoś mnie pyta z kim utożsamiam się najbardziej, odpowiadam zawsze: Z Włóczykijem.

odwiedziny

Pierwszy raz chyba tak przyjmowałam gościa w domu. Spod kołdry, z oczami płonącymi gorączką.
– Och jo. – powiedział tylko ze współczuciem gość, gdy mnie tak zastał.

Kawusiowa trafiła pod nasz zielony dach akurat, gdy wirus straszny przetaczał się jak czołg po nas wszystkich. Po mnie akurat – zrobiwszy koło – przetaczał się po raz drugi.
Więc wszystko było inaczej niż zaplanowaliśmy.
Ale czyż nie tak bywa często w naszym życiu.
I choć nasze plany nie realizują się według naszych założeń, to przecież nie znaczy, że nie ma planu ani żadnych założeń.
Czasem po prostu trzeba przyjąć co przychodzi bez obrażania się. Zwłaszcza to, na co i tak nie mamy wpływu.
Deszcz. Upał. Chorobę. Starość.

Kiedy więc leżałam walcząc z gorączką, Kawusiowa spokojnie mogła uczyć się robić na drutach skarpetki. Czasem choroba odpuszczała na chwilę i w antrakcie dramatu coś udało się wspólnie pozwiedzać. Podczas takich spacerów pasjonatka fotografii z upodobaniem uwieczniała najbardziej rozsypujące się kamieniczki starego miasta, więc jeśli ktokolwiek kiedykolwiek obejrzy jej zdjęcia z wyprawy w nasze rejony świata, dojdzie zapewne do przekonania, że nie podnieśliśmy się jeszcze z ruin i zgliszczy po drugiej wojnie:)

Potem znów dopadała mnie gorączka. Lecz, gdy spałam, Kawusiowa nie traciła czasu ani rezonu i biegała po okolicznych polach robiąc im portrety w świetle „złotej godziny”. Krzyże. Domy. Malwy przy płotach. Nawet moje spinacze do prania poetycko rozpięte jak uwertura na sznurze.

I w sumie wszystko się udało. Rozmowy. Wspólne gotowanie. Opowieści na tarasie. Żarty na patio. Czasem na moim łóżku, w kipieli kołder i z akompaniamentem elektronicznym termomentru. I pół skarpetki się udało. W paski, rozmiar 40:)

Jednego tylko nie zrobiłyśmy. Nie napiłyśmy się wspólnie kawy, bo garściami łykane tabletki przeciwgorączkowe zupełnie odebrały mi chęć do picia tego aromatycznego napoju, od którego Kawusiową Kawusiową zowią.

Ale wszystko jeszcze kiedyś może się zdarzyć. I zdarzy się. Pewnie znowu inaczej niż zaplanujemy.

Kawusiowa odjechała zostawiając na naszym stole łąkę pełną włóczkowych kwiatów. I wspomnienie toruńskich pierników.

I myśl cieplejszą niż najcieplejszy koc, że…

dobrze jest człowiekowi być z drugim człowiekiem.

ps. Prawie wszystkie zdjęcia są poczynione ręką i aparatem Kawusiowej:)

makatka

Na szarej miękkiej łące dywanu leżą Lala i Nusia. Obie pochylone nad kartkami, malują kolorowanki z kotkami. Dwa dni temu okociła się nasza Late i temat kotków jest dominujący w myślach i słowach.
Ciemne włosy dziewczynek spływają miękkimi kaskadami na białe połacie rysunków. Stukają kredki. Przelatują słowa pomiędzy artystkami. Nusia w krótkiej spódniczce w biało – czarne paski, z podgiętą do góry nogą, Lalcia w kolorowych sindbadach.
Na białej komodzie bawią się cienie liści z drzewa, które rośnie obok domu. Bawią się z blaskami słonecznymi i moim wzrokiem. Przed chwilą umyłam szyby okien i drzwi tarasu, więc i blaski i cienie mają wolną drogę w głąb domu.
Osiadają na podłodze, meblach, książkach, ślizgają się po nich i głaszczą. Złoto-bure łatki ostatniego dnia lipca.
I jeszcze obok mnie, na wielkiej łodzi kanapy siedzi w zadumanej pozie najstarsza córka. Misternie oplecioną warkoczami głowę pochyla nad pejzażem książki, zupełnie nią pochłonięta, wrosła w tamten świat. Czarnooka nieobecna.
A nad tym wszystkim delikatna muzyka i śpiew z płyty pt. All Angels.

Siedzę w samym rogu salonu na fotelu. Ręce mi jeszcze pachną po myciu okien i gdy zbliżam kubek z herbatą do ust, zapach ten omiata mi drobiny kurzu z myśli.
Pachnie też herbata. Moja ulubiona. Żurawina i imbir.

Patrzę na to wszystko, przesuwam wzrok delikatnie, jakbym głaskała całe to moje życie; chłonę zapachy, chwytam dźwięki w locie, czasem rzucam słówko do córek z podłogi.

– Wszystko to jak piękna makatka – myślę.

Takie makatki wisiały w kuchni Babci Niebieskiej. Uczyłam się na nich składać litery, patrzyłam urzeczona na błękitny rysunek łabędzia, mamy, dzieci, kwiatów, wody.

Może dlatego umiem tak dobrze dostrzegać makatki życia, które tka dla mnie Wszechmocny.
Może dlatego i dziś jak dziecko się nimi zachwycam.
Gładzę ich delikatną tkaninę dłonią, potem składam w słowa i chowam do szuflady pamięci.

Makatkowość życia.

I już wiem jaki napis powinien widnieć na makatce, którą oglądam dziś.

Wszystko to Miłość.