„Modlitwa nie polega ma tym, aby dużo myśleć, ale na tym żeby bardzo kochać”
(św. Teresa z Avila)
* * *
Gdybym kiedyś powiedziała mojemu chłopakowi: „wierzę, że jesteś, ufam, że jesteś dobry i chcesz dla mnie dobra” i na tym skończyła, nie bylibyśmy dziś małżeństwem.
Bo wierzyć komuś czy ufać to dopiero połowa drogi. Jej celem i spełnieniem jest miłość.
To dlatego Jezusowi nie wystarczyło wyznanie wiary Piotra gdzieś z połowy Ewangelii, lecz na samym końcu tej historii bierze przyjaciela na osobistą rozmowę i pyta:
„Piotrze, czy ty mnie kochasz? Bo mi nie wystarczy, że wierzysz i że uważasz mnie za Mesjasza. I tobie też to nie wystarczy, gdy przyjdą sztormy. Przekonałeś się już o tym tam, na dziedzińcu pałacu Arcykapłana, gdy się wyparłeś, że mnie znasz.”
Na samej wierze nic się nie zbuduje. To za mało.
„Szatan też wierzy i drży” – jak pisze św. Jakub w swoim liście. I nic z tej wiary nie wynikło. Bo można wierzyć i nienawidzić. Można wierzyć i odejść. Kochać i odejść jest naprawdę trudno.
„Bo jak śmierć potężna jest miłość” i „w miłości nie ma lęku”, bo „prawdziwa miłość wydoskonala wszystko”. Ona tylko zostanie, gdy wiara i nadzieja już zgasną jak niepotrzebne gwiazdy. Bo są tylko gwiazdami przewodnimi, które prowadzą do celu. Ona – miłość jest celem.
Więc naprawdę nie wystarczy w Boga wierzyć, ani Mu zaufać. Boga trzeba kochać. Wtedy dużo rzeczy staje się prostszych.
Karol Wojtyła w jednym ze swych wierszy napisał: „Miłość mi wszystko wyjaśniła”.
Ona rzeczywiście tłumaczy rzeczy niewytłumaczalne przez rozum. Logika serca jest inna. Widzi w ciemności, ufa wbrew wątpliwościom, idzie bez nóg, mówi w milczeniu, słyszy w zgiełku, trwa po śmierci, czerpie moc z bezsilności, tracąc życie zachowuje je. Jest poniekąd szaleństwem.
Kto raz przeżył miłość, wie o czym piszę.
Przecież szaleństwem było też pójść na krzyż. Ale miłość wszystko wyjaśnia. Nawet zgorszenie krzyża.
* * *

Myślę więc, że popełniamy błąd mówiąc o „wychowywaniu dzieci w wierze”, a nie wychowując ich do miłowania Boga. Dlatego wiele z nich później odchodzi. „Bo ksiądz zachował się nieprzyzwoicie, bo zgorszenie, bo Kościół za bogaty, bo msze zbyt rozwlekłe, przykazania zbyt wymagające, znajomi żyją inaczej…” Jeśli tylko wierzysz, to będą wystarczające powody, by odejść.
Nigdy nie zapomnę rozmowy mojej zmarłej parę lat temu przyjaciólki Ewy z jej dorastającym synem. Był wychowywany w wierze, do chodzenia na mszę, uczony modlitw i formułek, był ministrantem i pewnego dnia porzucił wszystko, a potem… kpiąco zaczął mówić o wierze, Kościele, Bogu. Ewa tłumaczyła, broniła, uzasadniała, ale on był równie elokwentny i nie ustępował w dyskusji. W końcu spojrzała na niego i powiedziała tylko jedno zdanie: „Po prostu kocham”. Zamilkł. Na takie wyznanie nie znalazł odpowiedzi.
Do dziś mam w uszach dźwięk tych jej słów: „Po prostu kocham.” Ta miłość prowadziła ją później przez ciemności ciężkiej choroby aż do śmierci.
* * *
Bo wiara to tylko drewno do rozpałki, a miłość to ognisko. Kto chciałby siedzieć nocą przy stercie suchego drewna? Kiedy zimno i ciemno i niewygodnie i strasznie jakoś. A nasze życie często jest nocą. Pragniemy wtedy ognia, który płonie, ciepła w sercu, światła, przyjaźni.
Więc może lepiej zrobimy jeśli dzieci rozmiłujemy w Bogu, pokażemy Go im jako żywą, bliską osobę, a nie obiekt wiary, sprawimy, że ich serca zapłoną chęcią przytulenia się do Niego z miłością. Wtedy, nawet gdy przyjdzie mrok, łatwiej im będzie odnaleźć ogień i przy nim pozostać. Wbrew wszystkiemu i mimo wszystko.
Bo taka jest logika serca i miłości.