niemy film

Wszystko jak w starym kinie.

Czarno-biały obraz.

Najprostsze z możliwych środki wyrazu.

Na białym tle rozesłanych przestrzeni każdy szczegół zachwyca.
Rude zmierzwione wichrami grzywy traw na miedzach.
Drzewa o ciałach gibkich jak w zalotnym hiszpańskim tańcu.
Złamana gałąź jak najbardziej patetyczny poemat o cierpieniu niezawinionym, pięknym, głębokim.
Rzeki, stawy, jeziora – na wpół zakuci w zbroje błękitni rycerze.
Runiczne znaki łapek, stóp, kopyt, drobnych ptasich pazurków wypisane na pustej karcie pola.

Niemy czarno-biały film przesuwa się za szybami naszego auta, gdy wracamy.

Nominacja do Oskara
za nie nachalne, nieoczywiste piękno,
za bogactwo treści przy prostocie formy,
za dbałość o szczegóły,
za „nie-przegadanie”.


Patrzę tylko.
Nic nie mówię. Nic nie myślę.
Czasem tylko zbłąkane słowo "dziękuję" na chwilę zakołuje w głowie.

Przypomina mi się kiedyś przeczytana historia o staruszku, który siedział całymi godzinami wpatrując się w Najświętszy Sakrament. Podszedł do niego zaciekawiony ksiądz i spytał: „Jak się modlisz, że trwasz tak długo?”.
– Ja patrzę na Niego, a On na mnie. – odpowiedział starzec
– To wszystko?
– To wszystko.

Modlitwa to myśleć o Bogu z miłością.
Patrzeć i pozwolić wdzięczności zalać serce.
To wszystko.
Nie trzeba ani jednego słowa.

Oboje wiemy, że to nie jest tylko "suchy badyl na śniegu" 🙂

wczoraj i dziś

Wczoraj

Tak rzadko zdarzają się chwile, gdy jestem sama ze sobą.
Gdy tylko wchodzę do domu po powrocie z pracy Laurka niemalże rzuca się na mnie i pilnuje mnie przez resztę dnia jak aresztanta. Każde moje powstanie z krzesła, przemieszczenie się w kierunku drzwi czy dotknięcie klamki, ba – nawet czesanie włosów – odbierane jest jako chęć ucieczki i oprotestowane natychmiastowym krzykiem lub wybuchem płaczu i tupotem małych nóżek obutych w różowe mini-baletki. Tak, Piórko przyzwyczaiło się do moich wyjść zawodowych. Na swój sposób.
Gdy przygotowuję się do lekcji, siedzi mi niemal na książkach, wyrywa  wszelkie narzędzia piśmiennicze, usiłuje robić odręczne notatki na marginesach , przeszukuje moją saszetkę na długopisy. W trakcie tych operacji giną mi kolejne sztuki ołówków, czerwonych długopisów, gumki do ścierania.
Gdy zasiadam do stołu, Pióreczko natychmiast zjawia się jak duch i postękując usiłuje wdrapać się na kolana, by potowarzyszyć w konsumpcji. Gdy jem płatki, miesza mi w nich drugą łyżeczką, podgryza kanapkę, podpija herbatkę, komentuje obrazki na kubku wodząc po nim paluszkiem, a na koniec układa swoją główkę w zgięciu mojego łokcia i sygnalizuje chęć na „cici”.
Nie lada problemem jest wyjście do ubikacji, na strych czy do piwnicy, gdyż Laucia rozpacza jakby to był początek końca świata.
A mam jeszcze troje innych dzieci.
Nusia przechodzi etap skarżenia. Skargi dotyczą rzeczy realnych, mało realnych i zupełnie wydumanych, jak np. brak funduszy na wymyślonym koncie bankowym.
Dusiek jest na etapie komputeromanii, automanii i Jakubo-manii i gdyby mu popuścić cugli swój drogocenny czas dzieliłby sprawiedliwie na te trzy pasje z pominięciem oczywiście spraw zasadniczych jak: pomoc w domu, tabliczka mnożenia i doskonalenie sztuki czytania.
Ala ma duuużo nauki, duuużo prac domowych, sprawdzianów, zadań mniejszych i większych, albumów, wypracowań, rysunków, plakatów, które mnożą się, dwoją i troją.
Więc , gdy zdarzy się taka chwila, gdy mogę po prostu usiąść w kuchni, napić się herbaty, stopy przyłożyć do ciepłego grzejnika i popatrzeć na mieniące się od zachodu niebo prawie-wieczorne…
czas się zatrzymuje na jeden mały, maleńki ułomeczek sekundy,
na jedną okruszynę czasu.
na jedno serdeczne gruchnięcie dzikiego gołębia, który na wprost mnie grzeje nóżki na elektrycznym drucie.

I już…
Krzyk zza drzwi oznajmia, że czas poderwać utrudzone skrzydła do lotu.
Podrywamy.
Ja pierwsza.
On z namysłem potem.


Dziś


Tak było miesiąc temu, tydzień wstecz, przedwczoraj, wczoraj jeszcze.
A dziś – dzieci zostały u dziadków. Laurka śpi. Miś pojechał na zakupy. Na niebie rozlewa się grafit zmierzchu. Siedzę na fotelu, ale cisza, która mnie otacza nie cieszy mnie, spokój nie uspokaja, porządek ułożonych przedmiotów nic nie porządkuje.
Wróciliśmy trzy godziny temu i ze sto razy powtórzyliśmy sobie nawzajem:
– Tak dziwnie się czuję.
– Brakuje mi czegoś.
– Nie umiem się odnaleźć.
– Gdzie jest nasz wieczny rejwach?
– Jak ludzie wytrzymują mając tylko jedno dziecko?
– Zobacz jaka Laurcia jest inna, smutna.

Tęsknota za głosami, krzykami, stukotem małych stóp, skarżeniem Nusi, tubalnymi okrzykami Dusia, widokiem Ali rozłożonej na tapczanie z książką w ręku, za kolejkami do komputera, za okruszkami pod kuchennym stołem, kubeczkami z niedopitą herbatą, za papierkami na podłodze, lustrem pochlapanym pastą, za tym wszystkim co stanowiło nasz świat.

 Ta tęsknota szczypie dotkliwiej niż siarczysty mróz. W samo serce.

– Co my będziemy robić na emeryturze? – zapytał mąż zdesperowany.
– Nie wiem.
– Co robią ludzie, którzy nie mają dzieci?
– Nie wiem. Nawet nie umiem sobie tego wyobrazić.

Ale choć tak trudno, wiem jedno:

 że warto czasami trochę odejść, by zobaczyć więcej.

Pewnie po to są rozstania.
I po to, by dzieciom skrzydła rosły, a nam serca się otwierały.
Choć otwiera się serce tylko raną.

soczyście

Biało.
Czasem szaro.
Tu i ówdzie brudno-ciapowato.
Przejrzałam więc stare notatki w poszukiwaniu kolorków i oto jest…

              soczysty wycinek z końca wakacji:


"Zjadłam dziś dużą michę ogórków i pomidorów ze śmietaną. Przez chwilę przeleciała myśl o zdrowotności tejże potrawy, ale w głowie szybko podświetlił się  baner z napisem: „Raz się żyje, a potem się umiera”. Jeden z moich ulubionych:)
No, bo – choć wierzę święcie w życie po śmierci, eschatologia nie daje żadnej pewności co do dostępności mizerii w przyszłym życiu. Aczkolwiek miło byłoby odkryć, że jest."

Fragmencik bardzo na czasie, bo oto uroczyście ogłaszam początek ferii zimowych i fakt ten idę uczcić kubkiem czekolady o kontrowersyjnych nutach wiśni i chili.
A do tego ( a co tam!!!) duuży kawał pizzy własnego chowu.
Raz się żyje, a potem się umiera.
Na niestrawność?

W głowie już podryguje piosenka niepedagogiczna:
"wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni, gdy nie ma dzieci w domu, to jesteśmy…"

Jutro starszaki ( sztuk 3)  wywozimy do dziadków:)


potwór


– Mamo, zgadnij co to? – Nusia podstawia pod nos kolorowe dzieło.
-Hmmm. – pada krótka odpowiedź częściowo podyktowana niewiedzą, a częściowo tym, że akurat pochłaniam obiad i usta mam zajęte czymś innym.
– Potwór – podpowiada autorka dzieła.
No oczywiście!!!
Widać na pierwszy rzut oka. Dziesiątki wyłupiastych oczek groźnie łypie z obrazka.
– A to co? – dopytuję wskazując  dziwne wyrostki zdobiące wokół ciało potwora.
Sisiutki.

Ekhmmm!!! Zachłystuję się odpowiedzią.
Malarka zaś zachęcona zainteresowaniem publiczki kontynuuje prezentację:
– Tu się zasikał – wyjaśnia wskazując na żółte tło – Tu ma nogi…
A tak. Są. Te dwa chudsze wyrostki na dole. Że też od razu nie zauważyłam.
– Tu włosy – ciągnie dalej Nusia – Narysowałam go w zerówce i pokazałam pani Joli.
– I co pani powiedziała? – pytam z obawą.
– Powiedziała, że śmieszny.
Uff!!!
Na szczęście pani Jola to doświadczona matka własnych dzieci i niejedno już widziała:)
A ja skończę z tym dopytywaniem o szczegóły obrazków.
Ciekawość to w sumie pierwszy stopień do piekła:)

oferty nie do odrzucenia

Zaraz na początku Nowego Roku dostałam dwie propozycje podróży zagranicznych.
Jedną zaoferowało mi pewne wydawnictwo, od którego kiedyś nierozważnie cuś-tam kupiłam i od wielu lat z uporem maniaka próbują mi wcisnąć kolejne cuś-tam.
Pani po drugiej stronie linii oniemiała na chwilę, gdy szczerze wyznałam, że wycieczka do Turcji z opłaconym przelotem i  pobytem w pięcio-gwiazkowym hotelu zupełnie mnie nie interesuje.
– Ale co jest powodem pani decyzji? – zapytała tonem zatroskanego psychologa, co to gotów jest wygładzić każda zmarszczkę na steranej psychice.
– Mam rodzinę, w tym małe dziecko, więc w ciągu najbliższych kilku lat podróż zagraniczna nie wchodzi w rachubę. – wyłuszczyłam.
– Aaa, to przepraszam i do widzenia. – zmyła się pani prawie po angielsku.

Ale jak już worek z ofertami się rozwiązał, to trudno czekać końca.
– Rut, wyślę na ciebie taką ankietę, ale wiesz – tam można wygrać wycieczkę do Ziemi Świętej – kusi mnie moja szwagierka Stefania – chciałabyś pojechać?
Stefania wie nie od dziś, że to jedno z moich Marzeń przez duże M , więc porażona jest jak piorunem, gdy słyszy – „ Nie Stefi, nie pojadę, nie w najbliższym czasie”.


Tu zachodzi konieczność przekazania telefonu Misiowi, gdyż Laurusia zakończyła etap prania ( o, pardon:) – spania wstępnego i czas najwyższy przełączyć ja na spanie zasadnicze.
Oczywiście nie bez udziału cysia:)

– A puściłbyś ją? – Stefania wykorzystuje moment i agituje rodzonego brata.
– No pewnie – odpowiada spolegliwy Miś.
I tak za plecami matki karmiącej podzielili skórę na niedźwiedziu, który jeszcze w lesie hasa.


wyznanie sprzed ołtarza

Wspomnieniowo nieco.

Nowy Rok.
Siedzimy sobie na Mszy w pierwszej ławce .
Ja, Nusia, Mamuty i Mamuciątko.
Kościółek malutki, przytulny, więc wszystko bliziutko – ołtarz tuż pod nosem i stajenka z bydlątkami, słoń pod choinką się przechadza z tureckimi symbolami na siodle, wielbłąd oko w oko, aniołek kiwa główką w podzięce za drobniaki.
Mamuciątko fika i bryka, wszystko ogląda, na rodziców kątem oka popatruje, Mamut od czasu do czasu kazanko na uszko palnie. Dobry jest w tym. Łoj dobry!!!

Palą się świeczuszki, przeginają płomienki na nich, sianko się sypie, ksiądz coś tam baje, a Mamuciak mały staje na schodach i wygłasza patrząc miłośnie w oczy rodzicielom:

– Tak baaardzo was kocham – tu dla większego dramatyzmu zakreśla rączkami koło wokół talii odzianej w różową kurteczkę – aż do pupy. – dodaje kończąc swe śmiałe wyznanie:)

Zupełnie a propos, bo…

            … ksiądz akurat mówił, że dzieci powinny bardziej rodziców kochać:)
O pupie jednak nic nie wspomniał.
Zapomniał widać jaka miłość potrafi być wieeelka.

Czasem nawet jak trzydrzwiowa szafa:)


na Piotrowym tronie

Mamy dużo różnych gier planszowych i nie.
W tym na szczególną uwagę zasługują:

– Puzzle z obrazem Moneta usłanym głównie trawą i makami – święty Mikołaj przyniósł je Ali i do dziś dnia mimo posiłków i wsparcia zewsząd ( aczkolwiek region Śląska zasługuje na wyróżnienie:) dzieło świeci czarnymi dziurami, bo na czarnej ławie spoczywa.
– Scrabble, które mają tę wyjątkową cechę, że nikt poza mną w nie grać nie chce, a już najbardziej ze wszystkich oporny scrabblowo jest mężulek.
– Gra o podróżach Jana Pawła II, którą – nie wiedzieć czemu uwielbia Nusia, ale za często grać się w nią nie da, gdyż drugą żywnie zainteresowaną osobą jest Piórko, które – też nie wiedzieć dlaczego – zabiera w niewolę figurki.
– Słynne szachy o bardzo wyszukanych figurach:)

Kiedy więc pada hasło: „Może pogramy w jakąś rodzinną grę?”
rozgrywa się następująca scenka dialogowana:
– W butelkę!!! – wykrzykuje wielkim głosem Dusio
– Może scrabble? – proponuję nieśmiało i bez wielkiej nadziei na sukces.
– NIE!!! – krzyczą wszyscy.
– Ale w jaką „butelkę” ? Na czym polega ta gra? – znowu ja.
– Może w szachy pograjmy? – licytuje mąż i ojciec.
– No, że kręci się butelką i na kogo padnie, ten wykonuje zadanie. – przekrzykuje ogólny harmider Dusio.

Ale to Nusia wyciąga asa z rękawa i przebija wszystkich:

Pan Jaweł drugi!!! – krzyczy – Pan Jaweł drugi !!!




No i – habemus papam!!!  🙂


poranna edukacja

Ledwie szarzejącym raneczkiem, tak gdzieś siódma z maleńkim haczykiem, siedzimy sobie oboje z Dusiem przy kuchennym stole i spożywamy śniadanko. W poniedziałki  tylko my idziemy na ósmą, wiec czujemy się nieco wyalienowani.
Aby się nieco od-alienować i reanimować, bo – kawę wypiwszy – marny odnotowałam skutek – sięgam na parapet i radio odpalam.
Jedynka.
Jak miło.
Dwa męskie głosy o czymś żywo rozprawiają. Aż za żywo jak na taką nieludzką porę.
 Po niejakim czasie domyślam się, że o nietoperzach. (tę lotność umysłu zapewne należy jednak przypisać działaniu kofeiny:)

Więc Pan Redaktor skrupulatnie przepytuje Pana Biologa.
PR: A czy można rozpoznać samca od samicy?
PB: O tak!!! To są ssaki, więc jak u każdego ssaka widać dobrze różnicę.
PR( dociekliwie) : A tak dokładniej?
PB chrząka nieco zdenerwowany, ale postanawia stanąć na wysokości zadania, więc zaczyna naukowy wykład: Samiec ma prącie…itd. itp. No i na wiosnę rodzą się młode – kończy z wyraźną ulgą w głosie PB.
– Ha-ha-ha – rubasznie na to PR – Dobrze, że pora wczesna i dzieci nas nie słyszą.

Spoglądam na Dusia, Dusio na mnie.
Ha,ha,ha.
Zdaje się, że ktoś tu zapomniał, że niektóre dzieci mają w zwyczaju rano chodzić do szkoły, którą to czynność poprzedzają pysznym śniadankiem w towarzystwie mamy i radia:)

***************************



Czyli ciąg dalszy tematu o zapładnianiu.
Tym razem na tapecie nietoperze, a że nietoperze to jednak ssaki – niebezpiecznie zbliżamy się w kierunku gatunku homo sapiens:)