Wspomnieniowo nieco.
Nowy Rok.
Siedzimy sobie na Mszy w pierwszej ławce .
Ja, Nusia, Mamuty i Mamuciątko.
Kościółek malutki, przytulny, więc wszystko bliziutko – ołtarz tuż pod nosem i stajenka z bydlątkami, słoń pod choinką się przechadza z tureckimi symbolami na siodle, wielbłąd oko w oko, aniołek kiwa główką w podzięce za drobniaki.
Mamuciątko fika i bryka, wszystko ogląda, na rodziców kątem oka popatruje, Mamut od czasu do czasu kazanko na uszko palnie. Dobry jest w tym. Łoj dobry!!!
Palą się świeczuszki, przeginają płomienki na nich, sianko się sypie, ksiądz coś tam baje, a Mamuciak mały staje na schodach i wygłasza patrząc miłośnie w oczy rodzicielom:
– Tak baaardzo was kocham – tu dla większego dramatyzmu zakreśla rączkami koło wokół talii odzianej w różową kurteczkę – aż do pupy. – dodaje kończąc swe śmiałe wyznanie:)
Zupełnie a propos, bo…
… ksiądz akurat mówił, że dzieci powinny bardziej rodziców kochać:)
O pupie jednak nic nie wspomniał.
Zapomniał widać jaka miłość potrafi być wieeelka.
Czasem nawet jak trzydrzwiowa szafa:)
