spacer

 

Dni są coraz dłuższe i gdy wracam do domu po pracy jest jeszcze naprawdę parę chwil, by wyjść do sadu i poszwędać się między drzewami, zasłuchać w ciszę, zapatrzeć w śliczne drobiazgi rozsiane wokół stóp. Jest jeszcze dużo czasu, by okryć się błękitem nieba, pogłaskać aksamitne futerko Inki i równie delikatne mchu na naszych brzozach.

Kilka głębszych oddechów to jakby otworzyć wszystkie okna w domu i zrobić delikatny przeciąg. Zapach sosnowej żywicy wdziera się do środka, delikatna woń zetlałych liści i nuta grzybów.

I cisza, najgłębsza z najgłębszych – wiejska cisza lasu, bezkresnych pól, starych jabłoni, świstu skrzydeł nad głową, świergotu sikorek.

Wszystko tu opowiada jakąś historię. Bluszcz wspinający się po sośnie mówi o wytrwałości w dążeniu w górę, pączek świerzbnicy o nadziei na wiosnę, oderwany kwiat horensji, że starość nie jest brzydka, a czerwone krople owoców berberysu nową opowieść o cierniowej koronie…

Wszystko to słyszę, zapamiętuję, wklejam do albumu myśli.

Gdy wracam do domu, szepcząc ostatnie zdrowaśki różańca, cały tydzień pełen wydarzeń, wirowania i biegu, zostaje daleko za mną.

Jesteśmy już tylko we dwoje: ja i TERAZ.

 

zaczarowany tydzień

 

I oto znów jest czwartek, jutro piątek i… dzieci przyjeżdżają do domu:)

Szykuję gary największe, najulubieńsze potrawy planuję, cieszę się na każdą sekundę nadchodzącego weekendu.

Bo…

gdy się dobrze poczaruje, tydzień w pracy trwa 5 dni, a weekend – sto lat. Godziny w pracy biegną jak rącze konie, a popołudnia leniwie rozciągają się jak koty na rozgrzanym parapecie.
Wystarczy tylko być z tymi, których kochasz i robić, to co uwielbiasz.

*  *  *

Kochani, zwolniło się jedno miejsce w jeden z naszych róż różańcowych. Jeśli któraś żona chciałaby modlić się za swojego męża, zapraszamy. Wystarczy napisać w komentarzu i się odezwę:)

Jeśli będą jeszcze jakieś wolne miejsca, dam znać.

otwieranie oczu

 

Nasze serca uczą się bardzo szybko wdzięczności i dostrzegania najmniejszego dobra i piękna, jakie daje nam Bóg.

Najpierw widziasz tylko to, co wielkie, spektakularne i co przyciąga oczy, lecz z czasem dostrzegasz układ pióropusza trawy czesanego wiatrem, kropelkę deszczu lśniącą jak diament, uśmiech na dnie oczu drugiego człowieka, cudowne zbiegi okoliczności na mapie twoich życiowych ścieżek… Widzisz coraz więcej, a twoje serce raz po raz eksploduje wdzięcznością.

Czasami to aż boli.

I boli to, że już rozumiesz, że słowo „dziękuję” to za mało. A innych słów nie znasz. Jesteś więc bezsilny wobec miłości, która cię zewsząd otacza.

 

zmiana

 

Czasem wyraźnie czuję, że On coś kombinuje, że zaczyna się jakiś zakręt, szykuje jakaś zmiana. On powoli przestawia parametry i dane na komputerze, niezbyt gwałtownie, prawie niepostrzeżenie wprowadza nowe współrzędne w nawigacji pokładowej.

Udaję, że tego nie widzę. Nie przeszkadzam Mu. Zastanawiam się tylko co się wydarzy za zakrętem. Widzę jak powoli przekręca kierownicę i zmienia trasę, skręcając w inną drogę. Nic nie mówię. Czekam, nie przeszkadzam, nie pytam: dlaczego? gdzie? po co?

To jeszcze nie jest moment na takie pytania.

Po prostu patrzę przez okno i choć widzę zmieniający się krajobraz, nie protestuję.

Po co? Wiem, że On wie najlepiej i cokolwiek to jest, co mnie czeka, będzie dla mnie najlepsze.

Nie zgodnie ze światowymi standardami, lecz z Jego perspektywy.

Więc po co wierzgać przeciwko ościeniowi?

Po co pytać?

Teraz i tak nie zrozumiem, a może nawet nie zrozumiem tego nigdy, bo najnormalniej w świecie moja zdolność pojmowania Jego planów jest zbyt ograniczona. To jak próbować zamknąć ocean w bańce po mleku:)

Wystarczy, że bańka po mleku umie przeczuć, że On coś kombinuje;)

To i tak dużo jak na zwykłą bańkę.

 

zaopiekowana kruchość

 

Na początku tej historii zobaczyłam go chyba na wycieraczce. Naszej czerwonej wycieraczce w koty.

Leżał przy drzwiach jakby nieco zaskoczony co on tu robi. Potem przewędrował – nie wiedzieć jak – bardziej w głąb domu. Po dywaniku w paski, prawie do salonu. Spryciarz:)

Pewnego dnia znalazłam go na połodze w łazience. Usiłował wtopić się w tło płytek imitujących deski. Może bym go tam zostawiła, lecz akurat zmywałam podłogę, więc… odłożyłam go na łazienkową wagę. Na błyszczácej tafli wagi wyglądał jakby znalazł się na lodowisku. Poleżał tam trochę.

A któregoś wieczora, podczas mycia zębów, znalazłam go obok umywalki, opartego nonszalancko o moją złotą opaskę do włosów.

Mały uschnięty liść osiki:)

Wędruje sobie to tu, to tam. Nikt z nas go nie przepędza, nikt nie wyrzuca, nie zżyma na jego obecność.

Może dlatego, że do twarzy naszemu wiejskiemu domowi z liściem. I nikogo tu liść nie dziwi. Może tylko rozbawia, może skłania do myślenia i refleksji.

Może jest znakiem czegoś większego niż on sam, czegoś mniej kruchego i mniej ulotnego. A może wręcz przeciwnie – może przygnał go tu wiatr, by przypominał mi co dzień jak jestem słaba i że mimo wszystko Ktoś mnie nie wyrzuca ani nie przekreśla. Patrzy na mnie z uśmiechem, podnosi z podłogi, ogląda pod światło i wkłada do kieszeni.

*  *  *

Jakiś czas temu miałam sen. Byłam w nim bardzo malutka, a Bóg włożył mnie do kieszonki swojej błękitnej koszuli i niósł przez sztormy, walące się mosty, zapadające pod żywiołem drogi. Wszystko widziałam wychylona przez burtę niebieskiej kieszonki. Przechodził lekko nad tym wszystkim i niósł mnie.

I nic mi się nie stało. Nie uronił ani kropli z mojej kruchości.

Dokładnie to stało się w ostatnim roku mojego życia:)

Przypomnial mi się wiersz Karola Wojtyły:

„Więc w takiej ciszy ukryty ja-liść

oswobodzony od wiatru,

już się nie troskam o żaden z upadających dni

gdy wiem, że wszystkie upadną.”

 

A na koniec ten liść włożyłam do książki z wierszami. Tam będzie mu dobrze jak każdej dobrej metaforze:)

 

 

 

niebieskie miejsce

 

Zastanawiam się czasem nad fenomenem tego miejsca. Ono tak przyciąga ludzi i tak szybko i od pierwszego wejrzenia się w nim zakochują. Każdy wyraża to nieco inaczej. Jedni mówią o pokoju, jaki tu czują; drudzy, że to miejce, gdzie naprawdę odpoczywają i ładują baterie, opowiadają o ciszy i cieple, którym ten dom, ogród, las i sad emanują, o magii tego miejsca …

I kiedy zastanawiam się dlaczego tak się dzieje, pierwszą myślą, jaka mi przychodzi to, że jest ono na wskroś przemodlone. Przez moją babcię, która niemal nie rozstawała się z różańcem i miała cały notesik „swoich modlitwów” – jak to określała. Wszędzie też wieszała obrazy, obrazki i obrazeczki, kupowała czasem tandetne figurki Maryi podświetlonej koroną z lampeczek. I wszystko malowała na niebiesko:)

A potem odeszła i wszystko popadło w ruinę.

A potem przyszliśmy my. ( Choć teraz myślę, że to było wcześniej ukartowane przez Boga) I to, czego ona nie dokończyła, kontynuowaliśmy. Odnowiliśmy stare figurki, oczyściliśmy zniszczone obrazy, postawiliśmy na podwórku dwie kapliczki, a jedną małą powiesiliśmy na lipie tuż obok wjazdowej bramy. Znalazł tu swój dom św. Antoni i ojciec Pio, i św. Dominik i Anioły mojej drugiej babci… U nas też, tak jak u babci, jest dużo obrazów, ikon, figurek, świec. Różańców jest wprost zatrzęsienie, nie licząc nawet tych, które na pęczki wytwarzają moi uczniowie.

I modlimy się tutaj, z dziećmi i sami, w domu i poza nim, a modlitwa nadal wsiąka jak kadzidło w ściany, sufity, domowe sprzęty, drzewa w sadzie, w ziemię… Trzy lub cztery razy Ksawery odprawił tu mszę świętą, taką tylko dla nas i naszych przyjaciół.

Dom i to miejsce jakby wykąpało się w czystej źródlanej wodzie z tego wszystkiego, co go brudziło i zanieczyszczało przez lata i pokolenia.

Tak, modlitwa jest jak rosa z nieba i przemienia miejsca skaliste w żyzne grunty, pustynie w ogrody, miejsca bez życia w tętniące arterie, umarłych we wskrzeszonych.

Bo to miejsce, zanim tu przyszliśmy nie było dobre do życia. Dużo zła się tu wydarzyło, za mało tu było miłości, zbyt dużo agresji, kłótni, pijackich bójek. Ruiny i zgliszcza, nie tylko te ze szczątków cegieł, kamieni i desek. Ruiny i zgliszcza po rodzinie, ludziach, relacjach, miłości.

A dziś.

Miejsce, gdzie każdy od progu czuje się jak w domu. I gdzie się chce wracać.

Dla mnie to niesamowita tajemnica. Nikt nie pojmie tego, tak dobrze jak ja. Co się stało z tym miejscem, którego jako dziecko nie lubiłam, bo było smutne, mroczne i jakby zamrożone. A teraz dotykam tego samego miejsca, a ono jest ciepłe, dobre, tętniące życiem i radością.

Niektórzy mówią o nim „kawałek nieba” lub „skrawek raju”. Czasem myślę, że nie wypada tak mówić o zwyczajnym domu, ogrodzie i sadzie. To brzmi jak herezja. Ale bywa, że moje serce szepcze:

– Może mają rację.

Może Bóg podarował nam kawałek błękitnego nieba, a my tylko zadbaliśmy, by nie straciło koloru:)

Choć dach zrobiliśmy zielony i na zielono przemalowaliśmy okiennice babci. Bo jednak my, to my;)

 

 

i nastała światłość…

 

Trzy lata temu mój lekarz oświadczył mi, że umrę w 2024 roku. Nie, nie dlatego, że wykrył u mnie poważną, śmiertelną chorobę, lecz dlatego, że – wbrew jego ostrzeżeniom – zaszczepiłam się podwójną dawką na covid:)

– Pani wie, że pani umrze do 2024 roku, to jest zaplanowane – oświadczył poważnie, bo naprawdę na serio wierzył we wszystkie teorie spiskowe dotyczące pandemii.

– Liczę się z tym, panie doktorze – odparłam nieco kpiąco.

Nie wierzyłam w to, że covid nie istnieje. Dlaczego? Bo kilka razy ciężko go przeszłam i na własnej skórze wiem, co to znaczy:( Co to znaczy leżeć trzy tygodnie, wypluwać płuca przez pięć, po ośmiu cieszyć się, że dam radę ubrać się i wyjść na podwórko, a po roku znowu poczuć smaki i zapachy. Ale zaszczepiłam się nie dlatego, lecz po to, by mój mąż był „czysty” – szedł właśnie na operację usunięcia części płuc z powodu przerzutów:( Nie mógł się zarazić.

Ale to mojego lekarza nie przekonywało, był jak zabetonowany bunkier, a gdy chorowałam, twierdził, że to tylko reakcja na pogodę:)

Zmarł nagle w lutym 2024 roku.

A ja obudziłam się dzisiaj w roku 2025.

Ironia losu?

Modliłam się za niego za jego życia i teraz nadal się za niego modlę. To był naprawdę nieszczęśliwy człowiek. Dobry, lecz bardzo zagubiony i splątany.

* * *

Nie, nigdy nie przejmowałam się jego „przepowiednią” mojej rychłej śmierci, nie spędzała mi ona snu z powiek, ani nie odbierała apetytu, ale rok 2024 rzeczywiście był dla mnie trudny.

Może dlatego, że słowa wypowiedziane nad nami rzeczywiście mają moc. Dobre, jak błogosławieństwa i życzenia pomyślności – kojącą i leczącą. Złe jak pogróżki i przekleństwa – niszczącą i rujnującą.

Może więc dlatego ten rok był tak ciężki.

A może dlatego, że mam 50 lat i oto dotarłam do półmetka mojego życia. Spodziewałam się tego od lat, a przyszło teraz.

„Kryzys wieku średniego” – tak to zwykle nazywają ludzie. Dużo można o tym znaleźć w Internecie, książkach, artykułach, ale niestety nic do końca nie przygotuje cię na to, co się będzie działo. Bo każdy jest inny.

Dla mnie to było otwarcie wszystkich największych ran, jakie zadało mi życie i – gdy już wszystkie broczyły krwią – doświadczenie zupełnego braku siły. Jakbym się powoli wykrwawiała. Najlżejszy ciężar był nie do uniesienia, najdelikatnuejszy wiatr powalał mnie na ziemię. Wszystko gasło. Stygło. Moja radość, entuzjazm, talenty, pasje, relacje, cele, marzenia, wiara. Byłam zupełnie zdrowa na ciele, ale w środku… jakby całkowicie pusta.

Aż przyszedł taki dzień, w środku lata, gdy już nie wzeszło słońce i… nie miałam siły, by wstać z łóżka.

Chcę to napisać. Bo może ktoś był, jest lub będzie właśnie w takim punkcie. Nie wolno przegapić tego momentu, bo za nim jest już tylko równia pochyła i – jeśli nie zawołasz o ratunek, jeśli czegoś nie zrobisz – nie zatrzymasz już procesu osuwania się w dół po kamienistym zboczu. A wydostanie kogoś z dna przepaści jest już nie lada sztuką.

Ja zapytałam bliską osobę o radę, opisałam jej, co się ze mną dzieje. Powiedziała mi co robić. Posłuchałam jej.

Udało się.

Powoli zaczęłam wychodzić z tej nocy. Bardzo powoli, ale jednak.

Jeszcze parę dni temu gorzko płakałam, mieszając moje łzy ze łzami mego syna. Słuchał mnie i otulał ramionami.

A dziś… Stojąc na mszy świętej, nagle poczułam, że oto jestem wolna. Jak ptak, któremu rozpętano skrzydła.

Pierwszy dzień roku i pierwszy swobodny oddech; głowa eksplodowała feerią planów i zamiarów; serce wypełnione jak miękka poduszka ufnością, pasją i miłością, światło w oczach.

To było jak cud.

Jakby ktoś ściągnął mi worek z głowy i od nowa pokazał świat. Jakby ktoś otworzył drzwi i okna i wpuścił czyste powietrze.

Jakby On wypowiedział nad moją głową: „Oto wszystko czynię nowe.”

I stało się.

Bo wystarczy, że powie tylko słowo…

… ci, co Mu ufają, odzyskują siły jak orły.