– Patrz na rzeki – mówi Kohelet – do miejsca, do którego płyną, zdążają one bezustannie. ( Koh 1,7)
A ty?

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
– Patrz na rzeki – mówi Kohelet – do miejsca, do którego płyną, zdążają one bezustannie. ( Koh 1,7)
A ty?

Nad sufitem coś galopuje w szaleńczym pędzie, skrobiąc pazurkami. Podnoszę wzrok znad książki. Po chaotyczności ruchów wnioskuję, że to wiewiórka. Wiewiórki nie należą do racjonalnych stworzeń i zachowują się jak małe dzieci. Parę tygodni temu za pralką śmignęła mi jaszczurka. Nigdy nie udało się jej nam złapać, może więc mieszka z nami do dziś. Jest cichutka i nikomu nie przeszkadza. W dziupli starej jabłoni zamieszkały szerszenie. Mąż miał się tym zająć, bo „jednak to szerszenie”, ale nie miał czasu i rój sobie mieszka nadal nieopodal. W rynnie zakwitły drobne kwiatki podobne do lobelii. Wyglądają uroczo. Olbrzymia ćma podobna do zasuszonego liścia śpi na siatce okiennej. Na bukietach przyniesionych do domu wprowadzają się zaspane ślimaki i ruchliwe jak złoto pajączki. Raz po raz z domu trzeba wypraszać nieproszoną mysz. Koty czasem przeoczą którąś.

Dom tętni więc życiem nie tylko naszym, ludzkim. Jest pełen spraw mniejszych niż nasze wielkie troski, zamyślenia i fantazje. Żyje i ludzkim śmiechem i dreptaniem pająka, stukotem nóg Lalci zbiegającej po schodach i szalonym tańcem nad stropem kogoś-tam futrzastego, chrapaniem ludzkim i bzyczeniem osy nad dzbankiem kompotu, szelestem kartek książki, które przekładam i uderzaniem motylich skrzydeł o szybę.
Przywykliśmy do tego zmieszania naszego ludzkiego losu z malutkimi losami tych, co przywędrowali tu z lasu, pola, łąki, ogrodu, sadu. Lalcia już nie krzyczy, gdy usłyszy bzyczenie, ani nie spędzają jej snu z powiek chrobotania i nocne skrobania. Chociaż czasem jeszcze spędzają;)

Nasz dom otacza bezpiecznie swoimi ceglanymi ścianami wszystkie sprawy małe i wielkie, osłania zielonym dachem i mnie i małą ćmę uczepioną ufnie jego okna.
* * *
Chciałabym nauczyć się tego od mojego domu. Umieć tak jak on przyjąć i docenić wszystko, co we mnie mieszka.
I dorosłą kobietę, z jej poważnymi zadaniami i całą jej wiedzą ( równie ważką co ciążącą) , i tego szalonego podlotka, który z podwiniętymi pod siebie nogami siedzi na parapecie i ukradkiem wygląda zza okien spojrzenia, zastanawiając się co by tu zbroić.

I – najbardziej chyba – tę małą dziewczynkę – która nic nie rozumie ze świata dorosłych, który ją otacza, ale umie słuchać obłoków, widzi śpiew drzew i wie tyle różnych rzeczy, które ten świat nazywa nieważnymi.
* * *
Patrzyłam ostatnio na mojego olbrzymiego dorosłego już syna, rozmawialiśmy o nim z mężem, o tym, że jest wciąż jakby zmęczony i niespokojny i jak moglibyśmy mu pomóc. Widzę jak moje kolejne dziecko dorasta, jaki to trudny proces, jak mierzy się z życiem i samym sobą, jak decyzje, które leżą przed nim przerażają go. Wiem, pamiętam, współczuję. To najtrudniejszy okres w życiu. Tyle musisz postanowić, a jesteś taki mały i taki niegotowy.
Modlę się za mojego syna. Oddaję go Maryi.
– Ty bądź jego Matką – proszę Ją – Poprowadź go. Ja Maryjo jestem tylko małą dziewczynką zamkniętą w ciele dorosłej kobiety. Nie nadaję się na matkę.
Umiałam go nakarmić i przewinąć mu pieluszki, gdy był mały, ale nie umiem go poprowadzić. – mówię Jej ze łzami. – Jestem tylko małą dziewczynką, tak samo zagubioną w tym świecie jak mój syn.
Wtedy słyszę w sercu słowa pełne łagodnego uśmiechu:
– Taka właśnie masz być. Ja też jestem małą dziewczynką, choć urodziłam wielkiego Syna.

Przyjąć w sobie to, co małe, delikatne i bezbronne. Jak mój dom przyjmuje wszystkie małe stworzenia.
Taka właśnie mam być.
* * *
– Jetem twoim pitklatkiem – mówił mi tak niedawno mój synek. Nie wymawiał wtedy poprawnie ani „s” ani „cz”.
– Tak, jesteś synku moim piTklaTkiem – droczyłam się z nim, tuląc go siebie.
– Nie – poprawiał mnie poważnie – Nie jetem piTklaTkiem. Ja jetem pitklatkiem.
Teraz, gdy mnie przytula, to ja jestem jak pisklę w koronie olbrzymiego dębu:)
Długo mnie tu nie było. Życie z jego światłocieniem pochłonęło mnie bez reszty jak las wchłania sylwetkę ludzką, gdy się w nim zanurzyć.
Blaski i cienie.

Te pierwsze czasem tak jasne jak migotania na powierzchni wody. I nie masz pewności czy to tylko gra światła, czy też ktoś rozsypał przed tobą garść srebrnych monet.
Te drugie bywają tak długie i zamszowe jak jesienne szale. I myślisz czasem, że już nigdy się z nich nie wyszamoczesz, choć próbujesz ze wszystkich sił.

Blaski i cienie.
Radość z jesieni pełnej jabłek, winogron, grzybów i dobra wszelkiego. Rozkosz zasiadania przed sztalugą i brania pędzla do ręki. Dobre chwile spędzane z dziećmi i mężem, przyjaciółmi. Ich słowa, gesty, pamięć, przelotne pocałunki, uśmiechy.
Radość, gdy widzę w oczach moich uczniów błysk zrozumienia i fascynacji, bo moje słowa coś w nich zapaliły.
Cień choroby, chodzenia po lekarzach, kolejnych badań, leków, niepewności. Smutek, gdy odchodzą kolejne osoby.
Życie.

Spacerujesz w nim jak po lesie. W pełnym słońcu lub długich chłodnych cieniach.
Wiatr bawi się twoimi włosami, przynosi żywiczny zapach sosny, jesienny zapach przemijania.
Ten las za naszym sadem to ” las za górą”. Tak tu wszyscy go nazywają. Brzmi to śmiesznie dla tych, którzy mieszkają w prawdziwych górach, bo nasza góra jest tylko pagórkiem. A może nawet nie. Wzniesienie lub spadek czuje się tylko nogami. Gdy wchodzisz, czujesz lekki wysiłek. Gdy schodzisz – ulgę. Tylko tyle. I aż tyle.
Czyż nie podobnie jest z naszym życiem? Do pewnego momentu, gdy się wspinamy i za wszelką cenę udowadniamy coś sobie i światu, idziemy z zadyszką. A potem… nagle czujemy ulgę i wiemy, że już schodzimy w dół. Nogi niosą same w tamtą stronę.

Ja już to czuję.
Mijam cienie i blaski na drodze i wiem, że wracam.
Powoli.