Judyt

 

 

Kiedy zmieniasz miejsce, ono też zmienia ciebie.

Nasz nowy dom zmienia również nas. Zmieniły się nasze zwyczaje, nasze rozmowy, upodobania, zajęcia jakim się oddajemy z zapałem, rozkład dnia,  nasz sposób pracowania, odpoczynku, jedzenia. Nie wzięliśmy tu ze sobą telewizora, na zasięg nie można liczyć, mikrofalówka kurzy się w kącie, a netu do niedawna nie mieliśmy.

Dziewczynki zaszyły się w książkach, mnie rozsadza inwencja twórcza, syn całymi dniami majsterkuje, a Ala przeżywa uroki pierwszej miłości. My oczywiście solidarnie razem z nią:)

Nieoczekiwanie pojawiły się nowe życiowe  role do zagrania: Ala jest świeżo upieczonym kierowcą i świeżo zarejestrowanym dorosłym obywatelem, Adam prawie upieczonym licealistą, ja i mąż – prawie teściami, a do tego ja święcę tryumfy  jako regionalny stróż prawa i moralności walczący z pijaństwem tubylczej ludności.

– Jestem takim pięknoduchem – mówię mężowi z nutką skargi w głosie. Siedzimy na tarasiku a zachodzące słońce ociera się miękko promieniami o nasze stopy.

– Powinnam żywić się nektarem i kroplami rosy, a muszę być szeryfem.

Miś kiwa głową. Wie przecież. Zna mnie. Przynajmniej tak myślał do tej pory:)

W dziwnych i oryginalnych rolach obsadza nas czasem życie. Bo nagle okazuje się, że umiem walczyć, że jestem twarda, niezłomna, ostra i sieję postrach wśród tych, którzy mają powody się mnie bać.

A potem odpinam gwiazdkę szeryfa i idę pleść wianki z koniczyny, albo rysuję z córkami kolorową kredą wielkie kwiaty na starej stodole, wyplatam ze sznurka dywaniki, przygotowuję tomik wierszy mojej córki, odbijam liście na zasłonie, układam bukiety w wazonach i suszę płatki róż na poutpouri.

Pamiętam jak kiedyś jeden z was  martwił się, że jestem tak delikatna i krucha, że nie poradzę sobie w tym brutalnym świecie. Sama się czasem o to martwiłam.

Jeśli mnie czytasz Alw, to bądź spokojny. Okazało się, że miękka z pozoru woda jest twardsza niż skały.

Że kruszy i rozsadza to, co wydawało się betonowym bunkrem, że żłobi nowe drogi w granicie.

Nigdy nie wiemy jaki olbrzym w nas drzemie, póki się nie obudzi. Sama jestem tym zdumiona.

Znacie biblijną Judyt? Piękną, kruchą i słodką. Ale gdy przyszedł czas, nie zawahała się chwycić miecz i bez mrugnięcia okiem odciąć łeb złu. A potem odeszła. Wciąż tak samo piękna, krucha i słodka.

Znalezione obrazy dla zapytania judyta

Jestem jak ona. Zbieram kwiatki i śpiewam piosenki, słucham świerszczy, prasuję ciuszki i piszę wiersze. Ale gdy trzeba…

Dopiero to miejsce pokazało mi jaką pełnią jestem.

 

 

nienasycenie

Kiedy sadziłam ją z mężem była małym patykiem nieco rozgałęzionym u góry. Miała dziesięć, góra kilkanaście liści i długo nie mogła się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Wielkie osiki wypijały jej całą wodę i zasłaniały słońce. W kolejnym sezonie trafiła na inne miejsce, a potem była jeszcze jedna przeprowadzka nim zapuściła na dobre korzenie.

Kiedy ją sadziłam, w marzeniach cicho rysowałam obrazek moich dzieci wspinających się po gałęziach i jedzących słodkie owoce.

I oto stoję przy niej, zadzieram głowę wysoko i sięgam po lśniące karminowe korale czereśni. Gdy trzeba sama wspinam się po rozgałęzieniu dwóch najgrubszych gałęzi i rwę owoce z samego szczytu stając niemal na palcach stóp.

Owoców jest co niemiara.  Dobre kilkadziesiąt kilo. Więc od dwóch tygodni żywimy się głównie czereśniami. Mój mąż znika kilka razy dziennie i wtedy wiem, że stoi pod drzewem. Wspinamy się wszyscy. Laurcia czasami używa w tym celu nowego członka rodziny – chłopaka naszej najstarszej córki.

Patrzę na roześmianą czeredę ukrytą między dużymi kłapciastymi liśćmi jak stado szpaków. Wszędzie pełno pestek i chichotu.

„Marzenia się spełniają”. – myślę oszołomiona sielskością widoku.

To najczęstszy refren mojego nowego życia tutaj.

„Trzeba tylko marzyć  prostą kreską, jak się maluje dziecięce obrazki i nie szukać ananasów tam, gdzie nie rosną. Trzeba tylko być cierpliwym i nie oczekiwać spełnienia bez wysiłku i czasu.”

 

Padało.

 Stoję w kaloszach i pidżamie pod mokrym drzewem. Przy każdym zerwanym owocu wzdłuż nadgarstka i dalej aż do łokcia toczą się zimne krople. Jest wieczór. Po niebie rozlewa się atrament nocy. Dzieciaki już dawno w łóżkach. A ja wyszłam, by zgasnąć razem z dniem. Rozpłynąć się w ciszy.

Jeszcze raz rozsmakować się w dojrzałym marzeniu.

Jestem pełna czereśniami i wszystkim czym można być pełnym na ziemi.

 

Ale… – waham się przez chwilę – wiem, że spełnienie nie jest tym samym co nasycenie.

Kropla wpadła znów do rękawa. Kilka spadło pomiędzy włosy.

Nic co tutaj dostanę nie nasyci mego  głodu. Oszuka go tylko na chwilę. Ale on powróci. Wiem. Zawsze wraca. Coraz potężniejszy i wezbrany jak wody potoku, któremu próbujesz zagrodzić drogę sypiąc zapory z piasku.

 

Sięgam po jeszcze jedną. I jeszcze. I jeszcze… Aż do nienasycenia.

 

 

Niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie ( św. Augustyn)